19.10.2025, 23:07 ✶
- Przepraszam.- Powiedziała w końcu, gdy tylko mogła się skupić na czymkolwiek co nie było pożarem i wodą. Pozwoliła się odprowadzić od największego tłumu. I jeszcze dalej od kanału - by wreszcie mogła odetchnąć. Nie z ulgą, na ulgę czas przyjdzie pewnie później; teraz oboje trwali w trybie walki o przetrwanie.- Nie chciałam fuknąć. Po prostu... Ja myślałam, że jesteś… No wiesz…- Potrząsnęła głową, bardzo ale to bardzo nie chcąc nadawać swoim strachom imienia.
O sprawach poważniejszych milczała tak długo aż nie znaleźli się w bezpieczniejszym miejscu. Nie potrzebowali jeszcze problemów z gumowymi uszami - nie tylko tymi przypadkowymi, w postaci zabłąkanych mugoli, ale przede wszystkim tych, którzy dziś czaili się w ciemnościach. Rozejrzała się nerwowo, jakby spodziewała się, że jakiś śmierciożerca wyskoczy zza winkla.
Słuchała Atreusa, cały czas jednak doglądając czy na pewno panowie strażacy ratują jej kamienicę. Nie chciała jeszcze puszczać jego ramienia, chociaż wiedziała, że za chwilę będą musieli się rozstać. W porządku, była dużą dziewczynką; da sobie radę, co za problem samemu przedostać się do domu rodziców albo Ministerstwa Magii? Absolutnie żaden.
Ale nawet wartka akcja ratunkowa nie wróżyła temu wszystkiemu jakiegoś wybitnie dobrego zakończenia. Ogień rozszalał się na piętrze, widziała jak płoną zasłony w oknach, jak śliczna fasada pokrywa się stopniowo czarną sadzą, a przez wyważone drzwi buchają kłęby dymu.
A potem wspomniał o niemagicznych w Ministerstwie i wróciła cała ta złość, która czuła tak niedawno.
- Byłam w Atrium, kiedy to wszystko się zaczęło. Widziałam jak zaczęli wpuszczać tam mugoli.- Nie zdołała powstrzymać grymasu niechęci. Chyba nawet nieszczególnie się starała.- To gwałt na kodeks tajności. Na nasze...- Przerwała w połowie zdania. Zasłoniła usta drżącą dłonią, czując na języku smak popiołu. Odkaszlnęła, próbując się pozbyć opiłków z płuc.-... na Ministerstwo. Nie wiem kto podjął tą decyzję, ale - tu już nie chodzi o ratowanie ich czy nas. Otworzyli Atrium, żeby wywołać większy chaos! Robert Crouch zarobił w pysk od jednego z nich. Atakują sędziów Atreusie. Atakują Wizengamot.
W opinii Lorien Mulciber nie było większego grzechu niż podniesienie ręki na Wizengamot. Wizengamot był prawem i sprawiedliwością. Jedyną na jaką ten kraj zasłużył.
Oparła się o rozgrzane mury jednej z kamieniczek, która uniknęła losu jej własnej. Z każdym kolejnym słowem detektywa czuła coraz większą bezradność.
Nie tylko Londyn. Nie tylko stolica. Zaatakowali całą Anglię. Ale nadal nie rozumiała dlaczego dzisiaj. Oczywiście, że atak z zaskoczenia był najbardziej skuteczny, każdy głupi to wiedział. To nie pasowało do schematu. Nikt o zdrowych zmysłach nie przeprowadza ogólnokrajowych ataków terrorystycznych w randomowy piątek, korzystając z.. no czego? Że część sił zbrojnych zrobi sobie długi weekend? Nie planuje się upadku cywilizacji wybierając palcem pierwszą lepszą datę w kalendarzu. To nie miało sensu! Ale po prawdzie… nic co wydarzyło się tej nocy nie miało większego sensu.
- Nigdzie nie jesteśmy bezpieczni. - powiedziała cicho.- Ale… Sprawdzę czy wszystko dobrze z domem rodziców i wrócę do Ministerstwa. Nie będę cię zatrzymywać, Atreusie. Harper potrzebuje dzisiaj was wszystkich.
Nawet nie próbowała się uśmiechać. Czy wolałaby mieć całonocną ochronę aurorską? Oczywiście. Absolutnie. Nie chciała skończyć jak biedny Robert, albo i gorzej. Ale doskonale wiedziała, że Bulstrode jest potrzebny gdzie indziej.
- Uważaj na siebie, dobrze?
O sprawach poważniejszych milczała tak długo aż nie znaleźli się w bezpieczniejszym miejscu. Nie potrzebowali jeszcze problemów z gumowymi uszami - nie tylko tymi przypadkowymi, w postaci zabłąkanych mugoli, ale przede wszystkim tych, którzy dziś czaili się w ciemnościach. Rozejrzała się nerwowo, jakby spodziewała się, że jakiś śmierciożerca wyskoczy zza winkla.
Słuchała Atreusa, cały czas jednak doglądając czy na pewno panowie strażacy ratują jej kamienicę. Nie chciała jeszcze puszczać jego ramienia, chociaż wiedziała, że za chwilę będą musieli się rozstać. W porządku, była dużą dziewczynką; da sobie radę, co za problem samemu przedostać się do domu rodziców albo Ministerstwa Magii? Absolutnie żaden.
Ale nawet wartka akcja ratunkowa nie wróżyła temu wszystkiemu jakiegoś wybitnie dobrego zakończenia. Ogień rozszalał się na piętrze, widziała jak płoną zasłony w oknach, jak śliczna fasada pokrywa się stopniowo czarną sadzą, a przez wyważone drzwi buchają kłęby dymu.
A potem wspomniał o niemagicznych w Ministerstwie i wróciła cała ta złość, która czuła tak niedawno.
- Byłam w Atrium, kiedy to wszystko się zaczęło. Widziałam jak zaczęli wpuszczać tam mugoli.- Nie zdołała powstrzymać grymasu niechęci. Chyba nawet nieszczególnie się starała.- To gwałt na kodeks tajności. Na nasze...- Przerwała w połowie zdania. Zasłoniła usta drżącą dłonią, czując na języku smak popiołu. Odkaszlnęła, próbując się pozbyć opiłków z płuc.-... na Ministerstwo. Nie wiem kto podjął tą decyzję, ale - tu już nie chodzi o ratowanie ich czy nas. Otworzyli Atrium, żeby wywołać większy chaos! Robert Crouch zarobił w pysk od jednego z nich. Atakują sędziów Atreusie. Atakują Wizengamot.
W opinii Lorien Mulciber nie było większego grzechu niż podniesienie ręki na Wizengamot. Wizengamot był prawem i sprawiedliwością. Jedyną na jaką ten kraj zasłużył.
Oparła się o rozgrzane mury jednej z kamieniczek, która uniknęła losu jej własnej. Z każdym kolejnym słowem detektywa czuła coraz większą bezradność.
Nie tylko Londyn. Nie tylko stolica. Zaatakowali całą Anglię. Ale nadal nie rozumiała dlaczego dzisiaj. Oczywiście, że atak z zaskoczenia był najbardziej skuteczny, każdy głupi to wiedział. To nie pasowało do schematu. Nikt o zdrowych zmysłach nie przeprowadza ogólnokrajowych ataków terrorystycznych w randomowy piątek, korzystając z.. no czego? Że część sił zbrojnych zrobi sobie długi weekend? Nie planuje się upadku cywilizacji wybierając palcem pierwszą lepszą datę w kalendarzu. To nie miało sensu! Ale po prawdzie… nic co wydarzyło się tej nocy nie miało większego sensu.
- Nigdzie nie jesteśmy bezpieczni. - powiedziała cicho.- Ale… Sprawdzę czy wszystko dobrze z domem rodziców i wrócę do Ministerstwa. Nie będę cię zatrzymywać, Atreusie. Harper potrzebuje dzisiaj was wszystkich.
Nawet nie próbowała się uśmiechać. Czy wolałaby mieć całonocną ochronę aurorską? Oczywiście. Absolutnie. Nie chciała skończyć jak biedny Robert, albo i gorzej. Ale doskonale wiedziała, że Bulstrode jest potrzebny gdzie indziej.
- Uważaj na siebie, dobrze?