15.10.2025, 12:50 ✶
[nici Benjy-Prudence: fuksja - bardziej w kierunku pożądania niż nieskalanej miłości]
Pochyliłem się lekko w stronę Prue, gdy wyszeptała swój komentarz o objawieniach.
- Cokolwiek tam ma, na pewno jest kleatywny. „Nowa wspólnota selc…” - Mruknąłem półgłosem, na tyle cicho, że tylko Prue mogła to usłyszeć, kącik ust drgnął mi w ledwo widocznym uśmiechu. - Bszmi jak coś, co mosna by umieściś na okładce bloszuly kowenu. - W moim głosie pobrzmiewał cień rozbawienia, które tylko z trudem tłumiłem, bo Sebastian Macmillan naprawdę wyglądał, jakby każde słowo było dla niego boskim natchnieniem. Głos niósł mu się po całym ogrodzie z taką powagą, że można by uwierzyć, iż naprawdę przemawiał w imieniu samej Matki, albo że to Matka przemawiała przez niego.
Miałem dla niego pewien szacunek - wiedział, jak mówić, jak czarować tłum, był dobrym aktorem, a to w tym zawodzie połowa sukcesu, ale nie mogłem się powstrzymać od lekkiego uśmiechu, kiedy z taką celowością wspominał uścisk dłoni Geraldine Yaxley. Nachyliłem się lekko ku Prue, żeby nasze słowa nie dotarły do nikogo więcej.
- Jeśli pamięta jej uścisk do dziś, to obstawiam, sze pszes tydzień nie mógł luszaś palcami.
Panna młoda miała w sobie tę charakterystyczną twardość ludzi z jej rodu - stalową pewność, że cokolwiek zrobi, zrobi to dobrze, nawet jeśli przy okazji połamie komuś kości. Znałem ten typ, zbyt dobrze, i chociaż teraz wyglądała jak ucieleśnienie świętej czystości i wiecznej wierności, w mojej pamięci wciąż miała krew na dłoniach i ogniste spojrzenie, którego lepiej było nie odwzajemniać.
Na moment zamilkłem, skupiając wzrok na ołtarzu - kapłanki pojawiły się z przodu, ich ruchy były precyzyjne, prawie hipnotyzujące. Cokolwiek o tym sądziłem - trzeba było przyznać, że wyglądało to pięknie.
- Mhm, jest w tym coś pięknego.
Prawie uwierzyłbym, że to naprawdę działa.
Prawie.
Nie byłem człowiekiem wiary, nie w tym sensie, wierzyłem raczej w ludzi - a może w ich błędy - w to, że można je przewidzieć i wykorzystać. Nie wierzyłem w znaki, przynajmniej nie w te, które miały coś wspólnego z wiarą, boskością czy łaską Matki, ale kiedy ziemia pod moimi butami lekko zadrżała, a powietrze zgęstniało jak przed burzą, nie mogłem udawać, że nic się nie dzieje. Coś się poruszyło, nie gwałtownie, nie w sposób groźny, raczej jak oddech kogoś, kto długo spał i właśnie zaczynał się budzić. Zerknąłem na Prudence. Wyglądała na zafascynowaną, jakby każdy szept wiatru miał dla niej jakieś znaczenie. Dla mnie był po prostu... Dziwny. Drobne drgania w deskach, ten niemal namacalny ruch powietrza, kilka kropel, które spadły z nieba i zniknęły tak szybko, jak się pojawiły - wszystko to sprawiało wrażenie czegoś zbyt dobrze zaplanowanego, by było przypadkiem. Sebastian Macmillan znał się na efektach.
Kiedy rozsypywał ziemię, tworząc krąg wokół Młodych, jego cień zdawał się ożywać, tańczyć po ołtarzu, powietrze drgnęło ponownie, a wiatr przyniósł zapach dymu, wrzosów i kadzidła, coś w tej aurze rzeczywiście zaczęło przypominać modlitwę. Płomienie świec wzrosły gwałtownie, ogień zatańczył, a przez krótką chwilę miałem wrażenie, że zaraz miało wydarzyć się coś jeszcze większego.
- No, plosę. - Mruknąłem ledwie słyszalnie, bardziej do siebie niż do niej. - Matka dzisiaj chyba faktysznie patszy. - A potem umilkłem, wpatrując się w resztę gestów. Sebastian naprawdę się postarał, niektórzy kapłani tylko recytowali słowa, on potrafił sprawić, że ziemia zdawała się ich słuchać.
Ceremonia zbliżała się ku końcowi, gdy wiatr powrócił, tym razem silniejszy, zrywając welon z głowy Geraldine dokładnie w chwili pocałunku, uniósł go w górę z takim rozmachem, że nawet ja nie powstrzymałem lekkiego parsknięcia.
- Symboliczne. - Skwitowałem szeptem, unosząc brew. - Matka najwylaśniej uznała, sze i tak długo wytszymała w loli ułoszonej panny młodej.
Welon wirował nad głowami gości, aż zniknął gdzieś w szarości nieba. Niektórzy ludzie patrzyli za nim z nabożnym zdumieniem, jakby był jakimś omenem, ja widziałem tylko kawałek materiału porwany przez wiatr, chociaż przyznać musiałem - wyglądało to pięknie. Dźwięk odsuwanego krzesła przerwał tę iluzję, ojciec Geraldine podniósł się, wyciągając zza siedzenia łuk - imponujący, z kołczanem, jakby zaraz miał ruszyć na polowanie, nie na wesele - oczywiście, że Yaxleyowie musieli wykorzystać tę tradycję, jak zawsze u czystokrwistych, wymieszaną z dumą i odrobiną przesady, ale nie mogłem zaprzeczyć, że scena miała swoją siłę. Geraldine z łukiem w dłoniach wyglądała tak, jak powinna.
- Nic tak nie mówi „małszeństwo”, jak bloń w lękach. - Mruknąłem pod nosem, dyskretnie, żeby usłyszała to tylko Prue, po czym wbiłem spojrzenie w rozpalane ognisko. Imponujące.
Pochyliłem się lekko w stronę Prue, gdy wyszeptała swój komentarz o objawieniach.
- Cokolwiek tam ma, na pewno jest kleatywny. „Nowa wspólnota selc…” - Mruknąłem półgłosem, na tyle cicho, że tylko Prue mogła to usłyszeć, kącik ust drgnął mi w ledwo widocznym uśmiechu. - Bszmi jak coś, co mosna by umieściś na okładce bloszuly kowenu. - W moim głosie pobrzmiewał cień rozbawienia, które tylko z trudem tłumiłem, bo Sebastian Macmillan naprawdę wyglądał, jakby każde słowo było dla niego boskim natchnieniem. Głos niósł mu się po całym ogrodzie z taką powagą, że można by uwierzyć, iż naprawdę przemawiał w imieniu samej Matki, albo że to Matka przemawiała przez niego.
Miałem dla niego pewien szacunek - wiedział, jak mówić, jak czarować tłum, był dobrym aktorem, a to w tym zawodzie połowa sukcesu, ale nie mogłem się powstrzymać od lekkiego uśmiechu, kiedy z taką celowością wspominał uścisk dłoni Geraldine Yaxley. Nachyliłem się lekko ku Prue, żeby nasze słowa nie dotarły do nikogo więcej.
- Jeśli pamięta jej uścisk do dziś, to obstawiam, sze pszes tydzień nie mógł luszaś palcami.
Panna młoda miała w sobie tę charakterystyczną twardość ludzi z jej rodu - stalową pewność, że cokolwiek zrobi, zrobi to dobrze, nawet jeśli przy okazji połamie komuś kości. Znałem ten typ, zbyt dobrze, i chociaż teraz wyglądała jak ucieleśnienie świętej czystości i wiecznej wierności, w mojej pamięci wciąż miała krew na dłoniach i ogniste spojrzenie, którego lepiej było nie odwzajemniać.
Na moment zamilkłem, skupiając wzrok na ołtarzu - kapłanki pojawiły się z przodu, ich ruchy były precyzyjne, prawie hipnotyzujące. Cokolwiek o tym sądziłem - trzeba było przyznać, że wyglądało to pięknie.
- Mhm, jest w tym coś pięknego.
Prawie uwierzyłbym, że to naprawdę działa.
Prawie.
Nie byłem człowiekiem wiary, nie w tym sensie, wierzyłem raczej w ludzi - a może w ich błędy - w to, że można je przewidzieć i wykorzystać. Nie wierzyłem w znaki, przynajmniej nie w te, które miały coś wspólnego z wiarą, boskością czy łaską Matki, ale kiedy ziemia pod moimi butami lekko zadrżała, a powietrze zgęstniało jak przed burzą, nie mogłem udawać, że nic się nie dzieje. Coś się poruszyło, nie gwałtownie, nie w sposób groźny, raczej jak oddech kogoś, kto długo spał i właśnie zaczynał się budzić. Zerknąłem na Prudence. Wyglądała na zafascynowaną, jakby każdy szept wiatru miał dla niej jakieś znaczenie. Dla mnie był po prostu... Dziwny. Drobne drgania w deskach, ten niemal namacalny ruch powietrza, kilka kropel, które spadły z nieba i zniknęły tak szybko, jak się pojawiły - wszystko to sprawiało wrażenie czegoś zbyt dobrze zaplanowanego, by było przypadkiem. Sebastian Macmillan znał się na efektach.
Kiedy rozsypywał ziemię, tworząc krąg wokół Młodych, jego cień zdawał się ożywać, tańczyć po ołtarzu, powietrze drgnęło ponownie, a wiatr przyniósł zapach dymu, wrzosów i kadzidła, coś w tej aurze rzeczywiście zaczęło przypominać modlitwę. Płomienie świec wzrosły gwałtownie, ogień zatańczył, a przez krótką chwilę miałem wrażenie, że zaraz miało wydarzyć się coś jeszcze większego.
- No, plosę. - Mruknąłem ledwie słyszalnie, bardziej do siebie niż do niej. - Matka dzisiaj chyba faktysznie patszy. - A potem umilkłem, wpatrując się w resztę gestów. Sebastian naprawdę się postarał, niektórzy kapłani tylko recytowali słowa, on potrafił sprawić, że ziemia zdawała się ich słuchać.
Ceremonia zbliżała się ku końcowi, gdy wiatr powrócił, tym razem silniejszy, zrywając welon z głowy Geraldine dokładnie w chwili pocałunku, uniósł go w górę z takim rozmachem, że nawet ja nie powstrzymałem lekkiego parsknięcia.
- Symboliczne. - Skwitowałem szeptem, unosząc brew. - Matka najwylaśniej uznała, sze i tak długo wytszymała w loli ułoszonej panny młodej.
Welon wirował nad głowami gości, aż zniknął gdzieś w szarości nieba. Niektórzy ludzie patrzyli za nim z nabożnym zdumieniem, jakby był jakimś omenem, ja widziałem tylko kawałek materiału porwany przez wiatr, chociaż przyznać musiałem - wyglądało to pięknie. Dźwięk odsuwanego krzesła przerwał tę iluzję, ojciec Geraldine podniósł się, wyciągając zza siedzenia łuk - imponujący, z kołczanem, jakby zaraz miał ruszyć na polowanie, nie na wesele - oczywiście, że Yaxleyowie musieli wykorzystać tę tradycję, jak zawsze u czystokrwistych, wymieszaną z dumą i odrobiną przesady, ale nie mogłem zaprzeczyć, że scena miała swoją siłę. Geraldine z łukiem w dłoniach wyglądała tak, jak powinna.
- Nic tak nie mówi „małszeństwo”, jak bloń w lękach. - Mruknąłem pod nosem, dyskretnie, żeby usłyszała to tylko Prue, po czym wbiłem spojrzenie w rozpalane ognisko. Imponujące.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)