16.10.2025, 21:09 ✶
Na pewno nie przyznałaby, na ile jest źle gdyby… no nie to, że było źle, że potrzebowała pomocy i że poprzednia próba nie skończyła się powodzeniem. I w dodatku że właśnie zachowała się jak ktoś zupełnie szalony.
– Nie chcę sobie nawet wyobrażać, co by było, gdybym tak zachowała się w pracy. Dzisiaj pogadam o przesunięciu najbliższych dyżurów – powiedziała Brenna, w duchu niechętnie też postanawiając uprzedzić ojca, aby był czujny, gdyby zrobiła coś takiego podczas rodzinnego Mabon. Wierzyła, że Philippa zdoła jej jakoś pomóc, ale wolała nie ryzykować: kilka dni zajmowania się papierami w odosobnieniu, obserwując… objawy… to było coś, co nie zaszkodzi. Zwłaszcza że nikt nie mógł zagwarantować, że za pierwszym razem uda się im znaleźć najlepszą drogę i wszystko odejdzie jak ręką odjął. To było jakieś wyjątkowo potężne zaklęcie jebanego Voldemorta.
Czy ten człowiek w ogóle… nie, inaczej: czy on w ogóle był jeszcze człowiekiem? Czy pobyt w Limbo uczynił go podobnego tym, których uważali za bogów?
– Jestem tu – odparła, uśmiechając się, odrobinę krzywo. Nie była pewna, czy jeszcze w Anglii został ktoś, komu ufała całkowicie i bez zastrzeżeń – może najbliższy był tego Erik? – ale ufała Philippie na tyle, aby zaryzykować i w gabinecie nie siedział z nią żaden z jej krewnych. Dlatego, chociaż spięła mimowolnie ramiona, gdy kobieta sięgnęła po wahadełko, nie drgnęła. Nie próbowała zamykać oczu, nie odpychała wahadełka. Posłusznie podążyła za nim wzrokiem, bodaj pierwszy raz w życiu poddając się takiej mocy dobrowolnie, a czar, tkany przez panią Barclay chwycił ją w swoje sidła.
Oddech, wciąż wcześniej nie do końca równy, bo to nie tak, że Brenna była spokojna, i wciąż oczekiwała, że zaraz coś się stanie, zaczął się uspokajać. Twarz rozluźniła się, a spojrzenie stało się mniej skupione. Brenna wpatrywała się w wahadełko, nieruchoma.
Philippie udało się wprowadzić ją w stan hipnozy i uczynić podatną na sugestie.
– Nie chcę sobie nawet wyobrażać, co by było, gdybym tak zachowała się w pracy. Dzisiaj pogadam o przesunięciu najbliższych dyżurów – powiedziała Brenna, w duchu niechętnie też postanawiając uprzedzić ojca, aby był czujny, gdyby zrobiła coś takiego podczas rodzinnego Mabon. Wierzyła, że Philippa zdoła jej jakoś pomóc, ale wolała nie ryzykować: kilka dni zajmowania się papierami w odosobnieniu, obserwując… objawy… to było coś, co nie zaszkodzi. Zwłaszcza że nikt nie mógł zagwarantować, że za pierwszym razem uda się im znaleźć najlepszą drogę i wszystko odejdzie jak ręką odjął. To było jakieś wyjątkowo potężne zaklęcie jebanego Voldemorta.
Czy ten człowiek w ogóle… nie, inaczej: czy on w ogóle był jeszcze człowiekiem? Czy pobyt w Limbo uczynił go podobnego tym, których uważali za bogów?
– Jestem tu – odparła, uśmiechając się, odrobinę krzywo. Nie była pewna, czy jeszcze w Anglii został ktoś, komu ufała całkowicie i bez zastrzeżeń – może najbliższy był tego Erik? – ale ufała Philippie na tyle, aby zaryzykować i w gabinecie nie siedział z nią żaden z jej krewnych. Dlatego, chociaż spięła mimowolnie ramiona, gdy kobieta sięgnęła po wahadełko, nie drgnęła. Nie próbowała zamykać oczu, nie odpychała wahadełka. Posłusznie podążyła za nim wzrokiem, bodaj pierwszy raz w życiu poddając się takiej mocy dobrowolnie, a czar, tkany przez panią Barclay chwycił ją w swoje sidła.
Oddech, wciąż wcześniej nie do końca równy, bo to nie tak, że Brenna była spokojna, i wciąż oczekiwała, że zaraz coś się stanie, zaczął się uspokajać. Twarz rozluźniła się, a spojrzenie stało się mniej skupione. Brenna wpatrywała się w wahadełko, nieruchoma.
Philippie udało się wprowadzić ją w stan hipnozy i uczynić podatną na sugestie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.