15.10.2025, 15:08 ✶
Minęło sześć dni od pożaru. Londyn wciąż pachniał dymem - albo ten smród wrył jej się w nozdrza i nie potrafiła go zapomnieć. Przez ten czas przebywała w rodowej posiadłości Averych, wśród ciszy, która miała przynieść spokój, a zamiast tego tylko podkreślała, jak bardzo odwykła od bezruchu. Jej matka, jak zawsze, otaczała ją przesadną troską. W salonie nieustannie czekał na nią kubek parującego naparu, a przy łóżku pojawiały się kolejne fiolki z eliksirami zalecanymi przez uzdrowicieli. Wizyta w Świętym Mungu była krótka, ale wystarczająca, by upewnić wszystkich, że nie ma trwałych obrażeń. Odrobinę wcześniej musiała zażyć eliksir na włochatość serca, a resztki dolegliwości miały ustąpić przy odpowiednim odpoczynku.
Jednak stan jej mieszkania nie dawał jej spokoju. Musiała sprawdzić, czy cokolwiek z jej rzeczy da się uraotwać.
Teleportowała się do centrum po śniadaniu. Ulica Pokątna wyglądała inaczej niż zwykle. Choć większość witryn już odnowiono zaklęciami, gdzieniegdzie widać było okopcone mury, ślady po płomieniach i wybitych szybach. Ludzie poruszali się ostrożnie, ona także.
Jej kamienica wciąż stała i najwyraźniej odniosła mniej obrażeń, niż pozostałe dookoła. Weszła do środka ostrożnie, a drzwi zamknęły się za nią z głuchym trzaskiem.
Astoria odruchowo zasłoniła usta dłonią. Dym wciąż był tu obecny - niewidzialny, lepki, przywierający do skóry i włosów. Miała wrażenie, że nawet oddech smakuje jak popiół. Zrzuciła płaszcz, odgarnęła włosy z twarzy i uniosła różdżkę. Okna otworzyły się szeroko, a zaklęcie poruszyło powietrze. Przeciąg zawirował w pokoju, podrywając kurz i sadzę w szary taniec. Zasłony uniosły się lekko, a przez uchylone ramy wdarł się chłód wczesnojesiennego dnia. Dym zaczynał ustępować, ale jego zapach - ciężki, duszny, gryzący w gardło - pozostał. Mimo przewietrzenia, mimo kolejnych zaklęć oczyszczających, czuła, że nic tu nie będzie pachnieć tak jak dawniej. Drewno, papier, płótna - wszystko przesiąkło dymem, jakby mieszkanie zapamiętało tamtą noc i nie chciał jej zapomnieć.
Gdy usłyszała pukanie, oderwała się od przeglądania strat w garderobie i poszła otworzyć drzwi. W progu stał Levi. I chociaż chciała go udusić, to w pierwszym instynkcie rzuciła mu się w ramiona.
- Masz szczęście, że nic ci nie jest. I że mi nic nie jest - westchnęła ciężko. Czuła pod palcami szorstki materiał jego płaszcza, a przez moment pozwoliła sobie na oddech głębszy, spokojniejszy. Pachniał chłodem i powietrzem z zewnątrz, czyli zupełnym przeciwieństwem dusznego wnętrza.
Po chwili jednak oderwała się od niego, zmrużyła oczy i bez ostrzeżenia uderzyła go dłonią w ramię. Nie było w tym prawdziwej siły, raczej gest rozładowania napięcia. I tak nie byłaby w stanie zrobić mu krzywdy.
- Dzięki za ostrzeżenie - mruknęła poirytowana, wpuszczając go do środka. Smogocznik leżący do tej pory na śmierdzącej kanapie, rozpoznał Rowla i podleciał w nadziei na smakołyk.
Jednak stan jej mieszkania nie dawał jej spokoju. Musiała sprawdzić, czy cokolwiek z jej rzeczy da się uraotwać.
Teleportowała się do centrum po śniadaniu. Ulica Pokątna wyglądała inaczej niż zwykle. Choć większość witryn już odnowiono zaklęciami, gdzieniegdzie widać było okopcone mury, ślady po płomieniach i wybitych szybach. Ludzie poruszali się ostrożnie, ona także.
Jej kamienica wciąż stała i najwyraźniej odniosła mniej obrażeń, niż pozostałe dookoła. Weszła do środka ostrożnie, a drzwi zamknęły się za nią z głuchym trzaskiem.
Astoria odruchowo zasłoniła usta dłonią. Dym wciąż był tu obecny - niewidzialny, lepki, przywierający do skóry i włosów. Miała wrażenie, że nawet oddech smakuje jak popiół. Zrzuciła płaszcz, odgarnęła włosy z twarzy i uniosła różdżkę. Okna otworzyły się szeroko, a zaklęcie poruszyło powietrze. Przeciąg zawirował w pokoju, podrywając kurz i sadzę w szary taniec. Zasłony uniosły się lekko, a przez uchylone ramy wdarł się chłód wczesnojesiennego dnia. Dym zaczynał ustępować, ale jego zapach - ciężki, duszny, gryzący w gardło - pozostał. Mimo przewietrzenia, mimo kolejnych zaklęć oczyszczających, czuła, że nic tu nie będzie pachnieć tak jak dawniej. Drewno, papier, płótna - wszystko przesiąkło dymem, jakby mieszkanie zapamiętało tamtą noc i nie chciał jej zapomnieć.
Gdy usłyszała pukanie, oderwała się od przeglądania strat w garderobie i poszła otworzyć drzwi. W progu stał Levi. I chociaż chciała go udusić, to w pierwszym instynkcie rzuciła mu się w ramiona.
- Masz szczęście, że nic ci nie jest. I że mi nic nie jest - westchnęła ciężko. Czuła pod palcami szorstki materiał jego płaszcza, a przez moment pozwoliła sobie na oddech głębszy, spokojniejszy. Pachniał chłodem i powietrzem z zewnątrz, czyli zupełnym przeciwieństwem dusznego wnętrza.
Po chwili jednak oderwała się od niego, zmrużyła oczy i bez ostrzeżenia uderzyła go dłonią w ramię. Nie było w tym prawdziwej siły, raczej gest rozładowania napięcia. I tak nie byłaby w stanie zrobić mu krzywdy.
- Dzięki za ostrzeżenie - mruknęła poirytowana, wpuszczając go do środka. Smogocznik leżący do tej pory na śmierdzącej kanapie, rozpoznał Rowla i podleciał w nadziei na smakołyk.