17.10.2025, 22:34 ✶
Gerard? Gerard... Gerard wolniej! Nie pozwólmy, żeby to się zamieniło powtórkę z sabatu Isobell. Kowen nie potrzebuje kolejnego skandalu. Matko przenajświętsza dopomóż swym wiernym sługom, modlił się Sebastian, obserwując z lekkim niepokojem, jak Gerard zbliża się do nich z łukiem w ręku. Starał się zachować kamienną twarz, chociaż mimowolnie cofnął się o te półtora kroku w tył. Nie żeby nie ufał Gerardowi - w końcu był czystej krwi Yaxleyem, a to jednak coś znaczyło - jednak obawiał się, że biorąc pod uwagę okoliczności mógłby zachować się jakoś nieprzewidzianie.
Kto wie, co też dostrzegł na niebie, gdy posłane ku Geraldine podmuchy wiaru wydarły jej welon, aby Pani Księżyca mogła zachować pamiątkę po tej uroczystości? Może był gotów strzelić w niebo, aby odzyskać własność córeczki? A może zobaczył w tym znaku sugestię, że Geraldine jednak nie powinna wychodzić za mąż i postanowił na oczach wszystkich definitywnie pozbyć się Greengrassa póki jeszcze była ku temu okazja? Na szczęście najgorsze przypuszczenia Macmillana nie doszły do skutku, bo starszy czarodziej jedynie przekazał łuk pannie młodej. Dopiero wtedy odetchnął z ulgą. Tak wewnętrznie, bo starał się zachować niewzruszony wyraz twarzy, jakby został uprzedzony i o tym elemencie uroczystości.
Pomimo tego, że wolał, aby łuk pozostał w rękach Geraldine niż Gerarda, tak mimowolnie odsunął się na bok, gdy kobieta zaczęła celować do jednego z ognisk. Jego skonfundowane spojrzenie na moment utkwiło w Millie, jakby chciał sprawdzić, czy jest jakkolwiek zaskoczona tym widokiem. Wprawdzie widok Yaxleyów z bronią nie był niczym dziwnym, jednak... Czy oni naprawdę musieli ją włączać wszędzie? Musieli się z nią tak obnosić? Na Matkę, przecież ona tak nawet paradowała po sabacie, przypomniał sobie kapłan, gdy z tyłu głowy zaświtały mu wspomnienia z festynu w Londynie. Czy Yaxley i wtedy nie wymachiwała czymś na scenie? Ugh, nie był pewny; docierały wówczas do niego głównie plotki, bo przecież obsługiwał główne stoisko.
A kiedy ognisko w końcu zapłonęło... Macmillan zamrugał. Czy mogli? Oczywiście, że mogli... Ruszyć dopełnić formalności! Doprawdy wzruszała go gotowość pana młodego do tego, aby wszystko załatwić jak najszybciej. Rytuał żywiołów rytuałem żywiołów, wymiana obrączek obrączkami, ale pewni smutni starsi kapłani w kowenie mogliby być bardzo niepocieszeni, gdyby do podpisania wymaganych dokumentów minęło te kilka dni lub tygodni. Kto wie, ile czasu para spędzi ciesząc się swoją unią? Sebastian wziął głęboki oddech i ruszył do przodu, obracając się tylko na moment do Greengrassa.
— Oczywiście, zapraszam — oznajmił uśmiechając się mimowolnie, jakby sugestia Ambroża, że mogą odłożyć oficjalne sprawy na później w ogóle w grę. Śmieszni byli ci nowożeńcy. Tacy upojeni uczuciem, że byli gotowi nie przejmować się żadnymi procedurami, podpisaniem odpowiednich dokumentów, wpisaniem do ksiąg kowenowych. A przecież czekała ich cała góra papierzysk do podpisania. Na pewno będą się lepiej bawić niż oglądając oczepiny, pomyślał.
W drodze do bocznego namiotu mijali gości, Sebastian nie omieszkał ułożyć rąk jak do modlitwy, kiedy złapał jeszcze spojrzenie z Brenną. Kto wie, może Matka będzie dla niej łaskawsza, jeśli pomodli się za nią w ten piękny, piękny dzień?
Kto wie, co też dostrzegł na niebie, gdy posłane ku Geraldine podmuchy wiaru wydarły jej welon, aby Pani Księżyca mogła zachować pamiątkę po tej uroczystości? Może był gotów strzelić w niebo, aby odzyskać własność córeczki? A może zobaczył w tym znaku sugestię, że Geraldine jednak nie powinna wychodzić za mąż i postanowił na oczach wszystkich definitywnie pozbyć się Greengrassa póki jeszcze była ku temu okazja? Na szczęście najgorsze przypuszczenia Macmillana nie doszły do skutku, bo starszy czarodziej jedynie przekazał łuk pannie młodej. Dopiero wtedy odetchnął z ulgą. Tak wewnętrznie, bo starał się zachować niewzruszony wyraz twarzy, jakby został uprzedzony i o tym elemencie uroczystości.
Pomimo tego, że wolał, aby łuk pozostał w rękach Geraldine niż Gerarda, tak mimowolnie odsunął się na bok, gdy kobieta zaczęła celować do jednego z ognisk. Jego skonfundowane spojrzenie na moment utkwiło w Millie, jakby chciał sprawdzić, czy jest jakkolwiek zaskoczona tym widokiem. Wprawdzie widok Yaxleyów z bronią nie był niczym dziwnym, jednak... Czy oni naprawdę musieli ją włączać wszędzie? Musieli się z nią tak obnosić? Na Matkę, przecież ona tak nawet paradowała po sabacie, przypomniał sobie kapłan, gdy z tyłu głowy zaświtały mu wspomnienia z festynu w Londynie. Czy Yaxley i wtedy nie wymachiwała czymś na scenie? Ugh, nie był pewny; docierały wówczas do niego głównie plotki, bo przecież obsługiwał główne stoisko.
A kiedy ognisko w końcu zapłonęło... Macmillan zamrugał. Czy mogli? Oczywiście, że mogli... Ruszyć dopełnić formalności! Doprawdy wzruszała go gotowość pana młodego do tego, aby wszystko załatwić jak najszybciej. Rytuał żywiołów rytuałem żywiołów, wymiana obrączek obrączkami, ale pewni smutni starsi kapłani w kowenie mogliby być bardzo niepocieszeni, gdyby do podpisania wymaganych dokumentów minęło te kilka dni lub tygodni. Kto wie, ile czasu para spędzi ciesząc się swoją unią? Sebastian wziął głęboki oddech i ruszył do przodu, obracając się tylko na moment do Greengrassa.
— Oczywiście, zapraszam — oznajmił uśmiechając się mimowolnie, jakby sugestia Ambroża, że mogą odłożyć oficjalne sprawy na później w ogóle w grę. Śmieszni byli ci nowożeńcy. Tacy upojeni uczuciem, że byli gotowi nie przejmować się żadnymi procedurami, podpisaniem odpowiednich dokumentów, wpisaniem do ksiąg kowenowych. A przecież czekała ich cała góra papierzysk do podpisania. Na pewno będą się lepiej bawić niż oglądając oczepiny, pomyślał.
W drodze do bocznego namiotu mijali gości, Sebastian nie omieszkał ułożyć rąk jak do modlitwy, kiedy złapał jeszcze spojrzenie z Brenną. Kto wie, może Matka będzie dla niej łaskawsza, jeśli pomodli się za nią w ten piękny, piękny dzień?