• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[11/12.09.1972] A gdybym był krogulcem, co byś powiedziała?

[11/12.09.1972] A gdybym był krogulcem, co byś powiedziała?
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#4
18.10.2025, 21:18  ✶  
Odmiana w ustach Helloise była komplementem. Co się przemieniało — to żyło, doświadczało, zbierało — to było pięknem. Co się przemieniało, to i przemijało, domykając swój los.
Alexander był cieniem na jej latach szkolnych. Teraz, gdy powrócił, również poznała go pierwej jako cień, lecz nie miał on tamtego zapamiętanego kształtu młodzieńczej sylwetki. Był to cień posępny i szorstki.
Tego dnia Alexander Mulciber wyszedł z cienia. Odwiedził ją i po raz pierwszy w życiu mogła go oglądać: przejrzeć się w oczach, które chwytały i odbijały jej własne światło. Był przytłaczająco wysoki, choć zbyt wdzięczny na olbrzyma — być może szykowali go na jednego z półbogów. Ktoś musiał w trakcie aktu stworzenia zarzucić projekt Alexandra — zostały mu z boskości tylko te oczy proroka. Porzucili w nim prócz daru i to nieukojone drżenie, i to chude ciało, w którym nie zdążyli wyrzeźbić herosa, i tę szarawą cerę, w którą nie tchnięto rumieńca. Ta skóra była dla Helloise jak zrobiona z cienkiego papieru — zdawało się czarownicy, że w odpowiednim świetle widzi prześwitujące cienie tego, co w Alexandrze. I myślała, że gdyby zagłębiła w nim palce, rozerwałaby papier z łatwością i wydobyła wszystko na wierzch. To było tylko złudzenie. Wyskrobywała już jego krew i ciało spod swoich paznokci, papier nie zostawał na rękach.
Gdy dotknął jej myśli zaściełających podłogę, Helloise zastygła w bezruchu, przestała oddychać. Obserwowała ruchy Alexandra z ekscytacją podsycaną resztkami nieufności. Obchodził się z jej głową delikatnie, nie próbował burzyć niczego, pozwoliła mu więc iść dalej i dalej. Śledziła jego palce, gdy tyczyły trasy przez jej labirynt i mapowały błędne drogi.
Nie mrugał. Nie przestawał jej chłonąć.
— Aborygeni… tak, to ma sens, to zbyt melodyjne jak na Anglików. Czy tych Aborygenów już podtruli? — zapytała odległym głosem przypominającym echo wracające spomiędzy rozrzuconych przez niego po całym świecie falujących linii.
Odebrała od czarodzieja płytę, patrząc na nią oskarżycielsko, jakby i Édith Piaf miała potencjał zagłuszać pieśni Australijczyków. Mimo to kobieta wyjęła ją i umieściła w gramofonie, lecz nie uruchomiła go.
Linie na dłoniach. Wzięła tę rękę, która podała jej piosenki, i uniosła ją na wysokość oczu. Początkowo zetknęły się tam jedynie koniuszki ich palców. Helloise powoli rozprostowywała palce Alexandra swoimi, a gdy skończyła, spróbowała zajrzeć do wnętrza piramidy zbudowanej z tak ułożonych dłoni — próbowała porównywać linie. Żaden kąt patrzenia nie zadowalał jej w pełni, poddała się więc i spróbowała złożyć ich dłonie tak, żeby linie nałożyły się na siebie — w naiwnej wierze, że jeśli nie potrafi tego zobaczyć, będzie potrafiła to poczuć. Miała zimne ręce, lekko wilgotne, lecz nie lepkim potem, a deszczem — jakby zanurzyła je przed chwilą w mokrym mchu. Odbarwione na zielono koniuszki palców i pożółkłe paznokcie niosły zapach zbutwiałego drewna i trawy po deszczu.
— Tyle linii… — wymamrotała, nie spuszczając wzroku z ich rąk. — Wiesz, dlaczego choć tak mnogie, nie plączą się? Wędrujemy po krosnach. Dziewica to prządka, dziewicza jest materia, z której przędzie nici. Matka odbiera od niej wrzeciono i tka, tka materię świata, splata nasze nici, podczas gdy starucha chodzi dookoła i przecina te, dla których nie ma już miejsca w kolejnych splotach.
Helloise opuściła wzrok na swoją pracę rozpiętą na podłodze chaty i dostrzegła, że brak w niej tego tego boskiego ładu. Uprzędła nici, lecz gdy spróbowała naciągnąć je na krosno, jedynie się splątały. Wsunęła palce między palce Alexandra, krzyżując je.
— Dlaczego jedno ma mówić? — Zrobiła krok w tył, wciągając go w pajęczynę. Nie musiała patrzeć pod nogi, aby trafiać tam, gdzie trafiały kroki klątwy. Odtwarzała ją w ostatnich dniach raz za razem jak w transie. — Pleć z naszych linii. — Zachrypły głos wiedźmy zadrżał lekko. Patrzyła na jasnowidza szklistym wzrokiem gotowa pogodzić się z wyrokami losu, jeśli by prorok z boskiej woli zamykał wytyczone przez nią szlaki. — Motaj je, motaj. — Ja przędłam, ty siądź do moich krosien. Rozpięłam osnowę, ty pleć, bo tobie ukażą wzór. — Co raz splecione, będzie zawsze wpisane w gobeliny w domu bogów. Będzie istniało, mimo że skończy się, gdy Starucha poprzecina nici.
Prowadziła go więc ostrożnie w głąb pajęczyny po krokach klątwy.
— Kim jestem? — pytała, wchodząc w buty kroczącego po jej domu zaklęcia. — Dokąd idę?
Na chwilę zamilkła, gdy wśród skrzypiących klepek podłogi szukali w labiryncie myśli wspólnego rytmu, a za nimi snuły się ptaki. Wędrując, śpiewasz. Śpiewając, wędrujesz. Wędrówka zaś stała się tańcem, do którego popychał ich wrzeszczący wiatr wpadający przez wybite okna. Helloise dała Alexandrowi czas, by rozgościł się w jej głowie, a gdy ich krok nabrał naturalnej płynności, zaczęła szeptem:
— Od łąk ku Kniei nadszedł mężczyzna. Szedł, niósł ogień. Grzesznik. Grzesznik. Czarny grzesznik — oskarżyła go trzykrotnie charczącym czarcim głosem. — Sądziłam, że idzie po odkupienie. Co innego by mógł robić, idąc ku lasowi? Nie, nie szedł po odkupienie. Szedł po śmierć, lecz jej nie znalazł. Zostawił za to część swojego życia u mnie. — Gdy w tańcu mijali wygasłe palenisko, Helloise omiotła wymownym spojrzeniem czerniejącą przy nim plamę krwi. — Przyszedł tu. Pomyślałam: niech zostanie, bo może pójdzie dalej, do lasu. Naprawi, co zniszczone. Odkupi winy. Te kroki, ten bezcielesny wędrowiec. One wdarły się do środka. Też gdzieś szły. Idą do lasu. Idą do lasu. Tu u mnie nie ma nic innego niż las. Jestem ja. Jest las. Nie ma gdzie iść indziej. — Opowieść zaczynała nabierać tempa, a wraz z nią galopował oddech czarownicy. Kurczowo zacisnęła ręce na Alexandrze, aby nie mógł uciec od odpowiedzi. Ta intensywność nie była utkana ze strachu. Helloise zionęła histeryczną desperacją. — Jestem ja. Jest las. Gdzie więc szedł ten człowiek? Gdzie dziś idą kroki? Jeśli nie do lasu. Nie ma tu nic, tu jest las. Musieli iść po coś. Musieli mi coś przynieść. Po co otwieraliby drogę przez mój dom, jeśli nie w drodze do lasu? Po co zostawaliby w nim, jeśli nie by mówić?


dotknij trawy
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (5323), Helloise Rowle (3400)




Wiadomości w tym wątku
[11/12.09.1972] A gdybym był krogulcem, co byś powiedziała? - przez Alexander Mulciber - 13.08.2025, 07:22
RE: [11/12.09.1972] A gdybym był krogulcem, co byś powiedziała? - przez Helloise Rowle - 01.09.2025, 18:44
RE: [11/12.09.1972] A gdybym był krogulcem, co byś powiedziała? - przez Alexander Mulciber - 20.09.2025, 23:57
RE: [11/12.09.1972] A gdybym był krogulcem, co byś powiedziała? - przez Helloise Rowle - 18.10.2025, 21:18
RE: [11/12.09.1972] A gdybym był krogulcem, co byś powiedziała? - przez Alexander Mulciber - 14.11.2025, 22:05
RE: [11/12.09.1972] A gdybym był krogulcem, co byś powiedziała? - przez Helloise Rowle - 26.11.2025, 17:17
RE: [11/12.09.1972] A gdybym był krogulcem, co byś powiedziała? - przez Alexander Mulciber - 03.02.2026, 09:09

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa