14.10.2025, 15:17 ✶
Przy stole z datkami/makietą z Lorien, Anthonym, Philomeną i Oleandrem. Lorien i Oleander zaczynają oddalać się od pozostałej trójki, zostają więc Aaron, Anthony i Philomena.
Przyglądał się jak Lorien dokonuje wiwisekcji wypieku, powoli odzierając ciasto z kolejnych warstw cukrowej konfekcji. Z pogardą odrzuciła lukier, zdrapała czekoladową polewę, a po tym, jak wzgardziła biszkoptem, oddzieliła go jeszcze od masy... Tylko po to, aby zgodnie z przewidywaniami Aarona, oddać w jego ręce talerzyk z tortem, rozczłonkowanym jak gdyby po jakich torturach. Przyjął go bez słowa, jak gdyby była to najbardziej naturalna rzecz na świecie. Zbyt był zajęty przypominaniem sobie niewykrywalnych w smaku trucizn, jakie znał, żeby dostrzec w jej geście znamion okazywania sobie przesadnej poufałości, czego mieli przecież unikać. Zdarzyło mu się uczestniczyć w sekcjach zwłok, gdy zależało mu na szybkich oględzinach ciała. Bardziej niż na technikaliach badania, skupiał się na wynikach przeprowadzanej autopsji, a jednak trudno było nie podziwiać wprawy, z jaką koroner oddziałał tkankę od kości. Lorien opracowywała ciasto w podobnym skupieniu.
Z jakiegoś powodu uważał, że było to uroczo rozbrajające.
– Pod względem tego, ile spraw w Ministerstwie zahacza o konsultantów z biura pana Shafiqa... – zauważył Aaron, odnosząc się zarówno do słów Lorien, wyrażającej żartobliwie troskę o los Anthony'ego w programie ochrony świadków, jak i do słów Philomeny, która napomknęła coś na temat ministerialnej umowy handlowej z Kambodżą. – ...Z pewnością ma czasem chęć ukryć się przed światem. – Nieco złośliwie uciekł myślami w kierunku Jonathana, o którym wiedział, że często zastępuje nieobecnego szefa. – Ale proszę nie uciekać na farmę do Irlandii. Potrzebujemy ludzi, którzy pomogą odbudować Anglię po pożarach. Nie pustym datkiem odpisanym od podatku, lecz czynem. Czynną służbą na rzecz całej społeczności magicznej – dodał, już przyjaźniej, nie mogąc się z kolei powstrzymać przed wbiciem malutkiej szpileczki Philomenie. Wiedział, że wciąż praktykowała – rozpoznawał prawników, którzy przez lata wyszli spod skrzydeł jej prężnie działającej kancelarii – działała jednak niezależnie od Ministerstwa Magii, czerpiąc zyski z mnożenia apelacji od słusznych wyroków. Czytał jej książki, a jakże. Artykuły również. Ale zanim zdążył nawiązać do tego w rozmowie, obok towarzystwa zmaterializował się młody kompozytor, odpowiadający za oprawę muzyczną wydarzenia.
Oleander Crouch, zapamiętał jego personalia, zagadnął bowiem przed przedstawieniem Lorien, czy jest to może jakiś jej bliższy krewny. Aaron przechylił lekko głowę, przypatrując się młodzieńcowi, jak gdyby w niedowierzaniu. Nie zwrócił bynajmniej uwagi na to, że się z nim nie przywitał. Przybrał jednak nieprzeniknioną minę, słuchając, co ma do powiedzenia młody kompozytor. Starał się nie patrzeć z pogardą na zniewieściałą ekstrawagancję, jaka cechowała ubiór przedstawiciela młodego pokolenia, który błyszczał, jakby się urwał z drzewka na Yule... Jaki mężczyzna nosi tyle biżuterii, co kobieta? A chociaż Crouch mówił bardzo, bardzo długo, wniosek Moody'ego był bardzo, bardzo krótki.
Skarżypyta, mówili na takich w szkole. A potem wsadzali mu głowę do kibla i spłukiwali wodę.
A Aaron dopiero co zażartował na temat donosicielstwa...
Powiódł ciężkim spojrzeniem za Lorien, zacisnąwszy odruchowo szczękę, gdy odsunęła się z Oleandrem na bok. Chociaż nigdy nie przyznałby się do tego na głos, być może myślał w tym momencie o czymś więcej, niż wyłącznie o jej bezpieczeństwie. Obrócił się tak, żeby móc ją obserwować i konwersować jednocześnie.
Przyglądał się jak Lorien dokonuje wiwisekcji wypieku, powoli odzierając ciasto z kolejnych warstw cukrowej konfekcji. Z pogardą odrzuciła lukier, zdrapała czekoladową polewę, a po tym, jak wzgardziła biszkoptem, oddzieliła go jeszcze od masy... Tylko po to, aby zgodnie z przewidywaniami Aarona, oddać w jego ręce talerzyk z tortem, rozczłonkowanym jak gdyby po jakich torturach. Przyjął go bez słowa, jak gdyby była to najbardziej naturalna rzecz na świecie. Zbyt był zajęty przypominaniem sobie niewykrywalnych w smaku trucizn, jakie znał, żeby dostrzec w jej geście znamion okazywania sobie przesadnej poufałości, czego mieli przecież unikać. Zdarzyło mu się uczestniczyć w sekcjach zwłok, gdy zależało mu na szybkich oględzinach ciała. Bardziej niż na technikaliach badania, skupiał się na wynikach przeprowadzanej autopsji, a jednak trudno było nie podziwiać wprawy, z jaką koroner oddziałał tkankę od kości. Lorien opracowywała ciasto w podobnym skupieniu.
Z jakiegoś powodu uważał, że było to uroczo rozbrajające.
– Pod względem tego, ile spraw w Ministerstwie zahacza o konsultantów z biura pana Shafiqa... – zauważył Aaron, odnosząc się zarówno do słów Lorien, wyrażającej żartobliwie troskę o los Anthony'ego w programie ochrony świadków, jak i do słów Philomeny, która napomknęła coś na temat ministerialnej umowy handlowej z Kambodżą. – ...Z pewnością ma czasem chęć ukryć się przed światem. – Nieco złośliwie uciekł myślami w kierunku Jonathana, o którym wiedział, że często zastępuje nieobecnego szefa. – Ale proszę nie uciekać na farmę do Irlandii. Potrzebujemy ludzi, którzy pomogą odbudować Anglię po pożarach. Nie pustym datkiem odpisanym od podatku, lecz czynem. Czynną służbą na rzecz całej społeczności magicznej – dodał, już przyjaźniej, nie mogąc się z kolei powstrzymać przed wbiciem malutkiej szpileczki Philomenie. Wiedział, że wciąż praktykowała – rozpoznawał prawników, którzy przez lata wyszli spod skrzydeł jej prężnie działającej kancelarii – działała jednak niezależnie od Ministerstwa Magii, czerpiąc zyski z mnożenia apelacji od słusznych wyroków. Czytał jej książki, a jakże. Artykuły również. Ale zanim zdążył nawiązać do tego w rozmowie, obok towarzystwa zmaterializował się młody kompozytor, odpowiadający za oprawę muzyczną wydarzenia.
Oleander Crouch, zapamiętał jego personalia, zagadnął bowiem przed przedstawieniem Lorien, czy jest to może jakiś jej bliższy krewny. Aaron przechylił lekko głowę, przypatrując się młodzieńcowi, jak gdyby w niedowierzaniu. Nie zwrócił bynajmniej uwagi na to, że się z nim nie przywitał. Przybrał jednak nieprzeniknioną minę, słuchając, co ma do powiedzenia młody kompozytor. Starał się nie patrzeć z pogardą na zniewieściałą ekstrawagancję, jaka cechowała ubiór przedstawiciela młodego pokolenia, który błyszczał, jakby się urwał z drzewka na Yule... Jaki mężczyzna nosi tyle biżuterii, co kobieta? A chociaż Crouch mówił bardzo, bardzo długo, wniosek Moody'ego był bardzo, bardzo krótki.
Skarżypyta, mówili na takich w szkole. A potem wsadzali mu głowę do kibla i spłukiwali wodę.
A Aaron dopiero co zażartował na temat donosicielstwa...
Powiódł ciężkim spojrzeniem za Lorien, zacisnąwszy odruchowo szczękę, gdy odsunęła się z Oleandrem na bok. Chociaż nigdy nie przyznałby się do tego na głos, być może myślał w tym momencie o czymś więcej, niż wyłącznie o jej bezpieczeństwie. Obrócił się tak, żeby móc ją obserwować i konwersować jednocześnie.
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.