13.10.2025, 22:40 ✶
Mona zjechała niżej, wsunęła się pod ogromny koc, a następnie wtuliła się w mężczyznę jak kot. Była samolubną istotą. Wykorzystywała każdą okazję, aby być blisko niego, kiedy okazywał jej tę kruchą łaskę. Żal, jaki w sobie również nosiła, ustąpił.
Tak bardzo go pragnęła. Jego obecności, dotyku, ciepła, ciężaru oddechu przy swojej skórze. Na bogów, minęło tak niewiele czasu odkąd zdołali na nowo przyzwyczaić się do siebie. Powinni byli poznawać się od początku, a Mona lgnęła do niego jak ćma do światła. Paradoksalne porównanie, bo to przecież on był Icarusem. Nadano mu imię tego, który zbliżał się do słońca, gdy tymczasem to ona była tą, która płonęła w jego blasku.
Pragnęła go całego niepodzielnie. Nie chciała dzielić się nim ze światem.
— Na tę chwilę? — wymamrotała uparcie w jego ubranie głosem zmatowiałym od zmęczenia. — Martwię się o ciebie.
Kobieta nie była przekonana nawet od czego mogłaby zacząć. Brak przedramienia — jej odwieczny kompleks, piętno niepełnosprawności, które po dwóch latach było wciąż dla niej przeszkodą nie do pominięcia? Nawet w świecie magii to nie miało znaczenia. Zaklęcia nie przywracały dawnej sprawności, a podpisy, parafki, które zostawiała na dokumentach, wyglądały jakby pisała je co najwyżej kura pazurem.
Czy o to właśnie się martwiła? Już nie o ojca, którego oczy gasły z każdym dniem? O kuzynów, wobec których wciąż żywiła ziarno wątpliwości? A może powinna mu opowiedzieć, jak bardzo stresowała się o niego samego, skoro Samotniczka podsycała już istniejący niepokój aż w końcu beznadzieja zdawała się być jej jedynym wiernym cieniem? Przecież niesamowity Dedalus uczynił z Icarusa odbicie własnych ambicji, a potem zniszczył je, gdy okazało się niewystarczająco wierne.
— Od czego by tu zacząć? Ostatnio dużo się tego nazbierało — skwitowała cicho w odpowiedzi na to co ją trapiło, właściwie zawierając w tym pytanie, czy to on chciał wysłuchać jej. — Nie wiem, czy potrafię — przyznała.
Tak bardzo go pragnęła. Jego obecności, dotyku, ciepła, ciężaru oddechu przy swojej skórze. Na bogów, minęło tak niewiele czasu odkąd zdołali na nowo przyzwyczaić się do siebie. Powinni byli poznawać się od początku, a Mona lgnęła do niego jak ćma do światła. Paradoksalne porównanie, bo to przecież on był Icarusem. Nadano mu imię tego, który zbliżał się do słońca, gdy tymczasem to ona była tą, która płonęła w jego blasku.
Pragnęła go całego niepodzielnie. Nie chciała dzielić się nim ze światem.
— Na tę chwilę? — wymamrotała uparcie w jego ubranie głosem zmatowiałym od zmęczenia. — Martwię się o ciebie.
Kobieta nie była przekonana nawet od czego mogłaby zacząć. Brak przedramienia — jej odwieczny kompleks, piętno niepełnosprawności, które po dwóch latach było wciąż dla niej przeszkodą nie do pominięcia? Nawet w świecie magii to nie miało znaczenia. Zaklęcia nie przywracały dawnej sprawności, a podpisy, parafki, które zostawiała na dokumentach, wyglądały jakby pisała je co najwyżej kura pazurem.
Czy o to właśnie się martwiła? Już nie o ojca, którego oczy gasły z każdym dniem? O kuzynów, wobec których wciąż żywiła ziarno wątpliwości? A może powinna mu opowiedzieć, jak bardzo stresowała się o niego samego, skoro Samotniczka podsycała już istniejący niepokój aż w końcu beznadzieja zdawała się być jej jedynym wiernym cieniem? Przecież niesamowity Dedalus uczynił z Icarusa odbicie własnych ambicji, a potem zniszczył je, gdy okazało się niewystarczająco wierne.
— Od czego by tu zacząć? Ostatnio dużo się tego nazbierało — skwitowała cicho w odpowiedzi na to co ją trapiło, właściwie zawierając w tym pytanie, czy to on chciał wysłuchać jej. — Nie wiem, czy potrafię — przyznała.
jaskółka, czarny brylant,
wrzucony tu przez diabła
wrzucony tu przez diabła