19.10.2025, 22:03 ✶
Myśli stały się zamglone, umysł zapadł się w przedziwny stan, unosząc gdzieś pomiędzy jawem a snem, wola zaś... czy można było mówić o jej złamaniu, skoro ostatecznie Brenna sama podążyła wzrokiem za ruchem wahadła i pozwoliła, aby zaklęcie Philippy chwyciło ją w swoje sidła? Niemniej nie mogła teraz przeciwstawić się woli pani Barclay. Najpierw jej oddech uspokoił się, potem panika, na myśl o ogniu, dymie, tym jak jest niebezpieczna i że ktoś ma grzebać jej w głowie, ustąpiła.
A potem nadeszły kolejne rozkazy.
I Brenna...
Zapomniała.
Tę chwilę, w której kamienica zawaliła się z hukiem.
Kiedy grzebała pośród gruzów i zdawało się jej, że dym ku niej sięga, i że rozbrzmiewają w nim głosy, pełne nienawiści.
Strach, jaki wtedy czuła, wbijający się w serce niby szpileczki wciskane pod skórę.
Wspomnienia ognia, dymu wdzierającego się w płuca, nadciągających z ciemnych kłębów istot, które tak naprawdę nie były materiale, ale to nie oznaczało, że nie mogły jej skrzywdzić... to wszystko ulatywało. A może tylko zostawało zamknięte gdzieś w jej głowie, tak głęboko, że Brenna nie miała szans już do tych fragmentów dotrzeć. Piętno, wypalone na jej duszy ogniem, wygasało. Być może jeszcze nie do końca: może jarzyło się jeszcze słabo, ale… przynajmniej teraz była szansa, aby tę ranę zaleczyć.
A potem Brenna zamrugała, spojrzenie powoli odzyskiwało ostrość.
Fotel spłonął, niemal doszczętnie. Cofnęła się więc po prostu i opadła powoli na podłogę, jakby nogi się pod nią ugięły: może ze stresu, może z ulgi, a może po prostu, bo zabrakło jej doszczętnie sił. Nie powinna sobie na to pozwalać, nie chciała sobie na to pozwalać, a jednak przez moment czuła, jakby brakowało jej powietrza. Podparła się plecami o ścianę, zadzierając głowę, by spojrzeć na Philippę. Brenna wiedziała, po co tu przyszła, wiedziała, że o czymś zapomniała… ale nie miała pojęcia o czym. I nie była pewna, jak się z tym czuje. Na pewno nie czuła się dobrze, ale…
– Udało się? Chyba… Chyba nie pamiętam… wszystkiego z tamtej nocy? – powiedziała, z nietypową dla siebie niepewnością, splatając palce, by opanować ich drżenie. Próbowała sobie przypomnieć przebieg Spalonej Nocy, ale nagle pojawiły się… luki. Dużo luk.
A potem nadeszły kolejne rozkazy.
I Brenna...
Zapomniała.
Tę chwilę, w której kamienica zawaliła się z hukiem.
Kiedy grzebała pośród gruzów i zdawało się jej, że dym ku niej sięga, i że rozbrzmiewają w nim głosy, pełne nienawiści.
Strach, jaki wtedy czuła, wbijający się w serce niby szpileczki wciskane pod skórę.
Wspomnienia ognia, dymu wdzierającego się w płuca, nadciągających z ciemnych kłębów istot, które tak naprawdę nie były materiale, ale to nie oznaczało, że nie mogły jej skrzywdzić... to wszystko ulatywało. A może tylko zostawało zamknięte gdzieś w jej głowie, tak głęboko, że Brenna nie miała szans już do tych fragmentów dotrzeć. Piętno, wypalone na jej duszy ogniem, wygasało. Być może jeszcze nie do końca: może jarzyło się jeszcze słabo, ale… przynajmniej teraz była szansa, aby tę ranę zaleczyć.
A potem Brenna zamrugała, spojrzenie powoli odzyskiwało ostrość.
Fotel spłonął, niemal doszczętnie. Cofnęła się więc po prostu i opadła powoli na podłogę, jakby nogi się pod nią ugięły: może ze stresu, może z ulgi, a może po prostu, bo zabrakło jej doszczętnie sił. Nie powinna sobie na to pozwalać, nie chciała sobie na to pozwalać, a jednak przez moment czuła, jakby brakowało jej powietrza. Podparła się plecami o ścianę, zadzierając głowę, by spojrzeć na Philippę. Brenna wiedziała, po co tu przyszła, wiedziała, że o czymś zapomniała… ale nie miała pojęcia o czym. I nie była pewna, jak się z tym czuje. Na pewno nie czuła się dobrze, ale…
– Udało się? Chyba… Chyba nie pamiętam… wszystkiego z tamtej nocy? – powiedziała, z nietypową dla siebie niepewnością, splatając palce, by opanować ich drżenie. Próbowała sobie przypomnieć przebieg Spalonej Nocy, ale nagle pojawiły się… luki. Dużo luk.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.