13.10.2025, 19:41 ✶
Kącik ust drgnął i rozciągnął się nieoczekiwanie, eksponując nie tylko dołeczek w policzku, ale też rzeczywiście właściwy jego rodzajowi kieł. Zaciągnął się nocnym powietrzem i zadarł lekko głowę ku górze, patrząc wszędzie byle nie na te paskudne buty, które ostatecznie potwierdzały stan jego umysłu. Jak w ogóle mógł pomylić kogoś noszącego gumiaki z Jonathanem? Był taki czas, że prędzej wyobraziłby sobie Selwyna lewitującego nad kałużą błota, niż pozwalającego by cokolwiek ubrudziło jego stylowe odzienie. Teraz z chęcią oglądałby go w błocie. Teraz - ze zgrozą - konfrontował się z faktem, że sam wciąż z chęcią znalazłby się razem z nim w tym błocie.
– Zawsze – to była najwłaściwsza odpowiedź. Głód był sensem jego egzystencji, może nie tej pierwszej, ale z pewnością tej drugiej. Stworzony a nie zrodzony, pozbawiony twórcy, zdziczały rozrastającą się klątwą i pragnieniem przypieczętowania swojego losu jako nocnej istoty. Jako przeklętej istoty. Jako martwej istoty... Dni jego uczt przeminęły najprawdopodobniej bezpowrotnie. Hrabia ostatecznie stał się tym co jadł. Złamanym smutnym człowiekiem.
Czy rzeczywiście?
William bawił go, choć nie było w tym rozbawieniu pobrzękiwania błazeńskich dzwonków. Oplatali siebie francuskimi słowami, budziło to w nim pewną nostalgię do czasów, gdy podziemia jego rezydencji wypełnione były gwarantem przetrwania, a nad tym chowem klatkowym znadowała się przyjemna warstwa wygłuszającego marmuru, po którym spacerował sobie zwykle ze swoim mugolskim... kimś. Sługą. Zarządcą. Ordynansem. Wtedy jeszcze chciał być na bieżąco, wtedy skomplikowane nici powiązań i romansów, dworskich gier i układów jeszcze go interesowały. Dziś nie interesowało go nic, poza własnym cierpieniem.
Dlatego, gdy szli, a William mówił, jego ludzkie rozterki zarezonowały z nim bardziej niżby tego sobie życzył. Cierpienie spotkało cierpienie. Samotność stanęła na przeciw samotności.
Mógłbym Cię zjeść i umrzeć w końcu od Twojej przeklętej przez niebiosa krwi rojąc sobie, że świat nie był ostatecznie dla mnie takim złym miejscem.
Albo rojąc piekło, które wciąż czeka na mnie za wszystko co zrobiłem w ciągu swojego przeklętego życia.
Czy tak wygląda przeznaczenie?
– Jestem wampirem, – powiedział nieco protekcjonalnie, – nic mi nie wiadomo na temat miłości. – głos mimowolnie mu zadrgał fałszywą nutą. Rozwód, co to było za nowoczesne słowo na wdowieństwo. Zamyślił się. – Patrzę na ciebie z przeciwległego bieguna, – nie patrzył na Williama wcale. Patrzył się na róże układające się niespiesznie do zimowego snu. – myśląc o tym, jak próżne jest nasze wyobrażenie wzajemności. A przecież taka nie istnieje. Myślisz, że gdybyś położył całą swoją pasję i intelekt na szali, gdybyś porzucił księgi i badania na rzecz tej kobiety, obsypałby ją atencją, pocałunkami, zapewnieniami, gdybyś wyniósł ją do rangi swojej bogini, której stawiałbyś pomniki w ogrodzie swojego istnienia, żebrząc o dobre słowo, o pochwałę na kult wzniesiony ku jej czci... A jednak. Zaprzeczałbyś w ten sposób samemu sobie. Swojej naturze. Jest w tym jakiś fałsz, który nie wróży dobrego zakończenia. – Spacerował powoli, ale wolał, jakże wolał tę formę od siedzenia i patrzenia się na siebie. Zawsze mógł uznać to jako rozmowę samemu ze sobą, z twistem oczywiście, ponieważ część, jak nie większość myśli Williama nie przyszłaby raczej jemu do głowy. Choć czasem... jego własny wewnętrzny głos potrafił nawet jego zaskoczyć.
– Zawsze – to była najwłaściwsza odpowiedź. Głód był sensem jego egzystencji, może nie tej pierwszej, ale z pewnością tej drugiej. Stworzony a nie zrodzony, pozbawiony twórcy, zdziczały rozrastającą się klątwą i pragnieniem przypieczętowania swojego losu jako nocnej istoty. Jako przeklętej istoty. Jako martwej istoty... Dni jego uczt przeminęły najprawdopodobniej bezpowrotnie. Hrabia ostatecznie stał się tym co jadł. Złamanym smutnym człowiekiem.
Czy rzeczywiście?
William bawił go, choć nie było w tym rozbawieniu pobrzękiwania błazeńskich dzwonków. Oplatali siebie francuskimi słowami, budziło to w nim pewną nostalgię do czasów, gdy podziemia jego rezydencji wypełnione były gwarantem przetrwania, a nad tym chowem klatkowym znadowała się przyjemna warstwa wygłuszającego marmuru, po którym spacerował sobie zwykle ze swoim mugolskim... kimś. Sługą. Zarządcą. Ordynansem. Wtedy jeszcze chciał być na bieżąco, wtedy skomplikowane nici powiązań i romansów, dworskich gier i układów jeszcze go interesowały. Dziś nie interesowało go nic, poza własnym cierpieniem.
Dlatego, gdy szli, a William mówił, jego ludzkie rozterki zarezonowały z nim bardziej niżby tego sobie życzył. Cierpienie spotkało cierpienie. Samotność stanęła na przeciw samotności.
Mógłbym Cię zjeść i umrzeć w końcu od Twojej przeklętej przez niebiosa krwi rojąc sobie, że świat nie był ostatecznie dla mnie takim złym miejscem.
Albo rojąc piekło, które wciąż czeka na mnie za wszystko co zrobiłem w ciągu swojego przeklętego życia.
Czy tak wygląda przeznaczenie?
– Jestem wampirem, – powiedział nieco protekcjonalnie, – nic mi nie wiadomo na temat miłości. – głos mimowolnie mu zadrgał fałszywą nutą. Rozwód, co to było za nowoczesne słowo na wdowieństwo. Zamyślił się. – Patrzę na ciebie z przeciwległego bieguna, – nie patrzył na Williama wcale. Patrzył się na róże układające się niespiesznie do zimowego snu. – myśląc o tym, jak próżne jest nasze wyobrażenie wzajemności. A przecież taka nie istnieje. Myślisz, że gdybyś położył całą swoją pasję i intelekt na szali, gdybyś porzucił księgi i badania na rzecz tej kobiety, obsypałby ją atencją, pocałunkami, zapewnieniami, gdybyś wyniósł ją do rangi swojej bogini, której stawiałbyś pomniki w ogrodzie swojego istnienia, żebrząc o dobre słowo, o pochwałę na kult wzniesiony ku jej czci... A jednak. Zaprzeczałbyś w ten sposób samemu sobie. Swojej naturze. Jest w tym jakiś fałsz, który nie wróży dobrego zakończenia. – Spacerował powoli, ale wolał, jakże wolał tę formę od siedzenia i patrzenia się na siebie. Zawsze mógł uznać to jako rozmowę samemu ze sobą, z twistem oczywiście, ponieważ część, jak nie większość myśli Williama nie przyszłaby raczej jemu do głowy. Choć czasem... jego własny wewnętrzny głos potrafił nawet jego zaskoczyć.