21.10.2025, 00:37 ✶
Przystępna czy nieprzystępna, naprawdę nie miałby nic przeciwko skróceniu tej części ceremonii i oddelegowaniu się z Riną jak najdalej od centrum uwagi. Najlepiej do tych najbliższych z najbliższych, porzucając pociotki i bardzo odległe znajomości. Tak, paradoksalnie wcale nie czuł potrzeby, aby skupiać na sobie zainteresowanie wszystkich zebranych. Nawet na własnym weselu. Zwłaszcza na własnym weselu. Chciał cieszyć się tym dniem, po prostu bawiąc się z bliskimi.
Konieczność robienia wrażenia nie do końca była zgodna z jego naturalnymi preferencjami. Jasne, lubił błyszczeć. Gdy miał ku temu powód i chęci. A to, że przez wiele lat starał się podtrzymywać wrażenie wpasowywania się w elitarną atmosferę i czerpania z tego satysfakcji, wreszcie osiągając w tym pewien stopień naturalności? Cóż, wcale nie znaczyło, że nie doceniłby możliwości darowania sobie dzielenia tego dnia ze stanowczo zbyt dużą liczbą ludzi.
Tak, jasne, ograniczoną z uwagi na Mabon, pożary i tak dalej. A jednak wciąż trochę nazbyt dużą jak na to, że zdecydowanie lepiej mogliby bawić się w węższym, bardziej swobodnym gronie bliskich.
Uśmiechnął się, słysząc odpowiedź małżonki. Dokładnie taką, jakiej się spodziewał, nawet jeśli nie zdążył już nic odpowiedzieć.
Jeśli miałby być całkowicie szczery, nie za bardzo pamiętał jakąkolwiek wyszukaną okazję, przy której zostaliby do samego końca wydarzenia, nie wychodząc przy dogodnej możliwości i nie zmieniając lokalizacji na swobodniejszą.
No dobrze. Takie okazje pewno istniały. Należało do nich choćby wesele Corneliusa i Amandy, na którym Roise był świadkiem. Aczkolwiek zazwyczaj raczej nie byli tymi, którzy zasiedzali się dłużej niż chcieli. Nie, gdy w grę wchodziły wielkie i bardzo oficjalne okazje.
Ta jednak należała do nich. Była ich od samego początku aż do końca, który znając życie i snowdońskie zwyczaje miał być tak odległy jak to tylko było fizycznie możliwe. Mieli za sobą niemal całość formalnej części. Pozostało im jeszcze złożenie paru zamaszystych podpisów i dopełnienie prawnych obowiązków, jednakże później? Czekała ich jeszcze uczta i toasty, otwarcie tej bardziej rozrywkowej części wieczoru, stanowczo zbyt wiele posiłków w ramach przerywników na zebranie sił, jeszcze więcej toastów, oczepiny, poprawiny, popoprawiny, poprawiny popoprawin.
Na samą myśl naprawdę zaczynał rozważać to, co zdążył szepnąć Rinie na ucho zanim Sebastian potwierdził jego słowa i całkiem sprawnie ruszyli w kierunku namiotu. To, do czego ona także bez dwóch zdań byłaby gotowa się skłaniać.
Co prawda, oboje wiedzieli, że mogli o tym tylko pomarzyć, ale tego nikt nie mógł im zabronić, prawda?
No, przynajmniej mieli ten komfort, że po całej oficjalnej ceremonii mogli złapać chwilę oddechu w mniejszym, całkiem kameralnym gronie. Przy odrobinie szczęścia, będąc jeszcze w stanie przez chwilę porozmawiać po podpisaniu dokumentów. Kto wie, może nawet zapalić przed obiadem?
Tak, gdy tylko stanęli przy wejściu do namiotu, a Geraldine zgrabnie wysunęła mu się z ramion, oczywiście, że pomyślał o fajce. Nałóg to nałóg. Bądź co bądź, trochę ich to wszystko kosztowało. Nie to, żeby trochę się denerwował przed samym początkiem ceremonii. Wcale.
Z błyskiem w oczach przez chwilę obserwował poprawianie sukienki przez Geraldine, oczekując na dołączenie do nich świadków. Nie palił się do zaczynania bez nich.
- Oczywiście, że tak - odmruknął w ten wyjątkowo zdecydowany, pewny swego (a raczej ich) sposób.
Bo przecież jakże miałoby im się nie udać, czyż nie? No cóż. W niektórych okolicznościach wyjątkowo łatwo było mu zapomnieć o wszystkim, co w rzeczywistości mogłoby stanąć im na przeszkodzie. Nie, nie mógł powiedzieć, że miał krótką pamięć. Co to, to nie. Po prostu bardzo wybiórczą i raczej na bieżąco modyfikowaną w zależności od tego, jaką narrację chciał przyjąć.
A teraz był szczęśliwy. Kurewsko. Chociaż w przeciwieństwie do co poniektórych, to słowo aktualnie raczej nie padłoby spomiędzy warg mężczyzny. Nawet, jeśli na hasło zajebiście poszło drgnął mu kącik ust i nieznacznie błysnęły mu oczy.
Jego własny podobny komentarz pozostał jednak wyłącznie w myślach Ambroisa, które w tym momencie biegły całkiem lekkimi, przyjemnymi torami. Jasne, jak na jego gusta, mogliby darować sobie sporą część atrakcji, ale z drugiej strony?
Taki dzień zdarzał się tylko raz w życiu (innego by nie chciał, prawda? to mieli już okazję ustalić), więc skoro już wyjątkowo wiele bliskich im osób zaangażowało się w tę całą oprawę, powinni czerpać z niej to, co najlepsze. Wcześniej jednak...
...formalności.
Niby teoretycznie zapoznawał się z nimi już kiedyś jako świadek, ale w tej chwili liczył na to, że nie zajmą im one aż tak wiele czasu. Naprawdę chciał mieć je z głowy po to, aby móc w pełni skupić się na świętowaniu i chłonięciu tej samej atmosfery, którą tak mocno emanowała Millie. Tak, to było miłe. Cieszył się, że Geraldine wspierał ktoś, kto był tak entuzjastycznie nastawiony do całego wydarzenia, nawet jeśli z pewnością trochę wszystkich zaskoczyli.
I nawet jeśli Ambroise nie za bardzo widział potrzebę wchodzenia w słowa Moody, zamierzając pozwolić zarówno Geraldine, jak i Sebastianowi na przyjęcie zasłużonych pochwał, wciąż ponownie zadrżały mu kąciki ust. Szczególnie wtedy, gdy przeniósł wzrok na własnego świadka, posyłając mu porozumiewawcze spojrzenie. Nie, od Corneliusa nie oczekiwał takiej radości.
Konieczność robienia wrażenia nie do końca była zgodna z jego naturalnymi preferencjami. Jasne, lubił błyszczeć. Gdy miał ku temu powód i chęci. A to, że przez wiele lat starał się podtrzymywać wrażenie wpasowywania się w elitarną atmosferę i czerpania z tego satysfakcji, wreszcie osiągając w tym pewien stopień naturalności? Cóż, wcale nie znaczyło, że nie doceniłby możliwości darowania sobie dzielenia tego dnia ze stanowczo zbyt dużą liczbą ludzi.
Tak, jasne, ograniczoną z uwagi na Mabon, pożary i tak dalej. A jednak wciąż trochę nazbyt dużą jak na to, że zdecydowanie lepiej mogliby bawić się w węższym, bardziej swobodnym gronie bliskich.
Uśmiechnął się, słysząc odpowiedź małżonki. Dokładnie taką, jakiej się spodziewał, nawet jeśli nie zdążył już nic odpowiedzieć.
Jeśli miałby być całkowicie szczery, nie za bardzo pamiętał jakąkolwiek wyszukaną okazję, przy której zostaliby do samego końca wydarzenia, nie wychodząc przy dogodnej możliwości i nie zmieniając lokalizacji na swobodniejszą.
No dobrze. Takie okazje pewno istniały. Należało do nich choćby wesele Corneliusa i Amandy, na którym Roise był świadkiem. Aczkolwiek zazwyczaj raczej nie byli tymi, którzy zasiedzali się dłużej niż chcieli. Nie, gdy w grę wchodziły wielkie i bardzo oficjalne okazje.
Ta jednak należała do nich. Była ich od samego początku aż do końca, który znając życie i snowdońskie zwyczaje miał być tak odległy jak to tylko było fizycznie możliwe. Mieli za sobą niemal całość formalnej części. Pozostało im jeszcze złożenie paru zamaszystych podpisów i dopełnienie prawnych obowiązków, jednakże później? Czekała ich jeszcze uczta i toasty, otwarcie tej bardziej rozrywkowej części wieczoru, stanowczo zbyt wiele posiłków w ramach przerywników na zebranie sił, jeszcze więcej toastów, oczepiny, poprawiny, popoprawiny, poprawiny popoprawin.
Na samą myśl naprawdę zaczynał rozważać to, co zdążył szepnąć Rinie na ucho zanim Sebastian potwierdził jego słowa i całkiem sprawnie ruszyli w kierunku namiotu. To, do czego ona także bez dwóch zdań byłaby gotowa się skłaniać.
Co prawda, oboje wiedzieli, że mogli o tym tylko pomarzyć, ale tego nikt nie mógł im zabronić, prawda?
No, przynajmniej mieli ten komfort, że po całej oficjalnej ceremonii mogli złapać chwilę oddechu w mniejszym, całkiem kameralnym gronie. Przy odrobinie szczęścia, będąc jeszcze w stanie przez chwilę porozmawiać po podpisaniu dokumentów. Kto wie, może nawet zapalić przed obiadem?
Tak, gdy tylko stanęli przy wejściu do namiotu, a Geraldine zgrabnie wysunęła mu się z ramion, oczywiście, że pomyślał o fajce. Nałóg to nałóg. Bądź co bądź, trochę ich to wszystko kosztowało. Nie to, żeby trochę się denerwował przed samym początkiem ceremonii. Wcale.
Z błyskiem w oczach przez chwilę obserwował poprawianie sukienki przez Geraldine, oczekując na dołączenie do nich świadków. Nie palił się do zaczynania bez nich.
- Oczywiście, że tak - odmruknął w ten wyjątkowo zdecydowany, pewny swego (a raczej ich) sposób.
Bo przecież jakże miałoby im się nie udać, czyż nie? No cóż. W niektórych okolicznościach wyjątkowo łatwo było mu zapomnieć o wszystkim, co w rzeczywistości mogłoby stanąć im na przeszkodzie. Nie, nie mógł powiedzieć, że miał krótką pamięć. Co to, to nie. Po prostu bardzo wybiórczą i raczej na bieżąco modyfikowaną w zależności od tego, jaką narrację chciał przyjąć.
A teraz był szczęśliwy. Kurewsko. Chociaż w przeciwieństwie do co poniektórych, to słowo aktualnie raczej nie padłoby spomiędzy warg mężczyzny. Nawet, jeśli na hasło zajebiście poszło drgnął mu kącik ust i nieznacznie błysnęły mu oczy.
Jego własny podobny komentarz pozostał jednak wyłącznie w myślach Ambroisa, które w tym momencie biegły całkiem lekkimi, przyjemnymi torami. Jasne, jak na jego gusta, mogliby darować sobie sporą część atrakcji, ale z drugiej strony?
Taki dzień zdarzał się tylko raz w życiu (innego by nie chciał, prawda? to mieli już okazję ustalić), więc skoro już wyjątkowo wiele bliskich im osób zaangażowało się w tę całą oprawę, powinni czerpać z niej to, co najlepsze. Wcześniej jednak...
...formalności.
Niby teoretycznie zapoznawał się z nimi już kiedyś jako świadek, ale w tej chwili liczył na to, że nie zajmą im one aż tak wiele czasu. Naprawdę chciał mieć je z głowy po to, aby móc w pełni skupić się na świętowaniu i chłonięciu tej samej atmosfery, którą tak mocno emanowała Millie. Tak, to było miłe. Cieszył się, że Geraldine wspierał ktoś, kto był tak entuzjastycznie nastawiony do całego wydarzenia, nawet jeśli z pewnością trochę wszystkich zaskoczyli.
I nawet jeśli Ambroise nie za bardzo widział potrzebę wchodzenia w słowa Moody, zamierzając pozwolić zarówno Geraldine, jak i Sebastianowi na przyjęcie zasłużonych pochwał, wciąż ponownie zadrżały mu kąciki ust. Szczególnie wtedy, gdy przeniósł wzrok na własnego świadka, posyłając mu porozumiewawcze spojrzenie. Nie, od Corneliusa nie oczekiwał takiej radości.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down