16.10.2025, 22:05 ✶
Dopiero teraz, kiedy stał tu przed nią cały, nieposzarpany przez ogień ani klątwy, mogła pozwolić sobie na ulgę. Gdy zrozumiała, że śmierciożercy byli odpowiedzialni za pożar, martwiła się o Leviego. Wiedziała, że był jednym z nich, że nie był biernym obserwatorem chaosu, lecz częścią jego centrum - sercem burzy. Bała się, że mógł ucierpieć, że kolejny dzień przyniesie kolejne złe wieści.
Poczuła, jak jego ramiona zaciskają się wokół niej mocniej przez moment trwała nieruchomo, czując, jak jego dotyk rozprasza napięcie. Najważniejsze, że był cały, jak zawsze. Zapach smoczej siarki uderzył ją dopiero po chwili, ledwo wyczuwalny, ale znajomy.
- Można tak powiedzieć - prychnęła lekko, choć wcale nie było jej do śmiechu. - Nie pisałam ci tego, ale naprawdę niewiele brakowało.
Cofnęła się, tworząc nimi większy dystans. Ta noc była dla niej traumatyczna z wielu powodów i ostrzeżenie uchroniłoby ją przed wieloma błędami podczas pożaru. Nie obwiniała go. Wierzyła, że naprawdę nie miał czasu, że był zbyt głęboko w samym środku chaosu, by pomyśleć o czymkolwiek poza przetrwaniem. Dlatego kiwnęła głową.
- Duszący dym w połączeniu z moimi dolegliwościami okazał się wyjątkowo wyczerpujący. Prawie się udusiłam. A potem niemal zginęłam z rąk mugolaków - mówiła jakby opowiadała o prognozie pogody, ale w środku ciągle ściskało ją na bolesne wspomnienia.
Ta noc tylko utwierdziła ją w przekonaniu, że mugolacy są niegodni magii - zbyt słabi, podatni na agresję, bezmyślnie poddawali się impulsom i gniewowi. Podobną krytyką nie obdarzyła natomiast Voldemorta i jego zwolenników, jakby ich działania były w pełni uzasadnione. A przecież to przez nich jej życie było zagrożone.
Gdy prowadziła do z powrotem do swojej garderoby, w której wciąż przeglądała swoje rzeczy, w powietrzu unosił się zapach spalenizny, wgryziony w tkaniny i drewno.
- Tak, wiem. To niewielka cena w porównaniu do innych kamienic. Ale Levi, tego smrodu nie da się pozbyć! - mruknęła z wyraźnym zniecierpliwieniem, marszcząc nos. - Przewietrzyłam wszystko, rzucałam zaklęcia oczyszczające, użyłam nawet eliksirów. Nic nie dało.
Każda tkanina wydawała się martwa. Aksamity straciły połysk, jedwabie przesiąkły dymem, nawet koronkowe mankiety zżółkły przy krawędziach. Unosiła kolejne suknie, jedne odkładając, inne wyrzucając na bok.
- To siedzi wszędzie - ciągnęła, pół do siebie, pół do niego. - W powietrzu, w podłodze, w meblach. Musiałam przeprowadzić się do rodziców, dopóki nie znajdę jakiegoś ratunku. Wystarczy dosłownie pięć minut, żeby całkowicie przesiąknąć tym smrodem.
Po wyjściu stąd oboje będą śmierdzieć jak dymiące kociołki. Westchnęła, przysiadła na brzegu łóżka i oparła łokcie na kolanach.
- Znasz jakiś sposób? - spojrzała na niego z nadzieją, bo perspektywa wyrzucenia wszystkich ubrań i drogocennych przedmiotów byłaby nie do zniesienia.
Poczuła, jak jego ramiona zaciskają się wokół niej mocniej przez moment trwała nieruchomo, czując, jak jego dotyk rozprasza napięcie. Najważniejsze, że był cały, jak zawsze. Zapach smoczej siarki uderzył ją dopiero po chwili, ledwo wyczuwalny, ale znajomy.
- Można tak powiedzieć - prychnęła lekko, choć wcale nie było jej do śmiechu. - Nie pisałam ci tego, ale naprawdę niewiele brakowało.
Cofnęła się, tworząc nimi większy dystans. Ta noc była dla niej traumatyczna z wielu powodów i ostrzeżenie uchroniłoby ją przed wieloma błędami podczas pożaru. Nie obwiniała go. Wierzyła, że naprawdę nie miał czasu, że był zbyt głęboko w samym środku chaosu, by pomyśleć o czymkolwiek poza przetrwaniem. Dlatego kiwnęła głową.
- Duszący dym w połączeniu z moimi dolegliwościami okazał się wyjątkowo wyczerpujący. Prawie się udusiłam. A potem niemal zginęłam z rąk mugolaków - mówiła jakby opowiadała o prognozie pogody, ale w środku ciągle ściskało ją na bolesne wspomnienia.
Ta noc tylko utwierdziła ją w przekonaniu, że mugolacy są niegodni magii - zbyt słabi, podatni na agresję, bezmyślnie poddawali się impulsom i gniewowi. Podobną krytyką nie obdarzyła natomiast Voldemorta i jego zwolenników, jakby ich działania były w pełni uzasadnione. A przecież to przez nich jej życie było zagrożone.
Gdy prowadziła do z powrotem do swojej garderoby, w której wciąż przeglądała swoje rzeczy, w powietrzu unosił się zapach spalenizny, wgryziony w tkaniny i drewno.
- Tak, wiem. To niewielka cena w porównaniu do innych kamienic. Ale Levi, tego smrodu nie da się pozbyć! - mruknęła z wyraźnym zniecierpliwieniem, marszcząc nos. - Przewietrzyłam wszystko, rzucałam zaklęcia oczyszczające, użyłam nawet eliksirów. Nic nie dało.
Każda tkanina wydawała się martwa. Aksamity straciły połysk, jedwabie przesiąkły dymem, nawet koronkowe mankiety zżółkły przy krawędziach. Unosiła kolejne suknie, jedne odkładając, inne wyrzucając na bok.
- To siedzi wszędzie - ciągnęła, pół do siebie, pół do niego. - W powietrzu, w podłodze, w meblach. Musiałam przeprowadzić się do rodziców, dopóki nie znajdę jakiegoś ratunku. Wystarczy dosłownie pięć minut, żeby całkowicie przesiąknąć tym smrodem.
Po wyjściu stąd oboje będą śmierdzieć jak dymiące kociołki. Westchnęła, przysiadła na brzegu łóżka i oparła łokcie na kolanach.
- Znasz jakiś sposób? - spojrzała na niego z nadzieją, bo perspektywa wyrzucenia wszystkich ubrań i drogocennych przedmiotów byłaby nie do zniesienia.