21.02.2023, 21:58 ✶
- Szakal, kot, szakal, pies, sokół, szakal. I jeszcze jedno, niezidentyfikowane - wymruczał Cathal, przypatrując się innej inskrypcji, z nadzieją, że być może ona przyniesie rozwiązanie zagadki. - Leta, jeśli nie trafimy i nic się nie stanie, spróbujemy po prostu od nowa. Cztery razy, aż trafimy. Ale że nietrafienie może sprawić, że na przykład zawali się na nas sufit, chciałbym trafić za pierwszym razem. Mam wiele marzeń i pośród nich znajduje się zjedzenie naleśnika, nie zamienie się w naleśnik...
Tutaj, w mrokach egipskiego grobowca, pełnego pułapek, klątw i duchów, łatwo było lekceważyć ciemność nadciągającą nad Wyspy Brytyjskie. Rodzinna Anglia zdawała się nieskończenie daleka zarówno Cathalowi, jak i Nell. I o ile ten pierwszy mógł jeszcze niejasno przeczuwać, że doniesienia o Voldemorcie są poważne, o tyle dla Nell Bagshot, nie wiedzącej wiele o rodzinach czystej krwi i ich ideologii, po roku spędzonym w spiekocie słońca Egiptu, były to po prostu informacje o fanatyku, jednym z wielu, który szybko zniknie bez wieści.
Między innymi dlatego mówiła teraz o nim z taką lekkością.
- Ja zawsze mam rację - zapewniła Jamila. Nie zawracała sobie głowy zagadką, bo, niestety, nie potrafiła czytać ani hieroglifów, ani starożytnych run. W ich grupie służyła jako uzdrowicielka, zielarka, specjalistka od map i jeden z wielu historyków. Zamiast ruszyć pomagać zmieniła więc pozycję, układając się na sarkofagu na brzuchu, uginając nogi w kolanach i beztrosko wymachując uniesionymi stopami. - No u nas to było trochę gorzej. Trzydzieści lat temu jeden taki narobił wielkiego zamieszania. Pozabijał masę ludzi, podobno pomógł wywołać wojnę mugoli, różne takie - zrelacjonowała, przekręcając stronę. - Wygląda na to, że teraz mamy kandydata na jego następcę. O, patrzcie, jaki ma piękny znak rozpoznawczy. Gustowny, prawda?
Na zdjęciu, na tle nocnego nieba, unosił się zielonkawy mroczny znak. Wąż poruszał się w ustach czaszki.
- Nigdy nie słyszałem imienia "Voldemort" - odparł Cathal, puszczając chwilowo pomimo uszu wszystkie inne uwagi. Gdyby Czarny Pan przedstawiał się swoim prawdziwym nazwiskiem bądź nazwiskiem matki... miałby może coś do powiedzenia. Gdyby się odwrócił i spojrzał na węża, być może też skojarzyłby więcej, ale nie oderwał wzroku od zapisków. - Mogę jednak powiedzieć, że musi być bardzo teatralny. Może mieć francuskie albo włoskie korzenie. "Vol de mort" można w niektórych językach tłumaczyć jako "lot śmierci" albo "złodziej śmierci".
- Aha. To patrząc po tej czaszce... ma chyba jakąś obsesję na punkcie śmierci - stwierdziła Nell w zadumie. - Sądzicie, że powinien odwiedzić Lecznicę Duch?
- Sądzę, że gdy już wrócimy z Egiptu, ja powinienem się tam udać, przepracować traumę nabytą we współpracy z pewnymi ludźmi - stwierdził Cathal. Ton miał nieco zgryźliwy, choć prawdopodobnie był to żart. Przesunął różdżką nad ścianą, mrucząc coś cicho. Znaki zabłysły i na moment stały się nieco wyraźniejsze.
- Jamil, popatrz, przez ciebie Cal chce iść do Lecznicy Dusz - oświadczyła Nell bezczelnie, spoglądając znad gazety prosto na Egipcjanina. Potem znów opuściła wzrok. - Wiesz, Leta, miałam powiedzieć: słuchaj, tysiącletni dzban albo tysiącletni czarodziej nie spróbuje cię zabić, a ten Voldemort może. Ale właśnie przypomniałam sobie o tym zaczarowanym dzbanie, z którego wypełzały jadowite węże. I o tym infernusie z zeszłego miesiąca. Ha, miałam rację. Wiecie, jak nazywają się zwolennicy tego lotu śmierci? Śmierciożercy.
- Inwencja twórcza Voldemorta powala mnie na kolana - odparł Cathal, ale zaraz skupił się na fragmentach zapisanych starożytnymi runami, które wskazała Alethea. - Właściwie to Horus pasuje. To bóg nieba, a tutaj chyba mamy wzmiankę o otwarciu niebios... albo podtrzymaniu niebios, z tymi znakami mogli mieć na myśli jakieś dwadzieścia różnych rzeczy.
Shafiq, całkowicie pochłonięty runami i hieroglifami, nie zwracał uwagi na to, co robią Nell i Jamil. Nie odrywał wzroku od inskrypcji.
- Ostatni symbol to będzie chyba jastrząb albo kot, bo tu na końcu mamy mowę o niebiosach i domowym ognisku - mruknął. Ich szanse właśnie skoczyły do pięćdziesięciu procent.
Tutaj, w mrokach egipskiego grobowca, pełnego pułapek, klątw i duchów, łatwo było lekceważyć ciemność nadciągającą nad Wyspy Brytyjskie. Rodzinna Anglia zdawała się nieskończenie daleka zarówno Cathalowi, jak i Nell. I o ile ten pierwszy mógł jeszcze niejasno przeczuwać, że doniesienia o Voldemorcie są poważne, o tyle dla Nell Bagshot, nie wiedzącej wiele o rodzinach czystej krwi i ich ideologii, po roku spędzonym w spiekocie słońca Egiptu, były to po prostu informacje o fanatyku, jednym z wielu, który szybko zniknie bez wieści.
Między innymi dlatego mówiła teraz o nim z taką lekkością.
- Ja zawsze mam rację - zapewniła Jamila. Nie zawracała sobie głowy zagadką, bo, niestety, nie potrafiła czytać ani hieroglifów, ani starożytnych run. W ich grupie służyła jako uzdrowicielka, zielarka, specjalistka od map i jeden z wielu historyków. Zamiast ruszyć pomagać zmieniła więc pozycję, układając się na sarkofagu na brzuchu, uginając nogi w kolanach i beztrosko wymachując uniesionymi stopami. - No u nas to było trochę gorzej. Trzydzieści lat temu jeden taki narobił wielkiego zamieszania. Pozabijał masę ludzi, podobno pomógł wywołać wojnę mugoli, różne takie - zrelacjonowała, przekręcając stronę. - Wygląda na to, że teraz mamy kandydata na jego następcę. O, patrzcie, jaki ma piękny znak rozpoznawczy. Gustowny, prawda?
Na zdjęciu, na tle nocnego nieba, unosił się zielonkawy mroczny znak. Wąż poruszał się w ustach czaszki.
- Nigdy nie słyszałem imienia "Voldemort" - odparł Cathal, puszczając chwilowo pomimo uszu wszystkie inne uwagi. Gdyby Czarny Pan przedstawiał się swoim prawdziwym nazwiskiem bądź nazwiskiem matki... miałby może coś do powiedzenia. Gdyby się odwrócił i spojrzał na węża, być może też skojarzyłby więcej, ale nie oderwał wzroku od zapisków. - Mogę jednak powiedzieć, że musi być bardzo teatralny. Może mieć francuskie albo włoskie korzenie. "Vol de mort" można w niektórych językach tłumaczyć jako "lot śmierci" albo "złodziej śmierci".
- Aha. To patrząc po tej czaszce... ma chyba jakąś obsesję na punkcie śmierci - stwierdziła Nell w zadumie. - Sądzicie, że powinien odwiedzić Lecznicę Duch?
- Sądzę, że gdy już wrócimy z Egiptu, ja powinienem się tam udać, przepracować traumę nabytą we współpracy z pewnymi ludźmi - stwierdził Cathal. Ton miał nieco zgryźliwy, choć prawdopodobnie był to żart. Przesunął różdżką nad ścianą, mrucząc coś cicho. Znaki zabłysły i na moment stały się nieco wyraźniejsze.
- Jamil, popatrz, przez ciebie Cal chce iść do Lecznicy Dusz - oświadczyła Nell bezczelnie, spoglądając znad gazety prosto na Egipcjanina. Potem znów opuściła wzrok. - Wiesz, Leta, miałam powiedzieć: słuchaj, tysiącletni dzban albo tysiącletni czarodziej nie spróbuje cię zabić, a ten Voldemort może. Ale właśnie przypomniałam sobie o tym zaczarowanym dzbanie, z którego wypełzały jadowite węże. I o tym infernusie z zeszłego miesiąca. Ha, miałam rację. Wiecie, jak nazywają się zwolennicy tego lotu śmierci? Śmierciożercy.
- Inwencja twórcza Voldemorta powala mnie na kolana - odparł Cathal, ale zaraz skupił się na fragmentach zapisanych starożytnymi runami, które wskazała Alethea. - Właściwie to Horus pasuje. To bóg nieba, a tutaj chyba mamy wzmiankę o otwarciu niebios... albo podtrzymaniu niebios, z tymi znakami mogli mieć na myśli jakieś dwadzieścia różnych rzeczy.
Shafiq, całkowicie pochłonięty runami i hieroglifami, nie zwracał uwagi na to, co robią Nell i Jamil. Nie odrywał wzroku od inskrypcji.
- Ostatni symbol to będzie chyba jastrząb albo kot, bo tu na końcu mamy mowę o niebiosach i domowym ognisku - mruknął. Ich szanse właśnie skoczyły do pięćdziesięciu procent.