21.02.2023, 21:53 ✶
Nie chciała być natrętna – to też już mu powiedziała. Że nie chciała, by te pytania odebrał, jakby robiła z niego jakiś obiekt badawczy. Nie chciała być też zbyt wścibska, dlatego też choć była cholernie ciekawa już od dawna, to nie pytała o to, kiedy i jak został przemieniony. Teraz po prostu… zapytała o jego rodzica, tego drugiego, bo temat sam wyszedł. Ale nie śmiała podpytywać dalej. To Sauriel sam pociągnął temat. I to dość niezapowiedzianie, przynajmniej dla panny Lestrange. Słuchała go z uwagą, nie patrząc na niego, lecz na swoje eliksiry i być może dlatego zdecydował się to wszystko powiedzieć. Obejrzała się przez ramię, kiedy był już przy końcu. Ze współczuciem w tych swoich ciemnych oczach. Och na Merlina, to było przecież takie… takie… p r z y k r e. Obrzydliwe. Łamiące serce i wiarę w ludzi.
- O ja pierdolę – nie przeklinała często. Prawdę mówiąc robiła to niezwykle rzadko, ale jakoś… wyrwało jej się. Nie było na to odpowiedniego komentarza. Jakoś każdy, wydawał się… nie dostatecznie… dobry. Albo pierzchały całkowicie. - Strasznie mi przykro – to też powiedziała bez większego pomyślunku, samo wyleciało. Nie wyobrażała sobie tego, ze własny rodzic może… Ha. Czyżby? Nie wyobrażała sobie? A z nią co, do cholery jasnej, robili? Oddawali ją wampirowi bez mrugnięcia okiem. Z początku była wściekła i zrezygnowana, teraz pogodzona i jak już wspomniałam, przestała na Sauriela patrzyć jako na kogoś niechcianego, więc w gruncie rzeczy nie było tak źle. Westchnęła i pokręciła głową – jak można być takim skurwysynem? Oto było właśnie to, czego obawiała się po swoich rodzicach w ramach buntu: jeśli nie chcesz być z nami, to nie możesz być też przeciwko nam, bo cię zniszczymy. Bez nas nie możesz żyć. Najwyraźniej Eryk był ulepiony z tej samej gliny.
- Tata? Tak. Tatę obchodzi tylko to, by miał swoją przestrzeń, miejsce na swoje kociołki i komu pomagać w Mungu. To Isabella pociąga za sznurki – kontrast było zresztą widać w tej jednej wypowiedzi. Nie „mama”, tylko Isabelle. Nie Alexander, tylko „tata”. - Jak byłam taka mała – tutaj odmierzyła ręką tak z połowę siebie - lubiłam patrzyć jak tata robi eliksiry. Chętnie mi pokazywał. Uśmiechał się wtedy do mnie. Isabelle… Dla niej liczyły i liczą się tylko efekty, nie jakieś głaskanie po główce czy czułe słówka. Z moją siostra robi teraz dokładnie to samo – uśmiechnęła się sztucznie, bo nie była z tego zadowolona. I choć jej ojciec może nie był najcieplejszym człowiekiem, ani ojcem roku, to z pewnością był tym łagodnym. I tym, który okazywał swoim dzieciom jakieś cieplejsze uczucia. Isabelle wyznawała „zimny chów”. Może wyniosła to z domu nauczycielskiego, gdzie lano ją za niepowodzenia linijką po palcach. Pieprzona służbistka, nic dziwnego że tak dobrze odnajdywała się wśród liczb Departamentu Skarbu. - Ci wydziedziczeni może – westchnęła. Piękna nagroda za asertywność: wykreślenie z rodziny. Victoria nie zwróciła większej uwagi na dobór słów Sauriela, biorąc pod uwagę wydźwięk ich rozmowy i tego w jakich warunkach się wychowywali.
Spojrzała na niego z takim wyrazem twarzy… Jakby mówiła „bitch, please”. Teraz szło to gładko, a wcześniej to tak się wysilał, że aż przyjmował te wszystkie złe wyrazy twarzy, że aż się gotował. To wymagało nieco więcej od siebie. Jak na przykład wtedy w Ministerstwie Magii, kiedy przyszedł razem z Erykiem. Mało brakowało, a dym mu by wtedy szedł z uszu i nosa.
- Porad prawnych, ha! – parsknęła. Sauriel nie wyglądał na żadnego… prawnika. Ale nie wyglądał też na kogoś, kto jest tak bystry jak był w rzeczywistości. - Mówiłam poważnie – dodała po chwili, już normalnym, łagodnym tonem, a nie ze śmieszkiem w tle. - Milusiego do głaskania? – powtórzyła za nim powoli, mając w głowie ich wczorajszy, niefortunny koniec spotkania. - Uważaj czego sobie życzysz - bo mogła mu sprezentować naprawdę różne milusie rzeczy do głaskania.
- O ja pierdolę – nie przeklinała często. Prawdę mówiąc robiła to niezwykle rzadko, ale jakoś… wyrwało jej się. Nie było na to odpowiedniego komentarza. Jakoś każdy, wydawał się… nie dostatecznie… dobry. Albo pierzchały całkowicie. - Strasznie mi przykro – to też powiedziała bez większego pomyślunku, samo wyleciało. Nie wyobrażała sobie tego, ze własny rodzic może… Ha. Czyżby? Nie wyobrażała sobie? A z nią co, do cholery jasnej, robili? Oddawali ją wampirowi bez mrugnięcia okiem. Z początku była wściekła i zrezygnowana, teraz pogodzona i jak już wspomniałam, przestała na Sauriela patrzyć jako na kogoś niechcianego, więc w gruncie rzeczy nie było tak źle. Westchnęła i pokręciła głową – jak można być takim skurwysynem? Oto było właśnie to, czego obawiała się po swoich rodzicach w ramach buntu: jeśli nie chcesz być z nami, to nie możesz być też przeciwko nam, bo cię zniszczymy. Bez nas nie możesz żyć. Najwyraźniej Eryk był ulepiony z tej samej gliny.
- Tata? Tak. Tatę obchodzi tylko to, by miał swoją przestrzeń, miejsce na swoje kociołki i komu pomagać w Mungu. To Isabella pociąga za sznurki – kontrast było zresztą widać w tej jednej wypowiedzi. Nie „mama”, tylko Isabelle. Nie Alexander, tylko „tata”. - Jak byłam taka mała – tutaj odmierzyła ręką tak z połowę siebie - lubiłam patrzyć jak tata robi eliksiry. Chętnie mi pokazywał. Uśmiechał się wtedy do mnie. Isabelle… Dla niej liczyły i liczą się tylko efekty, nie jakieś głaskanie po główce czy czułe słówka. Z moją siostra robi teraz dokładnie to samo – uśmiechnęła się sztucznie, bo nie była z tego zadowolona. I choć jej ojciec może nie był najcieplejszym człowiekiem, ani ojcem roku, to z pewnością był tym łagodnym. I tym, który okazywał swoim dzieciom jakieś cieplejsze uczucia. Isabelle wyznawała „zimny chów”. Może wyniosła to z domu nauczycielskiego, gdzie lano ją za niepowodzenia linijką po palcach. Pieprzona służbistka, nic dziwnego że tak dobrze odnajdywała się wśród liczb Departamentu Skarbu. - Ci wydziedziczeni może – westchnęła. Piękna nagroda za asertywność: wykreślenie z rodziny. Victoria nie zwróciła większej uwagi na dobór słów Sauriela, biorąc pod uwagę wydźwięk ich rozmowy i tego w jakich warunkach się wychowywali.
Spojrzała na niego z takim wyrazem twarzy… Jakby mówiła „bitch, please”. Teraz szło to gładko, a wcześniej to tak się wysilał, że aż przyjmował te wszystkie złe wyrazy twarzy, że aż się gotował. To wymagało nieco więcej od siebie. Jak na przykład wtedy w Ministerstwie Magii, kiedy przyszedł razem z Erykiem. Mało brakowało, a dym mu by wtedy szedł z uszu i nosa.
- Porad prawnych, ha! – parsknęła. Sauriel nie wyglądał na żadnego… prawnika. Ale nie wyglądał też na kogoś, kto jest tak bystry jak był w rzeczywistości. - Mówiłam poważnie – dodała po chwili, już normalnym, łagodnym tonem, a nie ze śmieszkiem w tle. - Milusiego do głaskania? – powtórzyła za nim powoli, mając w głowie ich wczorajszy, niefortunny koniec spotkania. - Uważaj czego sobie życzysz - bo mogła mu sprezentować naprawdę różne milusie rzeczy do głaskania.