19.10.2025, 13:01 ✶
Oczywiście, że nie czerpała przyjemności z upokorzenia kuzyna! Mona po prostu wierzyła, że sposób, w jaki ktoś traktował zwierzęta – niekoniecznie magiczne stworzenia – wiele mówił o człowieku. Hannibal nie zaatakował gąsiora, a znała takich, co bez wahania posłaliby w stronę takiego ptaszka zielony strumień.
„To się chyba pomyliłeś, koleżko, bo trzeba więcej niż dużego ptaka, żeby mnie przestraszyć!’’ Na samym początku kobieta aż rozdziawiła usta na ten jednoznaczny tekst. Następnie zakryła je dłonią, obserwując, co działo się dalej. Och, patrzcie tylko! Jej bohater – pogromca gęsi z Londynu, Hannibal Selwyn, człowiek, który ocalił honor wsi Gellilydan!
Kilka białych piór wplątało się w jego ciemne włosy, kiedy Hannibal dumny jak paw powiódł wzrokiem po swojej zachwyconej publiczności. Mona podeszła, zdjęła jedno z nich i podała mu je.
– Za męstwo w obliczu pierza – powiedziała. W jej spojrzeniu błysnęło ciepło. Prawdziwe ciepło wymieszane z łagodnością, które pojawiało się tylko wtedy, gdy była naprawdę zadowolona z czyjegoś towarzystwa, zarezerwowane tylko dla rodziny. Ostatnie tygodnie były ciężkie, ale ten popołudniowy absurd – wiatr, błoto i biała bestia rozproszył szarówkę skuteczniej niż cokolwiek innego. – I za uratowanie lokalnej dziewczęcej młodzieży od serii tragicznych strat w drobiu.
– Panie… rany, jak pan to zrobił?! – pisnęła najniższa, drobna blondynka z kokiem, podskakując z przejęciem. – On zawsze wszystkich goni! Nawet pastora!
– To prawda! – przytaknęła druga. – Ostatnio dziobnął pana Hughesa w nos, i to w niedzielę!
– On zawsze ucieka! – dorzuciła trzecia dziewczyna.
Pisnęły, zachichotały, a potem otoczyły go kręgiem, jakby był prawdziwym bohaterem, który właśnie pokonał smoka, a nie rozjuszonego gąsiora.
– Pan to ma odwagę! Ja bym nigdy tak blisko do wielkiego ptaka nie podeszła!
Mona śmiała się już otwarcie.
– Nie spodziewałam się, że mój kuzyn będzie dziś polował na ptactwo – powiedziała, przystając przy nim, kiedy jedna z dziewcząt już odprowadziła Zygfryda z powrotem w stronę ogrodu. – Myślałam o jakimś spokojnym spacerze, ale coś ciepłego dobrze nam zrobi.
– To może napijecie się z nami herbaty? – zaproponowała piegowata z szerokim uśmiechem. – U nas w domu zawsze coś się znajdzie.
– Dziękujemy, ale chyba będziemy się zbierać…
– Szkoda! – westchnęło ponownie dziewczę z kokiem, spoglądając na Hannibala z wyraźnym żalem. – Bo my tu rzadko widujemy takich… ładnych panów z miasta.
„To się chyba pomyliłeś, koleżko, bo trzeba więcej niż dużego ptaka, żeby mnie przestraszyć!’’ Na samym początku kobieta aż rozdziawiła usta na ten jednoznaczny tekst. Następnie zakryła je dłonią, obserwując, co działo się dalej. Och, patrzcie tylko! Jej bohater – pogromca gęsi z Londynu, Hannibal Selwyn, człowiek, który ocalił honor wsi Gellilydan!
Kilka białych piór wplątało się w jego ciemne włosy, kiedy Hannibal dumny jak paw powiódł wzrokiem po swojej zachwyconej publiczności. Mona podeszła, zdjęła jedno z nich i podała mu je.
– Za męstwo w obliczu pierza – powiedziała. W jej spojrzeniu błysnęło ciepło. Prawdziwe ciepło wymieszane z łagodnością, które pojawiało się tylko wtedy, gdy była naprawdę zadowolona z czyjegoś towarzystwa, zarezerwowane tylko dla rodziny. Ostatnie tygodnie były ciężkie, ale ten popołudniowy absurd – wiatr, błoto i biała bestia rozproszył szarówkę skuteczniej niż cokolwiek innego. – I za uratowanie lokalnej dziewczęcej młodzieży od serii tragicznych strat w drobiu.
– Panie… rany, jak pan to zrobił?! – pisnęła najniższa, drobna blondynka z kokiem, podskakując z przejęciem. – On zawsze wszystkich goni! Nawet pastora!
– To prawda! – przytaknęła druga. – Ostatnio dziobnął pana Hughesa w nos, i to w niedzielę!
– On zawsze ucieka! – dorzuciła trzecia dziewczyna.
Pisnęły, zachichotały, a potem otoczyły go kręgiem, jakby był prawdziwym bohaterem, który właśnie pokonał smoka, a nie rozjuszonego gąsiora.
– Pan to ma odwagę! Ja bym nigdy tak blisko do wielkiego ptaka nie podeszła!
Mona śmiała się już otwarcie.
– Nie spodziewałam się, że mój kuzyn będzie dziś polował na ptactwo – powiedziała, przystając przy nim, kiedy jedna z dziewcząt już odprowadziła Zygfryda z powrotem w stronę ogrodu. – Myślałam o jakimś spokojnym spacerze, ale coś ciepłego dobrze nam zrobi.
– To może napijecie się z nami herbaty? – zaproponowała piegowata z szerokim uśmiechem. – U nas w domu zawsze coś się znajdzie.
– Dziękujemy, ale chyba będziemy się zbierać…
– Szkoda! – westchnęło ponownie dziewczę z kokiem, spoglądając na Hannibala z wyraźnym żalem. – Bo my tu rzadko widujemy takich… ładnych panów z miasta.
jaskółka, czarny brylant,
wrzucony tu przez diabła
wrzucony tu przez diabła