15.10.2025, 13:16 ✶
Uniósł brwi nieco zdziwiony sugestią, że Scarlett powinna zająć się czym innym zamiast karierą w tym wieku, bo sam w stosunku do młodzieży której patronował nie oglądał się na wiek a pakiet umiejętności i ambicję właśnie, motor, który mógł tychże ludzi skłonić ku rzeczom wielkim. Być może wynikało to z faktu, że sam nie miał potomka, być może z faktu, że nigdy nie był kobietą, ażeby dźwigać od maleńkości ciężar odpowiedzialności za zachowanie ciągłości istnienia przyszłych pokoleń. Nie pochwalał wyboru Scarlett - uważał, że jako egzorcystka powinna kopać dalej studnię, w której odnajdywała się tyle lat, a nie nagle sięgać po zupełnie inne łopaty i zatapiać się w świecie paragrafów i przepisów obcego dla niej państwa i społeczności. Nie zamierzał jednak w to ingerować, ciekaw raczej czy ów przesadzenie się przyjmie, a może drzewko obeschnie nieco i zmieni zdanie.
Zawsze też dobrze było mieć przyjazną duszę w kancelarii prawniczej Philomeny Mulciber.
– Przykro mi – bardzo chciał, bardzo życzyłby tego sobie, żeby Lorien była bezpieczna tamtej nocy w Ministerstwie, ale nie zamierzał jej tego wyrzucać, nie kiedy sam metaforycznie rzucił się w płonące miasto za parą krnąbrnych prefektów, którzy zapomnieli, że nie są już dziećmi. – Jeśli byś je sprzedała i kupiła co innego, to to co innego również byłoby Twoje, czyż nie? – W przeciwieństwie do towarzyszki mógł obrócić twarz w stronę kanału, mógł patrzeć na czarną toń, bo jego mimo wszystko naznaczyło morze. Rzeka - nawet jeśli wykopana ludzkimi rękoma - zdawała się dziwacznie spokojna, wręcz spolegliwa. Ciekaw był, czy ofiarodawczyni tego miejsca z rozmysłem kupiła kamienicę, aby gnębić Lorien tym widokiem, czy zwyczajnie zapomniała. Obie opcje niosły ze sobą coś bardzo przykrego, tym przykrzejszego, że Anthony nie wiedział jak mógłby w ogóle na to zaradzić.
Parsknął na wspomnienie o Trumpach, nie ze względu na wieszczenia przyjaciółki, a zlepek słów podsuwanych mu magią znaczeń w tym przypadku nader chrześcijańskich. – Coś słyszałem od nich podczas mojej jakże dewastującej konfrontacji z amerykańską ambasadorką. Szczęśliwie po Czarnym Weselu wyjechała. Nie polubiłabyś jej. Była bardzo... bardzo głośna. – Parkiet do wymiany. Ściany do wymiany. Meble do wymiany. Co nie było tu do wymiany? Może tylko to krzesło. Na pamiętkę. On by je zdecydowanie zachował.
– Kartę? Oczywiście mia cara – podszedł do torebki, okiem absolutnego barku znawstwa przypatrując się przy okazji meblowi, który przetrwał pożogę. Po kilku chwilach pomiędzy wskazującym a środkowym palcem znalazła się karta. Oparł się pokusie by przez moment się nią pobawić, zamiast tego podeszedł do Lorien. – No nie mów mi... – jego głos rozpromienił się, jak niebo na kilka dni po tragedii Spalonej Nocy, gdy chmury w końcu się rozstąpiły – Coś jednak przetrwało? – zaciekawiony zajrzał przez ramię wysokiemu sądowi, co nie było takie trudne z racji faktu, że ten konkretny sąd nie był aż tak wysoki w sensie dosłownym. – Czyżby córka marnotrawna wracała do rodziny? – zagadnął wyciągając kartonik ku Lorien. – To Twojego brata? Mojemu całą kolekcję rozwiał wiatr wraz z resztą dobytku. – Czemu miałby uciekać przed Alexandrem? Dziwna z pozoru paralela podniesiona na ich ostatnim obiedzie osiadła i wykiełkowała, dając Shafiqowi pewną ulgę w rozmyślaniu na temat głowy rodu Mulciberów. Więcej przestrzeni do tego, żeby się nie martwić, albo - co byłoby bardziej precyzyjnym ujęciem problematyki - by martwić się o co innego. Ich bracia Niewymowni. Który oszaleje pierwszy? Jeszcze rok, dwa temu nie żartowałby z tego tak dosadnie. Dziś jednak... niewiele więcej mu pozostało.
Zawsze też dobrze było mieć przyjazną duszę w kancelarii prawniczej Philomeny Mulciber.
– Przykro mi – bardzo chciał, bardzo życzyłby tego sobie, żeby Lorien była bezpieczna tamtej nocy w Ministerstwie, ale nie zamierzał jej tego wyrzucać, nie kiedy sam metaforycznie rzucił się w płonące miasto za parą krnąbrnych prefektów, którzy zapomnieli, że nie są już dziećmi. – Jeśli byś je sprzedała i kupiła co innego, to to co innego również byłoby Twoje, czyż nie? – W przeciwieństwie do towarzyszki mógł obrócić twarz w stronę kanału, mógł patrzeć na czarną toń, bo jego mimo wszystko naznaczyło morze. Rzeka - nawet jeśli wykopana ludzkimi rękoma - zdawała się dziwacznie spokojna, wręcz spolegliwa. Ciekaw był, czy ofiarodawczyni tego miejsca z rozmysłem kupiła kamienicę, aby gnębić Lorien tym widokiem, czy zwyczajnie zapomniała. Obie opcje niosły ze sobą coś bardzo przykrego, tym przykrzejszego, że Anthony nie wiedział jak mógłby w ogóle na to zaradzić.
Parsknął na wspomnienie o Trumpach, nie ze względu na wieszczenia przyjaciółki, a zlepek słów podsuwanych mu magią znaczeń w tym przypadku nader chrześcijańskich. – Coś słyszałem od nich podczas mojej jakże dewastującej konfrontacji z amerykańską ambasadorką. Szczęśliwie po Czarnym Weselu wyjechała. Nie polubiłabyś jej. Była bardzo... bardzo głośna. – Parkiet do wymiany. Ściany do wymiany. Meble do wymiany. Co nie było tu do wymiany? Może tylko to krzesło. Na pamiętkę. On by je zdecydowanie zachował.
– Kartę? Oczywiście mia cara – podszedł do torebki, okiem absolutnego barku znawstwa przypatrując się przy okazji meblowi, który przetrwał pożogę. Po kilku chwilach pomiędzy wskazującym a środkowym palcem znalazła się karta. Oparł się pokusie by przez moment się nią pobawić, zamiast tego podeszedł do Lorien. – No nie mów mi... – jego głos rozpromienił się, jak niebo na kilka dni po tragedii Spalonej Nocy, gdy chmury w końcu się rozstąpiły – Coś jednak przetrwało? – zaciekawiony zajrzał przez ramię wysokiemu sądowi, co nie było takie trudne z racji faktu, że ten konkretny sąd nie był aż tak wysoki w sensie dosłownym. – Czyżby córka marnotrawna wracała do rodziny? – zagadnął wyciągając kartonik ku Lorien. – To Twojego brata? Mojemu całą kolekcję rozwiał wiatr wraz z resztą dobytku. – Czemu miałby uciekać przed Alexandrem? Dziwna z pozoru paralela podniesiona na ich ostatnim obiedzie osiadła i wykiełkowała, dając Shafiqowi pewną ulgę w rozmyślaniu na temat głowy rodu Mulciberów. Więcej przestrzeni do tego, żeby się nie martwić, albo - co byłoby bardziej precyzyjnym ujęciem problematyki - by martwić się o co innego. Ich bracia Niewymowni. Który oszaleje pierwszy? Jeszcze rok, dwa temu nie żartowałby z tego tak dosadnie. Dziś jednak... niewiele więcej mu pozostało.