20.10.2025, 05:19 ✶
Śmierć to był dopiero początek.
Śmierć, była także patronką ich rodziny, tą samą istotą, która obdarowała świat Czarną Różdżką. To przez nią teraz Gregorovitchowie gonili za tym rzemieślniczym ideałem, wokół którego budowali swoją legendę. Śmierć przyszła też prawie tej nocy, kiedy coś nieustępliwego ciągnęło do ich sklepiku. Coś, co równało wszystko inne z ziemią, zamieniając w popiół, który następnie rozdmuchiwało przez wiatr.
To samo, czego obawiał się jej syn, uchroniło ich przed dotkliwą stratą, która odebrałaby im miejsce do pracy i lata zgromadzonych tutaj zasobów. Wystarczyło zaledwie parę tajemniczych znaków. Gestów, które stanowczo stanęły na przeciwko magii Czarnego Pana, a które wyszeptał jej głos Salazara.
- Tak - padła krótka, cicha odpowiedź, wyszeptana gdzieś na granicy snu i szmeru czającego się na zewnątrz sklepu. Cokolwiek chodziło teraz Svasiowi po głowie, jego matka jak zwykle nie miała do tego dostępu - już dawno odeszła z planu, na którym zdawało się znajdować jedynie jej ciało, a mimo tego teraz trwała, wpatrując się w miejsce gdzie ostatnio widziała rozjarzoną runę.
Nie podobało jej się to.
Było obce i poza jej zasięgiem, jakby złośliwie stawiając jej wyzwanie. Do tego znak znikał, dokładnie w momencie kiedy chciało się nim podzielić z kimś innym i trzeba było wierzyć sobie na słowo, że faktycznie się go widziało. A te były przecież tak ulotne - umowne koncepty, opierające się na dawno przyjętym porozumieniu. Ciężko było im ufać, kiedy jej własne zdawały się wylewać z niej tylko pod wpływem kogoś, kogo nie słyszał nikt inny.
Odwróciła głowę, spoglądając na syna srebrzystym, przenikliwym spojrzeniem, jakby oczekiwała od niego... czegokolwiek. Była jednak w swojej obecności odległa i nie do końca tutaj, nie taka jak wtedy kiedy podnosiła na niego głos lub krzywdziła go bezdusznie. Nie była sobą, a może wręcz przeciwnie - była najbardziej, na ile tylko mogła w tym momencie.
- Czemu pytasz? - przekrzywiła głowę, niczym zaciekawiona ptaszyna nie odrywając od niego niewidzących oczu.
Śmierć, była także patronką ich rodziny, tą samą istotą, która obdarowała świat Czarną Różdżką. To przez nią teraz Gregorovitchowie gonili za tym rzemieślniczym ideałem, wokół którego budowali swoją legendę. Śmierć przyszła też prawie tej nocy, kiedy coś nieustępliwego ciągnęło do ich sklepiku. Coś, co równało wszystko inne z ziemią, zamieniając w popiół, który następnie rozdmuchiwało przez wiatr.
To samo, czego obawiał się jej syn, uchroniło ich przed dotkliwą stratą, która odebrałaby im miejsce do pracy i lata zgromadzonych tutaj zasobów. Wystarczyło zaledwie parę tajemniczych znaków. Gestów, które stanowczo stanęły na przeciwko magii Czarnego Pana, a które wyszeptał jej głos Salazara.
- Tak - padła krótka, cicha odpowiedź, wyszeptana gdzieś na granicy snu i szmeru czającego się na zewnątrz sklepu. Cokolwiek chodziło teraz Svasiowi po głowie, jego matka jak zwykle nie miała do tego dostępu - już dawno odeszła z planu, na którym zdawało się znajdować jedynie jej ciało, a mimo tego teraz trwała, wpatrując się w miejsce gdzie ostatnio widziała rozjarzoną runę.
Nie podobało jej się to.
Było obce i poza jej zasięgiem, jakby złośliwie stawiając jej wyzwanie. Do tego znak znikał, dokładnie w momencie kiedy chciało się nim podzielić z kimś innym i trzeba było wierzyć sobie na słowo, że faktycznie się go widziało. A te były przecież tak ulotne - umowne koncepty, opierające się na dawno przyjętym porozumieniu. Ciężko było im ufać, kiedy jej własne zdawały się wylewać z niej tylko pod wpływem kogoś, kogo nie słyszał nikt inny.
Odwróciła głowę, spoglądając na syna srebrzystym, przenikliwym spojrzeniem, jakby oczekiwała od niego... czegokolwiek. Była jednak w swojej obecności odległa i nie do końca tutaj, nie taka jak wtedy kiedy podnosiła na niego głos lub krzywdziła go bezdusznie. Nie była sobą, a może wręcz przeciwnie - była najbardziej, na ile tylko mogła w tym momencie.
- Czemu pytasz? - przekrzywiła głowę, niczym zaciekawiona ptaszyna nie odrywając od niego niewidzących oczu.