18.10.2025, 16:50 ✶
Nie mogłem powstrzymać uśmiechu, kiedy zachichotała. Ten dźwięk - miękki, stłumiony, trochę nie na miejscu - brzmiał jak coś, czego w tej chwili absolutnie nie powinno się usłyszeć, i może właśnie dlatego był tak przyjemny. Spojrzałem na nią kątem oka, kiedy walczyła sama ze sobą, by zachować powagę. Widok Prue próbującej wyglądać poważnie był jak obserwowanie kota, który udawał, że nie spadł przed chwilą z parapetu - niby próbowała zachowywać się dostojnie, ale zdradzały ją oczy.
Ceremonie tego typu miały to do siebie, że albo człowiek zapadał w stupor, albo szukał w nich drobnych absurdów, żeby przetrwać. Tym razem oboje postawiliśmy na to drugie, a ofiarą padł biedny kapłan Sebastian - obraz Macmillana stojącego przed lustrem w tym swoim kapłańskim stroju, recytującego z przejęciem własne kazanie, był zdecydowanie zbyt sugestywny. To była wizja, której nie dało się odzobaczyć, od razu widziałem go, jak poprawiał fałdę szaty, unosił ręce i ćwiczył ton - raz bardziej boski, raz bardziej dramatyczny. Pewnie miał cały repertuar min, idealny do przekonywania ludzi, że rozmawia z samą Matką.
- Och, nie wątpię, sze czuje szię pewnie. - Mruknąłem z lekkim rozbawieniem, nadal zerkając na Prue kątem oka. Parsknięcie, które udawała kaszel, zupełnie ją zdradziło, uśmiechnąłem się szerzej, ale nie powiedziałem nic - cieszyłem się, że naprawdę się bawiła, i nie miałem jej za złe tego sceptycyzmu do kowenowego mistycyzmu. Ba, podzielałem go - też widziałem zbyt wiele, żeby sądzić, że jakakolwiek siła wyższa na pełen etat zajmuje się losami ludzi. Czasem trzeba było po prostu przestać liczyć na cuda i samemu odwalić całą robotę.
- Pogodzenie się s niewiedzą to podstawa doblego zdlowia psychisznego. - Powiedziałem spokojnie, tonem kogoś, kto już dawno to przerobił, co - rzecz jasna - było bujdą, bo oboje zgadzaliśmy się, co do tego jednego, że nie byliśmy do końca normalni. - Inaczej skończysz jak ci wszyscy, któszy szukają sensu w kaszdym powiewie wiatlu. Wiedza o świętych bloszulach nie jest nam do szycia potszebna. Chyba sze planujesz zostaś misjonalką. - W jej spojrzeniu było coś takiego, że od razu wiedziałem, jak absurdalnie to zabrzmiało, ale nie mogłem się powstrzymać.
Kiedy Yaxley senior ruszył w stronę ołtarza z łukiem w ręku, uniosłem brwi, ponieważ rzadko kiedy śluby, nawet te elity, zawierały w sobie tak dostrzegalny element zbrojny. Jeszcze rzadziej - rozpalanie pierwszego, symbolicznego ogniska przebiegało w taki sposób. Prue również wyglądała na zaskoczoną, ale bardziej zafascynowaną niż zaniepokojoną, co było bardzo na plus.
- „Specyficzny” i „zaskakujące” to baldzo upszejme okleślenia. - Odparłem cicho. - Spokojnie, nie sądzę, szeby ktoś tu dziś obelwał. Chociasz... - Urwałem na moment, kiedy panna młoda dostała łuk do ręki. - Chociasz, znając ich, to pewnie lodzinny symbol miłości. Stszelasz, tlafiasz, pszywiąsujesz do dszewa, a potem kaszesz mu ściągaś sznuly zębami. Tladycja.
Nie musiałem patrzeć, żeby wiedzieć, że się uśmiechała, wiedziałem też, że walczyła ze sobą, żeby nie wybuchnąć śmiechem w tym miejscu, gdzie wszyscy wokół szeptali modlitwy i udawali świętych. „W zdrowiu i w chorobie, w bliznach i w cięciach” - tak, to brzmiało jak małżeństwo idealne.
- Pod sukienką, mówisz… No, to pszynajmniej młody nie będzie się nudził w noc poślubną.
Nie byłem człowiekiem, którego łatwo coś zaskakiwało, ale po chwili uniosłem brwi tak wysoko, że niemal dotknęły mi linii włosów. Panna młoda, owszem, była urocza w tym stroju, lecz raczej nie należała do tych, które można by nazwać „lekkimi w obsłudze”. Widziałem, jak mięśnie jego ramion napinają się pod materiałem, szczęka zaciska się z wysiłku, ale uśmiech wciąż pozostawał szeroki, triumfalny - wziął ją na ręce jak bohater romansu. Nie, nie czułem złośliwości, raczej coś w rodzaju zdziwionej fascynacji, bo naprawdę, po wszystkim, co już zobaczyłem w życiu to właśnie ten moment, w którym mężczyzna dźwiga swoją świeżo poślubioną żonę, która równie dobrze mogłaby dźwignąć jego, wydał mi się bardziej ryzykowny od strzelania z płonącej strzały do ogniska w oddali, a jednak wyszedł naprawdę elegancko. Ambroise jednak miał w sobie coś, co zawsze budziło we mnie mieszane uczucia - mimo całej tej kulturalnej aparycji, był twardy, cholernie silny. Miałem już okazję się o tym przekonać, ostatni raz całkiem niedawno, na sparingu. Nie wspominałem o tym z dumą, nie miałem powodu.
- Obyś nie wyklakała. - Powiedziałem półgłosem, kiedy Prue rzuciła to swoje „oby się nie potknął”. - Bo jak się potknie, to będziemy świadkami pielwszego weselnego pogszebu.
Nie dodałem jednak, że w duchu naprawdę miałem nadzieję, że im się uda, bo nawet jeśli nie wierzyłem w błogosławieństwa Matki, to w tę chwilę - w to, że coś może być prawdziwe tylko dlatego, że ktoś bardzo chce, żeby było - jednak trochę wierzyłem.
Ceremonie tego typu miały to do siebie, że albo człowiek zapadał w stupor, albo szukał w nich drobnych absurdów, żeby przetrwać. Tym razem oboje postawiliśmy na to drugie, a ofiarą padł biedny kapłan Sebastian - obraz Macmillana stojącego przed lustrem w tym swoim kapłańskim stroju, recytującego z przejęciem własne kazanie, był zdecydowanie zbyt sugestywny. To była wizja, której nie dało się odzobaczyć, od razu widziałem go, jak poprawiał fałdę szaty, unosił ręce i ćwiczył ton - raz bardziej boski, raz bardziej dramatyczny. Pewnie miał cały repertuar min, idealny do przekonywania ludzi, że rozmawia z samą Matką.
- Och, nie wątpię, sze czuje szię pewnie. - Mruknąłem z lekkim rozbawieniem, nadal zerkając na Prue kątem oka. Parsknięcie, które udawała kaszel, zupełnie ją zdradziło, uśmiechnąłem się szerzej, ale nie powiedziałem nic - cieszyłem się, że naprawdę się bawiła, i nie miałem jej za złe tego sceptycyzmu do kowenowego mistycyzmu. Ba, podzielałem go - też widziałem zbyt wiele, żeby sądzić, że jakakolwiek siła wyższa na pełen etat zajmuje się losami ludzi. Czasem trzeba było po prostu przestać liczyć na cuda i samemu odwalić całą robotę.
- Pogodzenie się s niewiedzą to podstawa doblego zdlowia psychisznego. - Powiedziałem spokojnie, tonem kogoś, kto już dawno to przerobił, co - rzecz jasna - było bujdą, bo oboje zgadzaliśmy się, co do tego jednego, że nie byliśmy do końca normalni. - Inaczej skończysz jak ci wszyscy, któszy szukają sensu w kaszdym powiewie wiatlu. Wiedza o świętych bloszulach nie jest nam do szycia potszebna. Chyba sze planujesz zostaś misjonalką. - W jej spojrzeniu było coś takiego, że od razu wiedziałem, jak absurdalnie to zabrzmiało, ale nie mogłem się powstrzymać.
Kiedy Yaxley senior ruszył w stronę ołtarza z łukiem w ręku, uniosłem brwi, ponieważ rzadko kiedy śluby, nawet te elity, zawierały w sobie tak dostrzegalny element zbrojny. Jeszcze rzadziej - rozpalanie pierwszego, symbolicznego ogniska przebiegało w taki sposób. Prue również wyglądała na zaskoczoną, ale bardziej zafascynowaną niż zaniepokojoną, co było bardzo na plus.
- „Specyficzny” i „zaskakujące” to baldzo upszejme okleślenia. - Odparłem cicho. - Spokojnie, nie sądzę, szeby ktoś tu dziś obelwał. Chociasz... - Urwałem na moment, kiedy panna młoda dostała łuk do ręki. - Chociasz, znając ich, to pewnie lodzinny symbol miłości. Stszelasz, tlafiasz, pszywiąsujesz do dszewa, a potem kaszesz mu ściągaś sznuly zębami. Tladycja.
Nie musiałem patrzeć, żeby wiedzieć, że się uśmiechała, wiedziałem też, że walczyła ze sobą, żeby nie wybuchnąć śmiechem w tym miejscu, gdzie wszyscy wokół szeptali modlitwy i udawali świętych. „W zdrowiu i w chorobie, w bliznach i w cięciach” - tak, to brzmiało jak małżeństwo idealne.
- Pod sukienką, mówisz… No, to pszynajmniej młody nie będzie się nudził w noc poślubną.
Nie byłem człowiekiem, którego łatwo coś zaskakiwało, ale po chwili uniosłem brwi tak wysoko, że niemal dotknęły mi linii włosów. Panna młoda, owszem, była urocza w tym stroju, lecz raczej nie należała do tych, które można by nazwać „lekkimi w obsłudze”. Widziałem, jak mięśnie jego ramion napinają się pod materiałem, szczęka zaciska się z wysiłku, ale uśmiech wciąż pozostawał szeroki, triumfalny - wziął ją na ręce jak bohater romansu. Nie, nie czułem złośliwości, raczej coś w rodzaju zdziwionej fascynacji, bo naprawdę, po wszystkim, co już zobaczyłem w życiu to właśnie ten moment, w którym mężczyzna dźwiga swoją świeżo poślubioną żonę, która równie dobrze mogłaby dźwignąć jego, wydał mi się bardziej ryzykowny od strzelania z płonącej strzały do ogniska w oddali, a jednak wyszedł naprawdę elegancko. Ambroise jednak miał w sobie coś, co zawsze budziło we mnie mieszane uczucia - mimo całej tej kulturalnej aparycji, był twardy, cholernie silny. Miałem już okazję się o tym przekonać, ostatni raz całkiem niedawno, na sparingu. Nie wspominałem o tym z dumą, nie miałem powodu.
- Obyś nie wyklakała. - Powiedziałem półgłosem, kiedy Prue rzuciła to swoje „oby się nie potknął”. - Bo jak się potknie, to będziemy świadkami pielwszego weselnego pogszebu.
Nie dodałem jednak, że w duchu naprawdę miałem nadzieję, że im się uda, bo nawet jeśli nie wierzyłem w błogosławieństwa Matki, to w tę chwilę - w to, że coś może być prawdziwe tylko dlatego, że ktoś bardzo chce, żeby było - jednak trochę wierzyłem.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)