16.10.2025, 22:58 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.10.2025, 23:51 przez Astoria Avery.)
Nagle poczuła potężny podmuch wiatru. Wszystko zawirowało aż na moment świat skurczył się do jednego, przerażającego szumu w uszach. Zamknęła oczy, by dodatkowy pył i piach nie dostał jej się do oczu. Zanim zdążyła cokolwiek skojarzyć, klękła na kolano, instynktownie odrywając się od bezpośredniego kontaktu z napastnikiem i odsuwając się o kilka niepewnych kroków, tak bardzo, że bruk trzasnął jej pod kolanem.
Była oszołomiona, oczy łzawiły, a w głowie pulsował dym; mimo to nagle poczuła, jak napina się w niej determinacja - chciała zranić na tyle, by przestali jej zagrażać. Ręka wciąż ściskała różdżkę. Skupiła myśl, wymusiła inkantację i wypowiedziała słowo zaklęcia, mając nadzieję, że ogień uderzy w dwójkę napastników i rozdzieli ich.
Nic się jednak nie stało. Powietrze wokół różdżki zdawało się napięte, drżące od energii, ale nie wyrósł ani jeden jęzor płomienia. Jej ręka zadrżała, a serce zamarło na ułamek sekundy. Adrenalina uderzyła gwałtowniej, a oszołomienie, zmęczenie i ból w płucach uświadomiły jej, jak bardzo była bezsilna w tym momencie.
Chwilę później zauważyła, że uwaga napastników skupiła się gdzie indziej - na sylwetce kogoś innego w chaosie ulicy. Wykorzystała tę krótką nieuwagę. Mięśnie drżały od zmęczenia, ale z trudem, opierając się o bruk, podniosła się na kolana.
Vulcor skutecznie podrapał twarz jednego z napastników, zostawiając czerwone, palące linie na skórze. Natychmiast cofnął się i wtulił ponownie w jej ramię, sycząc nisko, gotów do dalszej obrony.
Astoria ostrożnie przesunęła się w tył, powiększając dystans między sobą a dwójką agresorów. Z tyłu wciąż majaczyły postacie - zmrużyła oczy i dostrzegła Penelope wciąż na bruku oraz górującego nad nią mężczyznę. Ale nikogo więcej. Na ulicy zostało już tylko trzech przeciwników. Jeden z nich, najwyraźniej przestraszony zaognioną sytuacją, rzucił się w stronę bocznej bramy i zniknął w ciemnościach. To dobra wiadomość, natomiast obawiała się, że pozostali są bardziej zdeterminowani, by przelać czystą krew. A jak się okazało, mieli jej pod dostatkiem.
Chciała ratować Penelope, ale rozsądek podpowiadał jej, żeby uciekać jak najdalej. A przecież i tak daleko nie pobiegnie. Prędzej padnie z niedotlenienia. Już z trudem unosiła powieki, puls w skroniach dudnił jej jak bęben, a dym wdzierał się do płuc i gardła, paląc przy każdym oddechu. Przesunęła wzrok w bok i dostrzegła znajomą, wyprostowaną sylwetkę.
Rodolphus? Nie, to chyba omamy, jej mózg próbował odwrócić jej uwagę od beznadziejnej sytuacji, w której się znalazła. W oszołomieniu potrzebowała kilku ułamków sekundy, by skojarzyć, co się wydarzyło: to musiał być on, to jego moc wyrzuciła podmuch wiatru, który uderzył w ulicę i na moment odciągnął uwagę napastników. Dlaczego miałby jej pomagać?
Jej oczy przesuwały się po każdej sylwetce, analizując odległość i pozycje przeciwników. Napastnicy wahali się, niepewni, czy za plecami Lestrange'a nie pojawią się kolejni do walki. Jednak ten, znajdujący się najbliżej niej, nagle wyrzucił różdżkę przed siebie, a z niej wystrzelił promień - zaklęcie tnące, które rozcięło powietrze z sykiem i przebiło się przez chaos ulicy. Kobieta, choć zmęczona i oszołomiona, instynktownie odskoczyła w bok, przewracając się częściowo na bruk, próbując uniknąć bezpośredniego trafienia. Promień trafił w jej przedramię, rozcinając skórę. Krzyknęła z bólu i zaskoczenia, tamując ranę dłonią. Schowała się za skrzynią, próbując obmyślić plan działania.
kształtowanie - słup ognia skierowany na dwóch najbliższych mugolaków
Była oszołomiona, oczy łzawiły, a w głowie pulsował dym; mimo to nagle poczuła, jak napina się w niej determinacja - chciała zranić na tyle, by przestali jej zagrażać. Ręka wciąż ściskała różdżkę. Skupiła myśl, wymusiła inkantację i wypowiedziała słowo zaklęcia, mając nadzieję, że ogień uderzy w dwójkę napastników i rozdzieli ich.
Nic się jednak nie stało. Powietrze wokół różdżki zdawało się napięte, drżące od energii, ale nie wyrósł ani jeden jęzor płomienia. Jej ręka zadrżała, a serce zamarło na ułamek sekundy. Adrenalina uderzyła gwałtowniej, a oszołomienie, zmęczenie i ból w płucach uświadomiły jej, jak bardzo była bezsilna w tym momencie.
Chwilę później zauważyła, że uwaga napastników skupiła się gdzie indziej - na sylwetce kogoś innego w chaosie ulicy. Wykorzystała tę krótką nieuwagę. Mięśnie drżały od zmęczenia, ale z trudem, opierając się o bruk, podniosła się na kolana.
Vulcor skutecznie podrapał twarz jednego z napastników, zostawiając czerwone, palące linie na skórze. Natychmiast cofnął się i wtulił ponownie w jej ramię, sycząc nisko, gotów do dalszej obrony.
Astoria ostrożnie przesunęła się w tył, powiększając dystans między sobą a dwójką agresorów. Z tyłu wciąż majaczyły postacie - zmrużyła oczy i dostrzegła Penelope wciąż na bruku oraz górującego nad nią mężczyznę. Ale nikogo więcej. Na ulicy zostało już tylko trzech przeciwników. Jeden z nich, najwyraźniej przestraszony zaognioną sytuacją, rzucił się w stronę bocznej bramy i zniknął w ciemnościach. To dobra wiadomość, natomiast obawiała się, że pozostali są bardziej zdeterminowani, by przelać czystą krew. A jak się okazało, mieli jej pod dostatkiem.
Chciała ratować Penelope, ale rozsądek podpowiadał jej, żeby uciekać jak najdalej. A przecież i tak daleko nie pobiegnie. Prędzej padnie z niedotlenienia. Już z trudem unosiła powieki, puls w skroniach dudnił jej jak bęben, a dym wdzierał się do płuc i gardła, paląc przy każdym oddechu. Przesunęła wzrok w bok i dostrzegła znajomą, wyprostowaną sylwetkę.
Rodolphus? Nie, to chyba omamy, jej mózg próbował odwrócić jej uwagę od beznadziejnej sytuacji, w której się znalazła. W oszołomieniu potrzebowała kilku ułamków sekundy, by skojarzyć, co się wydarzyło: to musiał być on, to jego moc wyrzuciła podmuch wiatru, który uderzył w ulicę i na moment odciągnął uwagę napastników. Dlaczego miałby jej pomagać?
Jej oczy przesuwały się po każdej sylwetce, analizując odległość i pozycje przeciwników. Napastnicy wahali się, niepewni, czy za plecami Lestrange'a nie pojawią się kolejni do walki. Jednak ten, znajdujący się najbliżej niej, nagle wyrzucił różdżkę przed siebie, a z niej wystrzelił promień - zaklęcie tnące, które rozcięło powietrze z sykiem i przebiło się przez chaos ulicy. Kobieta, choć zmęczona i oszołomiona, instynktownie odskoczyła w bok, przewracając się częściowo na bruk, próbując uniknąć bezpośredniego trafienia. Promień trafił w jej przedramię, rozcinając skórę. Krzyknęła z bólu i zaskoczenia, tamując ranę dłonią. Schowała się za skrzynią, próbując obmyślić plan działania.
kształtowanie - słup ognia skierowany na dwóch najbliższych mugolaków
Rzut N 1d100 - 32
Akcja nieudana
Akcja nieudana