20.10.2025, 21:40 ✶
Przyjrzała mu się uważnie, wychwytując tę drobną zmianę w tonie - to napięcie, które zawsze pojawiało się, gdy rozmowa schodziła na temat jej zdrowia. Westchnęła cicho, jakby chciała uprzedzić jego dalsze pytania, i skinęła głową. Tak, była w Mungu, tak, uzdrowiciele zrobili, co mogli. Serce biło w miarę równo, przynajmniej na tyle, by mogła znowu funkcjonować. Nie lubiła się nad sobą użalać i rzadko wspominała o swojej chorobie. Był jedną z nielicznych osób, która o niej wiedziała.
- Wszystko dobrze - zapewniła. jakby była porcelanową figurką, którą należy trzymać z dala od ryzyka. W odpowiedzi wyprostowała się, jakby samą postawą chciała udowodnić, że ma się dobrze. Nie potrzebowała jego troski, choć część niej, zupełnie wbrew rozsądkowi, czuła ulgę, że ją okazał.
Na chwilę odwróciła wzrok, jakby samo wspomnienie wydarzeń było zbyt trudne do wypowiedzenia. Wciąż czuła tamten dym w płucach i ciężar tamtej nocy w kościach.
- Penelope Abbott. Stała klientka mojej galerii, bardzo miła, nieszkodliwa osoba. I kiedy zobaczyłam jak wyciągają ją z jej domu i próbują okaleczyć na środku ulicy... - zaczęła, zaciskając dłonie na materiale sukienki, by ukryć drżenie. Wciąż widziała ich twarze - zniekształcone przez gniew i strach, ślepe w swojej agresji. - Zareagowałam instynktownie. Wtrąciłam się i o mało sama nie zginęłam. Jak ostatnia idiotka próbowałam kogoś ratować, kiedy sama ledwo oddychałam. Próbowali mnie zabić. Gdyby nie Lestrange, nie byłoby mnie tu dzisiaj.
Powoli wypuściła powietrze, podnosząc na niego spojrzenie. I tak, to, co widziała tej nocy, tylko utwierdziło ją w przekonaniu, że mieszańcy nie są godni dziedziczenia magii. Że brud ich krwi to nie przypadek.
- Wiem, Levi - uśmiechnęła się blado. Gdyby tam był, prawdopodobnie w ogóle nie doszłoby do tego incydentu. I choć nie lubiła stawiać się w roli ofiary, to wtedy potrzebowała ratunku i całe szczęście, że ostatecznie nadszedł.
Astoria w końcu oderwała się od garderoby, obracając w dłoniach płaszcz, który prawdopodobnie już nigdy nie odzyska dawnej miękkości. Przez chwilę przyglądała się materiałowi, jakby rozważała, czy warto go jeszcze ratować, po czym odłożyła go z westchnieniem na oparcie krzesła.
- Sprzedaż to ostateczność. Poszukam innych sposobów. Może i modlitwy spróbuję - westchnęła znowu ciężko. Sprzedaż byłaby jak przyznanie, że ten popiół zwyciężył. Nie była osobą, która łatwo się poddaje, dlatego będzie walczyć do skutku. Przecież musiała istnieć jakaś metoda. - Rozumiem, że ty nie masz podobnych problemów? - zapytała, chociaż chyba nietknięte domy wzbudziłyby zainteresowanie i podejrzenia. Zastanawiała się, czy i ona nie usłyszy jakichś oskarżeń, skoro jej dom nie został nadpalony. Tylko że jej linią obrony był wszechobecny smród.
- Wszystko dobrze - zapewniła. jakby była porcelanową figurką, którą należy trzymać z dala od ryzyka. W odpowiedzi wyprostowała się, jakby samą postawą chciała udowodnić, że ma się dobrze. Nie potrzebowała jego troski, choć część niej, zupełnie wbrew rozsądkowi, czuła ulgę, że ją okazał.
Na chwilę odwróciła wzrok, jakby samo wspomnienie wydarzeń było zbyt trudne do wypowiedzenia. Wciąż czuła tamten dym w płucach i ciężar tamtej nocy w kościach.
- Penelope Abbott. Stała klientka mojej galerii, bardzo miła, nieszkodliwa osoba. I kiedy zobaczyłam jak wyciągają ją z jej domu i próbują okaleczyć na środku ulicy... - zaczęła, zaciskając dłonie na materiale sukienki, by ukryć drżenie. Wciąż widziała ich twarze - zniekształcone przez gniew i strach, ślepe w swojej agresji. - Zareagowałam instynktownie. Wtrąciłam się i o mało sama nie zginęłam. Jak ostatnia idiotka próbowałam kogoś ratować, kiedy sama ledwo oddychałam. Próbowali mnie zabić. Gdyby nie Lestrange, nie byłoby mnie tu dzisiaj.
Powoli wypuściła powietrze, podnosząc na niego spojrzenie. I tak, to, co widziała tej nocy, tylko utwierdziło ją w przekonaniu, że mieszańcy nie są godni dziedziczenia magii. Że brud ich krwi to nie przypadek.
- Wiem, Levi - uśmiechnęła się blado. Gdyby tam był, prawdopodobnie w ogóle nie doszłoby do tego incydentu. I choć nie lubiła stawiać się w roli ofiary, to wtedy potrzebowała ratunku i całe szczęście, że ostatecznie nadszedł.
Astoria w końcu oderwała się od garderoby, obracając w dłoniach płaszcz, który prawdopodobnie już nigdy nie odzyska dawnej miękkości. Przez chwilę przyglądała się materiałowi, jakby rozważała, czy warto go jeszcze ratować, po czym odłożyła go z westchnieniem na oparcie krzesła.
- Sprzedaż to ostateczność. Poszukam innych sposobów. Może i modlitwy spróbuję - westchnęła znowu ciężko. Sprzedaż byłaby jak przyznanie, że ten popiół zwyciężył. Nie była osobą, która łatwo się poddaje, dlatego będzie walczyć do skutku. Przecież musiała istnieć jakaś metoda. - Rozumiem, że ty nie masz podobnych problemów? - zapytała, chociaż chyba nietknięte domy wzbudziłyby zainteresowanie i podejrzenia. Zastanawiała się, czy i ona nie usłyszy jakichś oskarżeń, skoro jej dom nie został nadpalony. Tylko że jej linią obrony był wszechobecny smród.