20.10.2025, 01:04 ✶
Z Morpheusem i Jonathanem przy wernisażu
Roześmiała się. Szczerze i nagle, kiedy tylko usłyszała słowa Morpheusa. Była w jej jakaś buta i arogancja, która nie potrafiła brać tego scenariusza na poważnie, bo przecież on był jej mecenasem dlatego, że na to pozwalała. Gdyby jej się nie spodobał w jakiś sposób, zgłosiłaby pani Avery swoje zastrzeżenia bez mrugnięcia okiem, bo jej ojciec miał zbyt dużo pieniędzy by przejmowała się takimi rzeczami jak to, czy jakiś obcy mężczyzna wspierał jej sztukę.
- Na to o dekadę za późno - prychnęła, trochę zbywająco, ale wciąż wyraźnie rozbawiona. Matka zajmowała się we Francji sztuką, sięgając po schedę swojej własnej rodzicielki i nie ograniczała w tym temacie swojej córki. Z resztą, szkoła do której poszła także słynęła z artystycznego programu, którego nauczała jeszcze przed właściwą nauką, którą rozpoczynało się od jedenastego roku życia.
Lyssa rzuciła przelotne spojrzenie kątem oka w kierunku Jonathana, przez moment zastanawiając się czy faktycznie powinna coś powiedzieć. To nie było tak, że prababcię lubiła, bo zwyczajnie jej nie znała, a przez to nie miała o niej żadnego wiążącego zdania. Biorąc jednak pod uwagę, jak rozpaczliwie walczyła pod koniec lata, by odciąć się nazwiskiem od rodziny matki, nie miała chyba o żadnym Mulciberze dobrego zdania. Może oprócz tych z najmłodszego pokolenia.
- Czy mogę zapytać - zaczęła ostrożnie, nieco ściszając przy tym głos. - Co takiego ma w sobie pani Mulciber, że do twarzy by było w czymś takim? - zapytała, uśmiechając się lekko, może odrobinę niepewnie. W środku jednak bardzo, ale to bardzo chciała się właśnie dowiedzieć, o co właściwie chodziło.
- Czytałam sztukę. Byłam też... no można to nazwać próbami, ale indywidualnymi, gdzie szkicowałam pozy i przeprowadzałam krótki wywiad z osobami odgrywającymi główne role. Byłam ciekawa, jakie aktorzy mieli spojrzenie na tę odsłonę sztuki i ewentualnie starałam się implementować w obrazach to, co mi powiedzieli. Wszystko jednak ostatecznie zależało od wytycznych dyrektorstwa i też to, które trafiły na afisze - uśmiechnęła się na moment, celowo jednak nie spoglądając na swoje obrazy, wiedząc że bije od nich charakterystyczna aura. Patrzyła zamiast tego na swoich towarzyszy. - Gdyby to zależało ode mnie, na plakatach byłaby sama Ekstaza. Albo ona i Ambicja, w końcu to one pchały do przodu osoby, którym towarzyszyły. Ten spektakl to emocje i to, co ciągnie człowieka do przodu, a ich naczynie jest drugorzędnym aspektem. Ma znaczenie tylko dlatego, że ubrano je w imię Merlina i Morgany. Ale rozumiem, Hannibal jest gwoździem programu i synem dyrektora, musiał znaleźć się na plakatach - uśmiechnęła się lekko, niemal niewinnie, spoglądając w oczy to jednego, to drugiego, jakby jej opinia nie była niczym odkrywczym.
Roześmiała się. Szczerze i nagle, kiedy tylko usłyszała słowa Morpheusa. Była w jej jakaś buta i arogancja, która nie potrafiła brać tego scenariusza na poważnie, bo przecież on był jej mecenasem dlatego, że na to pozwalała. Gdyby jej się nie spodobał w jakiś sposób, zgłosiłaby pani Avery swoje zastrzeżenia bez mrugnięcia okiem, bo jej ojciec miał zbyt dużo pieniędzy by przejmowała się takimi rzeczami jak to, czy jakiś obcy mężczyzna wspierał jej sztukę.
- Na to o dekadę za późno - prychnęła, trochę zbywająco, ale wciąż wyraźnie rozbawiona. Matka zajmowała się we Francji sztuką, sięgając po schedę swojej własnej rodzicielki i nie ograniczała w tym temacie swojej córki. Z resztą, szkoła do której poszła także słynęła z artystycznego programu, którego nauczała jeszcze przed właściwą nauką, którą rozpoczynało się od jedenastego roku życia.
Lyssa rzuciła przelotne spojrzenie kątem oka w kierunku Jonathana, przez moment zastanawiając się czy faktycznie powinna coś powiedzieć. To nie było tak, że prababcię lubiła, bo zwyczajnie jej nie znała, a przez to nie miała o niej żadnego wiążącego zdania. Biorąc jednak pod uwagę, jak rozpaczliwie walczyła pod koniec lata, by odciąć się nazwiskiem od rodziny matki, nie miała chyba o żadnym Mulciberze dobrego zdania. Może oprócz tych z najmłodszego pokolenia.
- Czy mogę zapytać - zaczęła ostrożnie, nieco ściszając przy tym głos. - Co takiego ma w sobie pani Mulciber, że do twarzy by było w czymś takim? - zapytała, uśmiechając się lekko, może odrobinę niepewnie. W środku jednak bardzo, ale to bardzo chciała się właśnie dowiedzieć, o co właściwie chodziło.
- Czytałam sztukę. Byłam też... no można to nazwać próbami, ale indywidualnymi, gdzie szkicowałam pozy i przeprowadzałam krótki wywiad z osobami odgrywającymi główne role. Byłam ciekawa, jakie aktorzy mieli spojrzenie na tę odsłonę sztuki i ewentualnie starałam się implementować w obrazach to, co mi powiedzieli. Wszystko jednak ostatecznie zależało od wytycznych dyrektorstwa i też to, które trafiły na afisze - uśmiechnęła się na moment, celowo jednak nie spoglądając na swoje obrazy, wiedząc że bije od nich charakterystyczna aura. Patrzyła zamiast tego na swoich towarzyszy. - Gdyby to zależało ode mnie, na plakatach byłaby sama Ekstaza. Albo ona i Ambicja, w końcu to one pchały do przodu osoby, którym towarzyszyły. Ten spektakl to emocje i to, co ciągnie człowieka do przodu, a ich naczynie jest drugorzędnym aspektem. Ma znaczenie tylko dlatego, że ubrano je w imię Merlina i Morgany. Ale rozumiem, Hannibal jest gwoździem programu i synem dyrektora, musiał znaleźć się na plakatach - uśmiechnęła się lekko, niemal niewinnie, spoglądając w oczy to jednego, to drugiego, jakby jej opinia nie była niczym odkrywczym.
la douleur exquise
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.