20.10.2025, 21:50 ✶
Helloise nie urodziła się zimna. Zawsze była w niej tkliwość dla tego, co było jej bliskim. To nie ta wyuczona afektacja i zalotna wylewność, po które nauczyła się sięgać dopiero później w życiu, lecz emocje, których w tym ich zimnym domu nikt nie uczył okazywać. Były więc przytłumione, subtelniejsze niż głodne ręce zarzucone na szyję. Były ciche — to zahibernowane kokoniki uczuć, które pulsowały gdzieś w samym jej rdzeniu rytmem wyczuwalnym może i słabo, lecz z niegasnącą regularnością. Z tymi zwierzątkami nie uczyli się obchodzić w rodzinnych rezerwatach. A jednak niemal wszystkie one wyrosły w Helloise w czasach rezerwatu, i jedna z tych poczwarnych pokrak należała do Leviathana.
Bardzo to było ładne ze strony czarodzieja, że gotów był oddać swoje ręce Bogini, choć gdy splótł ich dłonie, Helloise przemknęło przez myśl, że dobrze, że mimo wszystko wciąż je miał i mógł to zrobić. Same jego słowa zaś wcale jej się nie spodobały. Rowle opowiadał bzdury, które tylko człowiek o płytkiej religijności mógł powtarzać. Czarownica miała dla niego mimo to wiele wyrozumiałości — przede wszystkim dlatego, że nie miała sił walczyć, oburzać się i gniewać za próby takiego obrócenia sytuacji.
— Dlaczego Bogini miałaby to naprawiać? — zapytała tonem pouczenia, uwalniając kark Leviathana spod swojej ręki; zsunęła ją swobodnie na jego ramię. — Zasługujecie na karę. Ty. Wszyscy, którzy świadomie dołożyli się do tego bądź zaniechali w tej sprawie. A wraz z wami będę karana i ja, i wszyscy tu, i jest to dokładnie to, na co zasługujemy. Możemy już tylko błagać — zawyrokowała ze spokojną stanowczością nieprzystającą do wywieszczonego wiecznego potępienia. — Gdyby było w tym coś z transcedencji, zapoczątkowałoby się samorzutnie. To nie dzieło ręki kierowanej przez bogów, a Czarnego Pana. Zastanów się, o czym mówisz.
Bardzo to było ładne ze strony czarodzieja, że gotów był oddać swoje ręce Bogini, choć gdy splótł ich dłonie, Helloise przemknęło przez myśl, że dobrze, że mimo wszystko wciąż je miał i mógł to zrobić. Same jego słowa zaś wcale jej się nie spodobały. Rowle opowiadał bzdury, które tylko człowiek o płytkiej religijności mógł powtarzać. Czarownica miała dla niego mimo to wiele wyrozumiałości — przede wszystkim dlatego, że nie miała sił walczyć, oburzać się i gniewać za próby takiego obrócenia sytuacji.
— Dlaczego Bogini miałaby to naprawiać? — zapytała tonem pouczenia, uwalniając kark Leviathana spod swojej ręki; zsunęła ją swobodnie na jego ramię. — Zasługujecie na karę. Ty. Wszyscy, którzy świadomie dołożyli się do tego bądź zaniechali w tej sprawie. A wraz z wami będę karana i ja, i wszyscy tu, i jest to dokładnie to, na co zasługujemy. Możemy już tylko błagać — zawyrokowała ze spokojną stanowczością nieprzystającą do wywieszczonego wiecznego potępienia. — Gdyby było w tym coś z transcedencji, zapoczątkowałoby się samorzutnie. To nie dzieło ręki kierowanej przez bogów, a Czarnego Pana. Zastanów się, o czym mówisz.
dotknij trawy