Kot ten czasami wydawał się jej być irytujący. Jak niby miała go stamtąd ściągnąć nie używając zaklęcia. Jego wrzaski zwracały uwagę przechodniów, ale Avelina starała się to ignorować. Rozejrzała się dookoła czując jak delikatna panika wkrada się w jej serce, gdy kot tak niebezpiecznie dyndał na rynnie. Wiedziała, że koty powinny spadać na cztery łapy, ale to był Salem – on nie ogarniał życia. Popatrzyła na kilka skrzynek, które stały między budynkami i szybko przesunęła je za pomocą zaklęcia pod miejsce, gdzie znajdował się kot. Ustawiła je w taki sposób, aby ten mógł bez problemu skoczyć na nie i zejść na dół.
— Już nie dramatyzuj, tylko złaź – fuknęła przyglądając się mu uważnie i czekając, aż ten zdecyduje się zejść lub zrobić cokolwiek inteligentnego, jeśli mogła go posądzić o coś tak absurdalnego. Trzymała prawą rękę na biodrze czekając na jego decyzje.
— Dlatego też unikam wysokości, ponieważ są nienormalnie niebezpieczne. Nigdy nie weszłabym na dach! – przyjrzała się mu uważnie. Kucnęła przed nim, jeśli ten postanowił zejść i wyciągnęła do niego rękę. — Nie strasz tak więcej ludzi – powiedziała już bardziej spokojnie. Jeśli jej pozwolił to go pogłaskała po główce między uszami.
Avelina nie pozwoliłaby na to, aby ten kot zrobił sobie krzywdę. Jeśli by spadł, a ona nie zdążyłaby mu ustawić żadnych pomocnych przedmiotów do zejścia na ziemie to po prostu próbowałaby go łapać lub ostatecznie rzuciłaby na niego zaklęcie wbrew jego kociej woli. Niestety, ale Nora zapewne nie wybaczyłaby jej jeśli pozwoliłaby na to, aby Salem zrobił sobie jakąś krzywdę.
— Po co próbujesz upolować, aż tyle zwierzątek? – zapytała w końcu przyglądając się jego nietkniętym ofiarom, które nadal leżały bezpiecznie w miejscu, w którym je zostawił.