15.10.2025, 03:46 ✶
- Powinieneś znać go bardzo dobrze - słowa zawisły leniwie w powietrzu. Miała wrażenie, że w każdym innym momencie ich życia, kiedy padłyby z jego strony podobne słowa, zwyczajnie by się spłoszyła. Wstyd przygryzłby jej policzki, a ona zaczęłaby się zastanawiać, czy Alexander już wie. Czy przyszło wreszcie do niego pewne objawienie odnośnie tego, jak odważnie Louvain sobie poczynał. Jak bestialski i bezwzględny potrafił być podczas swoich wizyt i nie tylko ich, ale tak ogólnie w życiu codziennym i tych momentach, które nie dotyczyły jej samej.
Pędzelek na nowo trafił do buteleczki z lakierem, ale tym razem nie podniósł się na nowo, by kontynuować toporną pracę odnawiania szyldu i uzupełniania w nim braków. Rosie zakręciła pojemniczek, pozwalając oderwać się od zajęcia. Pozwoliła ująć się za ręce, zajrzeć sobie w oczy dokładnie tak samo, jak i ona teraz patrzyła w jego. Jak zawsze błękitne. Takie, w których bardzo chciała utonąć i zapomnieć o bożym świecie.
Ale zapomnienie nie było jej pisane. Była tylko koślawa rzeczywistość o ostrych krawędziach, a ona była tak strasznie zmęczona. Zdążyła się przespać, przytulając głowę do poduszki w rodowej posiadłości, w swoim starym pokoju. Jej zmęczenia nie dało się jednak tak zwyczajnie odespać, bo tkwiło gdzieś zbyt głęboko i było już chyba integralną jej częścią.
- W końcu jest taki podobny do ciebie - dokończyła wreszcie swoje słowa. Cicho, niczym największe zwierzenie, ale brakowało temu odpowiedniego tonu. To było suche stwierdzenie, które brzmiało w jej ustach wręcz obco i z pewnym wyrzutem. Bardziej do niej samej niż niego, bo w momencie kiedy zaczęła zdawać sobie sprawę z tych podobieństw, wszystko było zwyczajnie inne. Gorsze.
Przez moment przyglądała mu się, studiując meandry jego tęczówek i zastanawiając się, jaka przyszłość kryła się na ich dnie. Dobra? Zła? Taka która zachęcała czy może zmuszała do ucieczki? Przestawała powoli lubić tak samo przyszłość jak i wszystko, co pozwalało chociaż odrobinę ją rozjaśnić. Ta świadomość przecież przynosiła tylko rozczarowania, ale mimo tego starała się wciąż dla innych udawać, że coś było w stanie ją pokonać. Przełamać los i zmienić jego bieg.
Palce jednej dłoni powędrowały ku górze, ku jego twarzy. Ambrosia milczała długo, zastanawiając się czy nie próbuje znowu odwlekać w czasie tego co nieuniknione i zachować tej najbardziej ostatniej chwili dla siebie. Tej, która przychodziła przed samą katastrofą i która potem okazywała się najbardziej cenną. Poprawiła opuszkami jego włosy, aż wreszcie wróciła spojrzeniem do jego oczu.
- Powiedz mi Alexandrze, czy ty mnie jeszcze kochasz?
Bo czym miała być jej odpowiedź, jeśli nie odwzajemnieniem tej miłości i przyznaniem się do popełnionych błędów? Ale jeśli jej już nie było to czemu miałaby dalej walczyć?
Pędzelek na nowo trafił do buteleczki z lakierem, ale tym razem nie podniósł się na nowo, by kontynuować toporną pracę odnawiania szyldu i uzupełniania w nim braków. Rosie zakręciła pojemniczek, pozwalając oderwać się od zajęcia. Pozwoliła ująć się za ręce, zajrzeć sobie w oczy dokładnie tak samo, jak i ona teraz patrzyła w jego. Jak zawsze błękitne. Takie, w których bardzo chciała utonąć i zapomnieć o bożym świecie.
Ale zapomnienie nie było jej pisane. Była tylko koślawa rzeczywistość o ostrych krawędziach, a ona była tak strasznie zmęczona. Zdążyła się przespać, przytulając głowę do poduszki w rodowej posiadłości, w swoim starym pokoju. Jej zmęczenia nie dało się jednak tak zwyczajnie odespać, bo tkwiło gdzieś zbyt głęboko i było już chyba integralną jej częścią.
- W końcu jest taki podobny do ciebie - dokończyła wreszcie swoje słowa. Cicho, niczym największe zwierzenie, ale brakowało temu odpowiedniego tonu. To było suche stwierdzenie, które brzmiało w jej ustach wręcz obco i z pewnym wyrzutem. Bardziej do niej samej niż niego, bo w momencie kiedy zaczęła zdawać sobie sprawę z tych podobieństw, wszystko było zwyczajnie inne. Gorsze.
Przez moment przyglądała mu się, studiując meandry jego tęczówek i zastanawiając się, jaka przyszłość kryła się na ich dnie. Dobra? Zła? Taka która zachęcała czy może zmuszała do ucieczki? Przestawała powoli lubić tak samo przyszłość jak i wszystko, co pozwalało chociaż odrobinę ją rozjaśnić. Ta świadomość przecież przynosiła tylko rozczarowania, ale mimo tego starała się wciąż dla innych udawać, że coś było w stanie ją pokonać. Przełamać los i zmienić jego bieg.
Palce jednej dłoni powędrowały ku górze, ku jego twarzy. Ambrosia milczała długo, zastanawiając się czy nie próbuje znowu odwlekać w czasie tego co nieuniknione i zachować tej najbardziej ostatniej chwili dla siebie. Tej, która przychodziła przed samą katastrofą i która potem okazywała się najbardziej cenną. Poprawiła opuszkami jego włosy, aż wreszcie wróciła spojrzeniem do jego oczu.
- Powiedz mi Alexandrze, czy ty mnie jeszcze kochasz?
Bo czym miała być jej odpowiedź, jeśli nie odwzajemnieniem tej miłości i przyznaniem się do popełnionych błędów? Ale jeśli jej już nie było to czemu miałaby dalej walczyć?
she was a gentle
sort of horror
sort of horror