• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 9 Dalej »
[09.09.1972] Gwiazda w ciemności

[09.09.1972] Gwiazda w ciemności
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#1
18.10.2025, 21:22  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.12.2025, 22:57 przez Baba Jaga.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie Życie to przygody lub pustka
9 września 1972, ok. 02.45
Spalona Noc, kość Lokacji – Bluszczowa Kamienica

Nie była nawet pewna, która była teraz godzina. Nie potrafiła tego stwierdzić na podstawie obserwacji nieba – tego nie było dzisiaj widać, żadnych gwiazd, księżyca, nawet chmur. Tylko ten paskudny, wgryzający się w trzewia dym i pył, który przysłaniał całą widoczność nawet z bliska. Victoria nawdychała się go już nadto, będąc od kilku godzinach na ulicach Londynu, biegając tam i z powrotem. Wchodziła do płonących budynków, wyciągała stamtąd rannych, biorąc na siebie uderzenia ognia; jej ubranie było nadpalone i brudne, twarz miała umorusaną, tak samo jak włosy zbite w sztywne strąki, co denerwowało ją wewnętrznie – jej poczucie estetyki i porządku, ale prócz irytacji nie mogła wiele zrobić, bo kurwa nie było na to czasu. Nie liczyła nawet ile zapłakanych, przerażonych twarzy mignęło jej dzisiaj przed oczami. Sama nie miała czasu się zatrzymać i pomyśleć o przyjaciołach czy rodzinie. Znaczy to nie tak, że o nich nie myślała, bo mimo wszystko tak, ale nie miała tego luksusu, by poświęcić temu dłuższą chwilę, czy większe zmartwienie, bo inaczej zamiast wykonywać swoje obowiązki, to już dawno byłaby w Dolinie Godryka, sprawdzić czy jej najbliższa rodzina jest tam bezpieczna, a jeśli nie było ich w domu, to biegałaby po Ministerstwie w poszukiwaniu swojej matki czy Daphne, byłaby w Mungu, sprawdzić, czy z ukochanym ojcem wszystko w porządku i zajrzałaby do Lecznicy Dusz upewnić się, że Primrose nic nie jest… Ale co, jeśli nie byłoby ich ani w domu, ani w miejscu pracy? Na to już nie miała żadnego planu i spychała te myśli daleko, daleko, żeby tylko nie dopuścić do siebie tych, że mogło im coś grozić. Doszły ją już słuchy, że pożary są nie tylko w Londynie, że płonie Little Hangleton, Dolina Godryka i kilka jeszcze innych miejscowości… Wierzyła jednak, że jej rodzinie nic nie jest. Że sobie poradzą. Nie mogła pozwolić, by myśli zwątpienia zaprzątały jej głowę, nie mogła porzucić służby, nie gdy tyle ludzi tej pomocy potrzebowało. Nie była zresztą w stanie zrobić nic więcej: nie potrafiła leczyć, nie miała więcej zapasów eliksirów przy sobie (a Matka jej świadkiem, że gdy skończyły jej się te, które na szybko spakowała w Biurze Aurorów, to wróciła tam przy najbliższej okazji żeby zabrać całą resztę – a i tak nie było tego wiele, bo nie trzymała tam wielkich zapasów, tylko takie na wypadki doraźne, od interwencji do interwencji… to co miała, szybko jej się więc skończyło i teraz jedyne co tkwiło w jej torbie to bandaże i jakieś słodycze), jedyne do czego się nadawała, to wejście wprost w płomienie, ewakuacja ludzi, osłanianie ich i gonienie za tymi, którzy w tej pożodze świecili tryumfy. Nie byli to tylko Śmierciożercy, ale też ludzie im przychylni, a również tacy, którzy wietrzyli okazję, by skorzystać z ogólnego chaosu i uszczknąć przy tym coś dla siebie. Trudno było jej zliczyć ilu takich ludzi złapała, ilu faktycznie było groźnych, a ilu okazywało się tylko oportunistami z bardzo skrzywionym kompasem moralnym. Cholera, nie miała nawet czasu pomyśleć przy tym jakoś dłużej o Saurielu, o którego sytuacji truchlała – bo z pewnością był gdzieś tam w płaszczu i masce, i robił… rzeczy. A jej ściskało się serce, bo wiedziała doskonale, że gdyby nie jego rodzina, to w ogóle by go tam nie było. Nigdy o tym nie rozmawiali, unikali tego tematu, ona wiedziała tylko ogół i nigdy nie zapytała się go, czy gdyby miał teraz okazję rzucić to w cholerę, to czy by to zrobił. Chyba… za bardzo bała się odpowiedzi przeczącej, wiedziała przecież, że to, do czego zmusił go ojciec i Voldemort, musiało wpłynąć na jego duszę… Nie był jeszcze w tym miejscu nie do odratowania, tego była pewna, ale jak mocno był zanurzony w ciemność? Naprawdę nie powinna teraz o tym myśleć.

Biegała po ulicach Londynu od kilku godzin i cały czas zastanawiała się też, czy ma w ogóle do czego wracać. Czy jej kamienica stoi, czy jest cała, co z jej ukochanymi kotami… W Londynie była dzisiaj niemalże wszędzie, ale jednak ciągle nawet nie blisko jej mieszkania. Aż do teraz. Victoria oddychała ciężko, pochylona do przodu, gdy opierała się rękoma o uda, jakby w tej pozycji łatwiej było nabrać oddechu. Nie było. Dym i pył tańczyli splątani ze sobą tak w górze, tak na poziomie głowy, jak i przy ziemi, nie było szans, by przed nim uciec, nie dało się go nie wdychać. Wszystkie szmaty, szale, chusty, a nawet zaklęcia oplatające głowę czystym powietrzem – wszystko było tylko tymczasową ochroną, a prędzej czy później syf wdzierał się do ust, do nosa i osiadał na płucach, powodując rozdzierający kaszel. Victorię bolało gardło i klatka piersiowa od kaszlu – bo to, co z początku było tylko chrząkaniem, w tej chwili, po tych godzinach, przerodziło się właśnie w kaszel niemalże jak u gruźlika. Z początku odkasływała przy mówieniu, albo przy większym wysiłku fizycznym, jak przed chwilą, gdy wybiegła z kamienicy, trzymając w rękach dziecko, które tam utknęło. Oddała je przerażonej i zapłakanej matce, a sama, gdy już odeszła, żegnana podziękowaniami i szlochem, rozkaszlała się na dobre. Łzy napływały jej do oczu mimowolnie i Lestrange z irytacją przetarła twarz wierzchem dłoni, kiedy już udało jej się powstrzymać ten upierdliwy kaszel i wyprostowała się, rozglądając dookoła, chcąc zorientować się, gdzie w ogóle jest. Już dawno temu rozdzieliła się z Heather Wood, z którą w ogóle zaczęła wyjście w koszmarną noc. Od tamtego czasu parowała się z przypadkowymi brygadzistami i aurorami, jak wypadło, jak stało; większość na tym etapie, chyba tak jak ona biegało samotnie, łapiąc się przy okazji, wymieniając informacjami i tak dalej. Tak, byli łatwiejszym celem, ale też łatwiej było opleść siatką większy obszar, gdy byli pojedynczo, a w tym bałaganie naprawdę nie było pozycji na standardowe procedury.

Wszystko tu było precedensem.

Victoria w końcu, spod przymrużonych oczu, dostrzegła znajomy szyld i uświadomiła sobie, że musi się znajdować gdzieś niedaleko jej własnego domu. Czemu więc nie przebiec kawałka i zobaczyć to wszystko na własne oczy…? W tym momencie już wszystko jedno, w którą stronę by poszła… Więc przekonawszy samą siebie, że to dobry pomysł, przebiegła kilkadziesiąt metrów, by w końcu stanąć u progu Bluszczowej Kamienicy.

Stała, tak jak zawsze, przytulona do drugiego budynku – również w całości. To była tylko jedna ulga, jaką poczuła, bo gdy z duszą na ramieniu zbliżyła się do drzwi, zauważyła, że z pięknego bluszczu nic już nie zostało. Ogień musiał próbować wedrzeć się do środka, spłonęła roślina, ściany były nadpalone, widziała to nawet w tej nie najlepiej oświetlonej scenerii mieszaniny światła rzucanego przez łuny ognia, nielicznie działające lampy uliczne i jej własną różdżkę. Drzwi wejściowe… były. Równie osmolone i podpalone, miejscami nawet uszkodzone – tak samo jak ściany budynku, ale w porównaniu do niektórych domów, które dzisiaj odwiedziła, to i tak były w zaskakująco dobrym stanie. Ta noc, co prawda, jeszcze się nie skończyła, ale wyglądało na to, że miała szczęście. Może Matka miała ją w swojej opiece… Najwyraźniej mieszkający nieopodal ludzie musieli zgasić ogień, gdy ten próbował sforsować ściany budynku. Może nie był tak wielki? Może sąsiedzi, ratując swoje domy, ugasili też pożar tutaj, by ten nie rozszedł się dalej? Ciemnowłosa rozejrzała się dookoła, utwierdzając się w przekonaniu, że dokładnie tak musiało się stać, bo wszystkie kamienice wokół były w dość podobnym stanie – mniej lub bardziej podpalone i uszkodzone, ale w ogólnym rozrachunku, przynajmniej na pierwszy rzut oka, miały się dobrze.

Lestrange weszła na schodki i drżącą dłoń położyła na klamce drzwi, mając nadzieję, że to, co widziała z zewnątrz od strony ulicy to jedyne straty i że nie okaże się zaraz, ze druga część budynku już nie istnieje, razem z jej dobytkiem i kotami, które były jej oczkiem w głowie. Wydobyła klucz, przekręciła go w zamku, pchnęła drzwi… Te stawiały opór (a może to jednak zmęczenie wdawało się we znaki?), ale ostatecznie ze skrzypieniem się otwarły i już za chwilę Tori opierała się o nie plecami, gdy patrzyła w ciemność korytarza, i oddychała ciężko. Nasłuchiwała. Ryki ognia i krzyki ludzi nieco już przycichły, mierząc od czasu, gdy ten koszmar w ogóle się rozpoczął, a teraz grube ściany oddzielały ją od hałasu jeszcze bardziej. Wyglądało też na to, że kamienica była cała i żadna jej część nie była zawalona, a pomieszczenia, przynajmniej na tym wysokim parterze, były takie, jakie je zostawiła dzisiejszego popołudnia, gdy wyszła do pracy, boleśnie nieświadoma tego, co ją czeka. Ale nasłuchiwała tego, co działo się w domu: czy ktoś tu w ogóle był…? Zakładała, że nie, nikt ze znanych jej ludzi, ale nie to ją teraz zresztą interesowało.

– Luna? – zawołała. – Kwiatuszek – pozwoliła, by jej głos osiadł w tej ciemności i rozlał się po pomieszczeniu. Za chwilę odbiła się od drzwi i wstawiła głowę do kuchni, wołając swoje koty. Zeszła do piwnicy, zajrzała do łazienek, przeszukała salon, pokoje, sypialnię... Wołała je, ale kotów nigdzie nie było. – Luna! Kwiatuszek! – czuła, że w jej głos wkradają się nuty desperacji, gdy nerwowo otwierała szafkę za szafką, w poszukiwaniu dwóch kotów, że serce bije jej mocniej, że czuje zimno niezwiązane z tym, jak lodowata była na co dzień. Miała wrażenie, że zaraz pociemnieje jej przed oczami, gdy klęcząc zaglądnęła pod wielkie łóżko, jakie miała w sypialni. I wtedy to dostrzegła: błysk oczu, odbijający światło Lumos i delikatny blask kociego futerka. – Kwiatuszek – wymamrotała z ulgą, czując, jak jakiś supeł właśnie puszcza i przestaje ściskać jej serce, bo oto kocia gwiazdka, Błękitny Kwiatuszek, siedział skulony pod meblem, jak ta latarnia morska, a gdy Victoria przesunęła się trochę i wyciągnęła do niego ręce, zobaczyła mniejszy kształt nieco za nim,  ciemny, czarny jak sama otchłań, której oczy spoglądają na ciebie, gdy wpatrujesz się w nią zbyt długo. Czas się zatrzymał i z cichym miał pożeracz światów, mała Luna poderwała się, by ruszyć na spotkanie wystawionych doń ukochanych ramion.

Ten kamień naprawdę spadł z serca Victorii – bo oba jej koty miały się dobrze. Były przerażone i schowane w miejscu, w którym czuły się najwyraźniej najbezpieczniej, otoczone znajomym zapachem Victorii Lestrange, a dom był cały, chociaż wziął na siebie uderzenie ognia.

Nie miała czasu zostawać tutaj wiele dłużej – i tak straciła go już trochę, ale musiała sprawdzić, musiała wiedzieć… Miała wrażenie, że wstąpiły w nią nowe siły, gdy dwa puchate szczęścia otarły się o nią, a ona pogłaskała jedno i drugie, upewniła się, że kotom niczego nie brakuje, skoro nie wiedziała, kiedy właściwie uda jej się wrócić do domu, a chwilę później znowu była na ulicach Londynu. Tylko trochę spokojniejsza, ale nie mniej zdeterminowana do walki.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Victoria Lestrange (1746)




Wiadomości w tym wątku
[09.09.1972] Gwiazda w ciemności - przez Victoria Lestrange - 18.10.2025, 21:22

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa