16.10.2025, 00:17 ✶
Nie mogłem się powstrzymać od cichego parsknięcia. Sebastian był teatralny, pewny w każdym geście, ale z drugiej strony - coś w nim było. W tej jego manierze, w tym tonie głosu, który potrafił przebić się przez gwar i przyciągnąć uwagę nawet tych, którzy mieli do religii równie wiele zaufania, co ja do polityków. Nie mogłem odmówić mu zaangażowania - na pierwszy rzut oka, wierzył w każde swoje słowo, w każdy gest, a to było... Fascynujące, nawet jeśli trochę niebezpieczne. Człowiek, który za bardzo wierzy, potrafi przekroczyć granice szybciej niż ten, który nie wierzy wcale.
- Jeszli ćwiczył, to s całą pewnością w pełnym stloju litulgisznym. - Odparłem cicho, nie odrywając wzroku od kapłana. - S natchnieniem łatwiej, kiedy się samemu sobie podoba.
Patrzyłem na Macmillana, próbując dostrzec w nim choć cień autentyczności - może i wierzył w to, co mówił, a może po prostu lubił, jak na niego patrzono, gdy głosił prawdy o boskiej miłości i wspólnocie serc. Większość ludzi nie odróżniała jednego od drugiego. Co dziwniejsze - mi teraz również było odrobinę ciężko to zrobić.
Prawda była taka, że nie tylko religijne foldery i ja nigdy nie mieliśmy ze sobą po drodze. Cała religia nie była mi zbytnio w smak. Nie pamiętałem, żebym kiedykolwiek miał w rękach broszurę kowenu, więc gdy wspomniała o niej w ten sposób, z tym swoim półuśmiechem, uniosłem brew.
- Ostatnią, jaką widziałem, słuszyła komuś do lospalenia kominka. To szię chyba nie liczy. - Odpowiedziałem cicho, z tym stłumionym rozbawieniem, które potrafiło brzmieć niemal, jak znużenie.
Parsknąłem cicho na komentarz o połamanych przez Gerdę palcach Sebastiana. Nie znałem jej aż tak dobrze, ale znałem grono zawodowe łowców - delikatność nie była ich domeną. Kapłan tymczasem unosił dłonie, mówił o czystości, o jedności i płomieniach, które nie niszczą, a prowadzą, ale kiedy ziemia zaczęła lekko drżeć, przestałem się uśmiechać. Nie ze strachu, raczej z... Trudno było to nazwać. Rytuał żywiołów przyciągnął moją uwagę bardziej, niż chciałem to przyznać. Jeśli to była magia, to cholernie dobra, a jeśli nie - cóż, ktoś tu naprawdę miał znajomości wśród żywiołów.
- A bo ja wiem?
Spojrzałem w bok na Prudence, która wyglądała, jakby nie mogła oderwać wzroku od sceny. Nic dziwnego - cień Sebastiana tańczył po ołtarzu, wiatr wdarł się między rzędy gości, a potem, jakby dla podkreślenia całej tej symboliki, welon panny młodej odleciał w siną dal.
Dźwięk przesuwanego krzesła przywrócił moją uwagę do rzeczywistości. Niektórzy jeszcze chwilę spoglądali w niebo, inni już szukali w tym znaków, ale ja tylko odchyliłem się lekko, obserwując, jak Yaxley senior wstał i ruszył do ołtarza z łukiem. Prawdziwy obraz rodzinnej siły - od błogosławieństwa do uzbrojenia córki w broń dalekiego zasięgu. Kiedy wręczył ją córce, nie mogłem się powstrzymać od kiwnięcia głową i dalszego komentarza. Prue komentowała trafnie - oczywiście, że broń przez cały czas tam była. Bo czemu nie? Ślub bez potencjalnego elementu zagrożenia, to przecież nie był ślub, przynajmniej nie w tej rodzinie. Tradycja, jak mniemałem, mówiła, że każda panna młoda Yaxleyów powinna mieć coś starego, coś nowego i coś, czym może odstrzelić intruza.
- Nie wszyscy ojcowie oddają pannę młodą. Widzisz? - Nachyliłem się znowu, tym razem z wyraźnym rozbawieniem. - Ten, dla odmiany, pszekazuje jej alsenał. Nie byłbym zdziwiony, gdyby gdzieś za ołtaszem leszała jeszcze kusza, na wszelki wypadek.
Strzała pomknęła w powietrze, rozcinając przestrzeń z precyzją, której nie powstydziłby się zawodowy łucznik, i z impetem trafiła w przygotowany stos. Ogień w oddali buchnął wysoko, jasny, czysty, płomień wzbił się w górę, a otoczenie - nawet to najbliższe - na moment rozświetliło złote światło. Ogień odbił się we włosach Geraldine, na twarzach Ambroise’a i kapłana, w dymie, który wciąż unosił się wokół, musiałem przyznać, że zrobiło to wrażenie. Uśmiechnąłem się lekko, prawie niezauważalnie.
- No i ploszę. Niektószy naplawdę lubią kończyś s pszytupem. Nie kaszdy ślub kończy szię usblojeniem męszatki, ale doceniam plaktyczne podejście. - Mruknąłem półgłosem, bardziej do siebie niż do niej, z tym cichym, znajomym cieniem ironii, który był moją najlepszą formą błogosławieństwa. Ogień buchał w górę, młodzi uśmiechnęli się do siebie, a Ambroise uniósł Geraldine w ramionach jak bohater z bajki, w której finał dopisano złotym atramentem. Ładnie, no.
- Jeszli ćwiczył, to s całą pewnością w pełnym stloju litulgisznym. - Odparłem cicho, nie odrywając wzroku od kapłana. - S natchnieniem łatwiej, kiedy się samemu sobie podoba.
Patrzyłem na Macmillana, próbując dostrzec w nim choć cień autentyczności - może i wierzył w to, co mówił, a może po prostu lubił, jak na niego patrzono, gdy głosił prawdy o boskiej miłości i wspólnocie serc. Większość ludzi nie odróżniała jednego od drugiego. Co dziwniejsze - mi teraz również było odrobinę ciężko to zrobić.
Prawda była taka, że nie tylko religijne foldery i ja nigdy nie mieliśmy ze sobą po drodze. Cała religia nie była mi zbytnio w smak. Nie pamiętałem, żebym kiedykolwiek miał w rękach broszurę kowenu, więc gdy wspomniała o niej w ten sposób, z tym swoim półuśmiechem, uniosłem brew.
- Ostatnią, jaką widziałem, słuszyła komuś do lospalenia kominka. To szię chyba nie liczy. - Odpowiedziałem cicho, z tym stłumionym rozbawieniem, które potrafiło brzmieć niemal, jak znużenie.
Parsknąłem cicho na komentarz o połamanych przez Gerdę palcach Sebastiana. Nie znałem jej aż tak dobrze, ale znałem grono zawodowe łowców - delikatność nie była ich domeną. Kapłan tymczasem unosił dłonie, mówił o czystości, o jedności i płomieniach, które nie niszczą, a prowadzą, ale kiedy ziemia zaczęła lekko drżeć, przestałem się uśmiechać. Nie ze strachu, raczej z... Trudno było to nazwać. Rytuał żywiołów przyciągnął moją uwagę bardziej, niż chciałem to przyznać. Jeśli to była magia, to cholernie dobra, a jeśli nie - cóż, ktoś tu naprawdę miał znajomości wśród żywiołów.
- A bo ja wiem?
Spojrzałem w bok na Prudence, która wyglądała, jakby nie mogła oderwać wzroku od sceny. Nic dziwnego - cień Sebastiana tańczył po ołtarzu, wiatr wdarł się między rzędy gości, a potem, jakby dla podkreślenia całej tej symboliki, welon panny młodej odleciał w siną dal.
Dźwięk przesuwanego krzesła przywrócił moją uwagę do rzeczywistości. Niektórzy jeszcze chwilę spoglądali w niebo, inni już szukali w tym znaków, ale ja tylko odchyliłem się lekko, obserwując, jak Yaxley senior wstał i ruszył do ołtarza z łukiem. Prawdziwy obraz rodzinnej siły - od błogosławieństwa do uzbrojenia córki w broń dalekiego zasięgu. Kiedy wręczył ją córce, nie mogłem się powstrzymać od kiwnięcia głową i dalszego komentarza. Prue komentowała trafnie - oczywiście, że broń przez cały czas tam była. Bo czemu nie? Ślub bez potencjalnego elementu zagrożenia, to przecież nie był ślub, przynajmniej nie w tej rodzinie. Tradycja, jak mniemałem, mówiła, że każda panna młoda Yaxleyów powinna mieć coś starego, coś nowego i coś, czym może odstrzelić intruza.
- Nie wszyscy ojcowie oddają pannę młodą. Widzisz? - Nachyliłem się znowu, tym razem z wyraźnym rozbawieniem. - Ten, dla odmiany, pszekazuje jej alsenał. Nie byłbym zdziwiony, gdyby gdzieś za ołtaszem leszała jeszcze kusza, na wszelki wypadek.
Strzała pomknęła w powietrze, rozcinając przestrzeń z precyzją, której nie powstydziłby się zawodowy łucznik, i z impetem trafiła w przygotowany stos. Ogień w oddali buchnął wysoko, jasny, czysty, płomień wzbił się w górę, a otoczenie - nawet to najbliższe - na moment rozświetliło złote światło. Ogień odbił się we włosach Geraldine, na twarzach Ambroise’a i kapłana, w dymie, który wciąż unosił się wokół, musiałem przyznać, że zrobiło to wrażenie. Uśmiechnąłem się lekko, prawie niezauważalnie.
- No i ploszę. Niektószy naplawdę lubią kończyś s pszytupem. Nie kaszdy ślub kończy szię usblojeniem męszatki, ale doceniam plaktyczne podejście. - Mruknąłem półgłosem, bardziej do siebie niż do niej, z tym cichym, znajomym cieniem ironii, który był moją najlepszą formą błogosławieństwa. Ogień buchał w górę, młodzi uśmiechnęli się do siebie, a Ambroise uniósł Geraldine w ramionach jak bohater z bajki, w której finał dopisano złotym atramentem. Ładnie, no.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)