15.10.2025, 00:08 ✶
Poczuła nagle ciężar dłoni na ramieniu i podskoczyła, odruchowo cofnęła się o krok. Podniosła wzrok, a jej oczy, piekące od dymu, natrafiły na znajomą postać.
Renigald.
Biorąc pod uwagę horror rozgrywający się na ulicy Pokątnej, widząc go, poczuła nagłą ulgę, jakby ktoś podniósł ciężar z jej ramion. Nie pamiętała, że ostatnim razem, gdy się widzieli, doszło między nimi do okropnej kłótni. Nie miało to najmniejszego znaczenia. Jego obecność przyniosła chwilowe ukojenie w wirze dymu, krzyków i paniki. Chwyciła go instynktownie za przedramię, mocno, by się ustabilizować.
- Wszędzie ogień... dym... w mieszkaniu - wskazała na okna kamienicy. W tym samym momencie kaszel wstrząsnął jej klatką piersiową, gwałtowny i dręczący, wyrywający powietrze z płuc w bolesnym rytmie. Każdy wdech był trudny - powietrze było zbyt gęste, zbyt ciężkie, i zbyt gorące. Jej płuca protestowały, kurcząc się mimowolnie. Zawirowania w głowie sprawiały, że świat wokół drżał i pulsował, a obraz ulicy w ruchu wydawał się nierzeczywisty - wszystkie kolory i ruchy mieszały się w nieprzeniknioną plamę chaosu. Odruchowo poprawiła chustkę wokół ust i przesunęła Vulcora bliżej siebie. Miała nadzieję, że Ren rozumie, że przez dym nie może wrócić do swojego mieszkania. Nie miała siły, by tłumaczyć więcej.
Na jego pytanie potrząsnęła przecząco głową. Nie było w porządku, wręcz przeciwnie, wszystko było bardzo nie w porządku. Czuła sadzę na dłoniach i na twarzy, popiół przyklejony do skóry, który gryząco drażnił zmysły, a mimo to pozwalała sobie na krótką chwilę stabilizacji.
- Nic ci nie jest? - wychrypiała, a jej głos zabrzmiał niemal obco. Patrzyła na niego z błyskiem troski, choć nie widziała żadnych ran na pierwszy rzut oka.
Z każdym kolejnym oddechem jej ciało zaczynało się stabilizować, choć powoli. Nie było jednak czasu, żeby przesadnie się regenerować. Na końcu ulicy dostrzegła grupę czarodziejów z pochodniami. Instynktownie poczuła, jak adrenalina znów napływa do jej żył. Chwyciła Renigalda za rękę i pociągnęła w stronę wąskiego zaułka obok swojej kamienicy. Zza wysokiego murku spoglądała na ulicę, starając się ukryć ich sylwetki. Powietrze w zaułku było minimalnie lepsze, mniej przesycone sadzą, choć wciąż drażniło gardło i nos. Zamknęła oczy na kilka sekund, pozwalając, by zawirowania w głowie powoli ustępowały pod naporem koncentracji. Jej palce zacisnęły się mocno na przedramieniu Renigalda, nie tylko dla równowagi, ale i dla poczucia, że w tym chaosie ktoś jeszcze był przy niej.
- Muszę wrócić z powrotem do galerii - oznajmiła. Musiała jednak chwilę odpocząć, ledwo oddychała, szybkie tempo marszu osłabiało jej serce. Nie mogła sobie pozwolić na przeciążenie, jeśli nie chciała paść na środku ulicy. - Jak twoje mieszkanie?
@Renigald Malfoy
Renigald.
Biorąc pod uwagę horror rozgrywający się na ulicy Pokątnej, widząc go, poczuła nagłą ulgę, jakby ktoś podniósł ciężar z jej ramion. Nie pamiętała, że ostatnim razem, gdy się widzieli, doszło między nimi do okropnej kłótni. Nie miało to najmniejszego znaczenia. Jego obecność przyniosła chwilowe ukojenie w wirze dymu, krzyków i paniki. Chwyciła go instynktownie za przedramię, mocno, by się ustabilizować.
- Wszędzie ogień... dym... w mieszkaniu - wskazała na okna kamienicy. W tym samym momencie kaszel wstrząsnął jej klatką piersiową, gwałtowny i dręczący, wyrywający powietrze z płuc w bolesnym rytmie. Każdy wdech był trudny - powietrze było zbyt gęste, zbyt ciężkie, i zbyt gorące. Jej płuca protestowały, kurcząc się mimowolnie. Zawirowania w głowie sprawiały, że świat wokół drżał i pulsował, a obraz ulicy w ruchu wydawał się nierzeczywisty - wszystkie kolory i ruchy mieszały się w nieprzeniknioną plamę chaosu. Odruchowo poprawiła chustkę wokół ust i przesunęła Vulcora bliżej siebie. Miała nadzieję, że Ren rozumie, że przez dym nie może wrócić do swojego mieszkania. Nie miała siły, by tłumaczyć więcej.
Na jego pytanie potrząsnęła przecząco głową. Nie było w porządku, wręcz przeciwnie, wszystko było bardzo nie w porządku. Czuła sadzę na dłoniach i na twarzy, popiół przyklejony do skóry, który gryząco drażnił zmysły, a mimo to pozwalała sobie na krótką chwilę stabilizacji.
- Nic ci nie jest? - wychrypiała, a jej głos zabrzmiał niemal obco. Patrzyła na niego z błyskiem troski, choć nie widziała żadnych ran na pierwszy rzut oka.
Z każdym kolejnym oddechem jej ciało zaczynało się stabilizować, choć powoli. Nie było jednak czasu, żeby przesadnie się regenerować. Na końcu ulicy dostrzegła grupę czarodziejów z pochodniami. Instynktownie poczuła, jak adrenalina znów napływa do jej żył. Chwyciła Renigalda za rękę i pociągnęła w stronę wąskiego zaułka obok swojej kamienicy. Zza wysokiego murku spoglądała na ulicę, starając się ukryć ich sylwetki. Powietrze w zaułku było minimalnie lepsze, mniej przesycone sadzą, choć wciąż drażniło gardło i nos. Zamknęła oczy na kilka sekund, pozwalając, by zawirowania w głowie powoli ustępowały pod naporem koncentracji. Jej palce zacisnęły się mocno na przedramieniu Renigalda, nie tylko dla równowagi, ale i dla poczucia, że w tym chaosie ktoś jeszcze był przy niej.
- Muszę wrócić z powrotem do galerii - oznajmiła. Musiała jednak chwilę odpocząć, ledwo oddychała, szybkie tempo marszu osłabiało jej serce. Nie mogła sobie pozwolić na przeciążenie, jeśli nie chciała paść na środku ulicy. - Jak twoje mieszkanie?
@Renigald Malfoy