21.10.2025, 00:03 ✶
Astoria uniosła na niego spojrzenie, wciąż nie do końca łapiąc oddech, oczy miała zaczerwienione od dymu, a kaszel wstrząsał jej ciałem w krótkich, bolesnych seriach. Czuła, jak ramiona Renigalda oplatają ją z boku - nie za mocno, lecz wystarczająco, by poczuła stabilność, której tak bardzo brakowało jej od momentu, gdy wybiegła z galerii. Początkowo chciała zaprotestować, powiedzieć, że da sobie radę, ale gdy tylko spróbowała coś powiedzieć, z gardła wydobył się chrapliwy dźwięk i kolejny napad kaszlu. Pozwoliła więc, by jego obecność ją podtrzymała. Oddychała płytko, ostrożnie, próbując unormować rytm oddechu, choć każdy wdech przypominał wciąganie pyłu z rozżarzonego kominka.
Skinęła głową w cichym potwierdzeniu, że rozumie. Przez moment poczuła ulgę - nic mu się nie stało, nic poza dymem i chaosem go nie dotknęło. Vulcor wychylił się spod jej płaszcza, jakby również próbował zaczerpnąć świeższego powietrza. Astoria pogładziła go odruchowo po grzbiecie, drżącymi palcami, po czym znów oparła się lekko o Renigalda.
- Przykro mi - wychrypiała. Wiedziała, jak bardzo Renigald przywiązuje uwagę do rzeczy materialnych i do tego, co uważa za wartościowe. Tym bardziej doceniała jego troskę. - Krzesło? - nie rozumiała, co miał na myśli. Kaszel powoli ustępował, choć wciąż czuła drażniący smak sadzy w ustach i gardle, a płuca paliły jakby zbyt mocno wciągnęły dym. Czuła się odrobinę lepiej, mając przy sobie znajomą twarz. Paradoksalnie w tej sekundzie świat wydawał się choć trochę mniej groźny. Zsunęła dłonie z twarzy i przetarła nimi przekrwione oczy.
- Nie, zaczekaj - opadła na murek przy zaułku, czując, jak nogi odmawiają jej posłuszeństwa. Chwilę siedziała w milczeniu, pozwalając, by oddech powoli się wyrównał. Każdy wdech był ostrożny, głęboki na tyle, na ile płuca pozwalały. I w tym spokoju, choć chwilowym, zebrała myśli, by móc wreszcie rozmawiać i podejmować decyzje.
- Nie mogę się teleportować - była za słaba, to logiczne. Nie chciałaby się jeszcze do tego rozszczepić. Renigald mógłby jej w tej kwestii pomóc, jednak nie chciała iść do Munga. W tej chwili każdy krok w kierunku kliniki wydawał się stratą czasu, gdy z pewnością byli przeładowani pacjentami przez dużą liczbę urazów podczas trwających pożarów. Nie będzie bezczynnie siedziała w poczekalni, kiedy mogła wrócić do galerii, do ojca, który przejął kontrolę nad sytuacją i wciąż tam działał. Chciała mu pomóc, ale wiedziała też, że będzie tam najbezpieczniejsza. Miała tam też zapasowe eliksiry lecznicze, które mogły choć trochę postawić ją na nogi. Mimo że siła jej ciała była ograniczona, a serce biło nierówno, poczuła determinację: musiała się dostać z powrotem, zobaczyć, co dzieje się w galerii, i upewnić się, że ojciec ma wszystko pod kontrolą. Mung mógł poczekać.
- Teraz w Mungu będzie chaos. Muszę wrócić do galerii, do ojca. Pomożesz mi? - jej głos drżał, chwilami gasł, a każda pauza między słowami była jak cichy oddech, w którym łapała siłę na kolejny fragment zdania. Potrzebowała jeszcze chwili, żeby dojść do siebie. Krzyki i wybuchy na ulicy nasilały się i nie była pewna, czy sama zdoła się tam dostać, ale była na tyle zdeterminowana, by spróbować.
Skinęła głową w cichym potwierdzeniu, że rozumie. Przez moment poczuła ulgę - nic mu się nie stało, nic poza dymem i chaosem go nie dotknęło. Vulcor wychylił się spod jej płaszcza, jakby również próbował zaczerpnąć świeższego powietrza. Astoria pogładziła go odruchowo po grzbiecie, drżącymi palcami, po czym znów oparła się lekko o Renigalda.
- Przykro mi - wychrypiała. Wiedziała, jak bardzo Renigald przywiązuje uwagę do rzeczy materialnych i do tego, co uważa za wartościowe. Tym bardziej doceniała jego troskę. - Krzesło? - nie rozumiała, co miał na myśli. Kaszel powoli ustępował, choć wciąż czuła drażniący smak sadzy w ustach i gardle, a płuca paliły jakby zbyt mocno wciągnęły dym. Czuła się odrobinę lepiej, mając przy sobie znajomą twarz. Paradoksalnie w tej sekundzie świat wydawał się choć trochę mniej groźny. Zsunęła dłonie z twarzy i przetarła nimi przekrwione oczy.
- Nie, zaczekaj - opadła na murek przy zaułku, czując, jak nogi odmawiają jej posłuszeństwa. Chwilę siedziała w milczeniu, pozwalając, by oddech powoli się wyrównał. Każdy wdech był ostrożny, głęboki na tyle, na ile płuca pozwalały. I w tym spokoju, choć chwilowym, zebrała myśli, by móc wreszcie rozmawiać i podejmować decyzje.
- Nie mogę się teleportować - była za słaba, to logiczne. Nie chciałaby się jeszcze do tego rozszczepić. Renigald mógłby jej w tej kwestii pomóc, jednak nie chciała iść do Munga. W tej chwili każdy krok w kierunku kliniki wydawał się stratą czasu, gdy z pewnością byli przeładowani pacjentami przez dużą liczbę urazów podczas trwających pożarów. Nie będzie bezczynnie siedziała w poczekalni, kiedy mogła wrócić do galerii, do ojca, który przejął kontrolę nad sytuacją i wciąż tam działał. Chciała mu pomóc, ale wiedziała też, że będzie tam najbezpieczniejsza. Miała tam też zapasowe eliksiry lecznicze, które mogły choć trochę postawić ją na nogi. Mimo że siła jej ciała była ograniczona, a serce biło nierówno, poczuła determinację: musiała się dostać z powrotem, zobaczyć, co dzieje się w galerii, i upewnić się, że ojciec ma wszystko pod kontrolą. Mung mógł poczekać.
- Teraz w Mungu będzie chaos. Muszę wrócić do galerii, do ojca. Pomożesz mi? - jej głos drżał, chwilami gasł, a każda pauza między słowami była jak cichy oddech, w którym łapała siłę na kolejny fragment zdania. Potrzebowała jeszcze chwili, żeby dojść do siebie. Krzyki i wybuchy na ulicy nasilały się i nie była pewna, czy sama zdoła się tam dostać, ale była na tyle zdeterminowana, by spróbować.