15.10.2025, 03:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.10.2025, 20:45 przez Helloise Rowle.)
— Nie. Cieszę się. — To było krótkie i tak samo zblazowane jak zwykle.
Helloise nigdy nie miała problemu z uznaniem śmiertelności własnej czy cudzej. Z łatwością wyobrażała sobie koniec Leviathana, a ów koniec — w odróżnieniu do wielu innych końców, nie tylko tych wyobrażonych — wyjątkowo napawał ją uwierającym poczuciem niezgody.
Ostatni raz, gdy go widziała, był w czarnym mundurze — jakby nie on przed nią wtedy stał. Dziwne to było wspomnienie pozbawione jego twarzy. Dobrze było poczuć go bez maski, bez rękawic, bez unoszącego się dookoła dymu. Kieszenie jego szaty były przyjemniejsze w dotyku niż szorstki materiał śmierciożerczej szaty, a gdy pochylał się i zbliżał rękę do jej twarzy, nie czuła od niego zapachów Spalonej Nocy, a dawno opuszczony dom.
— Mam nadzieję, że nigdy już więcej nie będę musiała oglądać cię w tamtym — kostiumie? mundurze? przebraniu? — stroju.
Złagodniała, gdy została ucałowana i przez chwilę patrzyła na Leviathana ufnymi oczami bezmyślnego zwierzątka. Nie pozwoliła mu się jednak odsunąć, kładąc rękę na jego karku i przytrzymując go blisko swojej uniesionej twarzy.
— Dlaczego… — powtórzyła za nim, a z jej oblicza wypłukiwała się stopniowo łagodność. — W tym leży cały problem waszej wojny. Nikomu nie wadzi ta walka plemienna. — Cóż, jej nie wadziła. — To czasem wręcz wskazane. Dla zachowania porządku w naturalnym układzie sił… i żeby przypomnieć sobie, kim jesteś. — Wyprostowała się, wyciągając się dumnie w górę tak, że niemal zetknęli się nosami. — To nie moje ambicje, ale rozumiem to. Gdyby to wam wystarczyło… Nie wystarczyło. Musieliście wyciągnąć ręce po rzeczy święte, których człowiek nigdy nie powinien zakłócić i nie jemu były przeznaczone. — Ręka w jego kieszeni rozluźniła się i znów mógł poczuć poczuć ciężar słoika w ubraniu. — On — spuściła wzrok na kieszeń — to ledwie okruch, lecz sprowadza się wszystko do tego samego: brak wam szacunku do rzeczy ważnych.
Helloise nigdy nie miała problemu z uznaniem śmiertelności własnej czy cudzej. Z łatwością wyobrażała sobie koniec Leviathana, a ów koniec — w odróżnieniu do wielu innych końców, nie tylko tych wyobrażonych — wyjątkowo napawał ją uwierającym poczuciem niezgody.
Ostatni raz, gdy go widziała, był w czarnym mundurze — jakby nie on przed nią wtedy stał. Dziwne to było wspomnienie pozbawione jego twarzy. Dobrze było poczuć go bez maski, bez rękawic, bez unoszącego się dookoła dymu. Kieszenie jego szaty były przyjemniejsze w dotyku niż szorstki materiał śmierciożerczej szaty, a gdy pochylał się i zbliżał rękę do jej twarzy, nie czuła od niego zapachów Spalonej Nocy, a dawno opuszczony dom.
— Mam nadzieję, że nigdy już więcej nie będę musiała oglądać cię w tamtym — kostiumie? mundurze? przebraniu? — stroju.
Złagodniała, gdy została ucałowana i przez chwilę patrzyła na Leviathana ufnymi oczami bezmyślnego zwierzątka. Nie pozwoliła mu się jednak odsunąć, kładąc rękę na jego karku i przytrzymując go blisko swojej uniesionej twarzy.
— Dlaczego… — powtórzyła za nim, a z jej oblicza wypłukiwała się stopniowo łagodność. — W tym leży cały problem waszej wojny. Nikomu nie wadzi ta walka plemienna. — Cóż, jej nie wadziła. — To czasem wręcz wskazane. Dla zachowania porządku w naturalnym układzie sił… i żeby przypomnieć sobie, kim jesteś. — Wyprostowała się, wyciągając się dumnie w górę tak, że niemal zetknęli się nosami. — To nie moje ambicje, ale rozumiem to. Gdyby to wam wystarczyło… Nie wystarczyło. Musieliście wyciągnąć ręce po rzeczy święte, których człowiek nigdy nie powinien zakłócić i nie jemu były przeznaczone. — Ręka w jego kieszeni rozluźniła się i znów mógł poczuć poczuć ciężar słoika w ubraniu. — On — spuściła wzrok na kieszeń — to ledwie okruch, lecz sprowadza się wszystko do tego samego: brak wam szacunku do rzeczy ważnych.
dotknij trawy