15.10.2025, 12:16 ✶
Skrzywił się lekko na to, jak Millie mówiła o relacji jego i Mo. Jakby ta tylko sprowadzała się do seksu (którego zresztą na razie nie było). Zaraz jednak przypomniał sobie, że Mildred Moody... była sobą. Nie miał pojęcia, czy rzeczywiście tak widziała świat wokół siebie i relacje międzyludzkie, czy może po prostu tak mówiła, zasłaniając własne poglądy za zasłoną niby śmiesznej, niby ordynarnej gadki.
No ale cóż poradzić, że nie lubił, jak Mona była nazywana "duperą".
– Schrödingera. Kotem Schrödingera – poprawił ją cicho z nikłą nadzieją, że w przyszłości Moody będzie używać tej frazy z większą świadomością.
Musiała ona rozumieć inne rzeczy niż on. Może to oko takiej Millie było bardziej zdatne do spoglądania w karty niż wiecznie racjonalizujące oko Icarusa. On by interpretował karty w zupełności dosłownie, po obrazkach, choć wiedział, że taka metoda była całkowicie chybiona. Nie potrafił myśleć na tyle abstrakcyjnie. Potrzebowałby po prostu przewodnika po znaczeniu kart, swego rodzaju słownika. A i tak robiłby to źle. Do czytania tarota niezbędne było myślenie poza schematami.
Pytanie o trupa w szafie natychmiast wytrąciło go z równowagi. Wiadomo, że losowi chodziło o Oko. Bogowie, czasem byłoby naprawdę łatwiej, gdyby nie siedział w tym szambie... Szczególnie, że nie mógł długo udawać przed Moną, że problem nie istniał.
– Więc... no... – zająknął się i nie dokończył mówić, bo do domu weszła rzeczona rudowłosa. Już był gotów ją powitać, ale chłód w jej głosie przekonał go, że siedział w salonie z obcą jej kobietą. Tylko tego brakowało... – Mo, świetnie cię widzieć. Poznaj moją przyjaciółkę, Millie Moody. Millie, to jest Mona Rowle. Właśnie... Millie wróżyła mi z kart. Dobrze jest się czasem skomunikować z losem, by kalkulować ryzyko, nie? – podrapał się po karku, siląc się na uśmiech.
No ale cóż poradzić, że nie lubił, jak Mona była nazywana "duperą".
– Schrödingera. Kotem Schrödingera – poprawił ją cicho z nikłą nadzieją, że w przyszłości Moody będzie używać tej frazy z większą świadomością.
Musiała ona rozumieć inne rzeczy niż on. Może to oko takiej Millie było bardziej zdatne do spoglądania w karty niż wiecznie racjonalizujące oko Icarusa. On by interpretował karty w zupełności dosłownie, po obrazkach, choć wiedział, że taka metoda była całkowicie chybiona. Nie potrafił myśleć na tyle abstrakcyjnie. Potrzebowałby po prostu przewodnika po znaczeniu kart, swego rodzaju słownika. A i tak robiłby to źle. Do czytania tarota niezbędne było myślenie poza schematami.
Pytanie o trupa w szafie natychmiast wytrąciło go z równowagi. Wiadomo, że losowi chodziło o Oko. Bogowie, czasem byłoby naprawdę łatwiej, gdyby nie siedział w tym szambie... Szczególnie, że nie mógł długo udawać przed Moną, że problem nie istniał.
– Więc... no... – zająknął się i nie dokończył mówić, bo do domu weszła rzeczona rudowłosa. Już był gotów ją powitać, ale chłód w jej głosie przekonał go, że siedział w salonie z obcą jej kobietą. Tylko tego brakowało... – Mo, świetnie cię widzieć. Poznaj moją przyjaciółkę, Millie Moody. Millie, to jest Mona Rowle. Właśnie... Millie wróżyła mi z kart. Dobrze jest się czasem skomunikować z losem, by kalkulować ryzyko, nie? – podrapał się po karku, siląc się na uśmiech.