21.10.2025, 00:40 ✶
Knieja nigdy nie była dziewiczo niewinna. Po ciemnym lesie od zawsze krążyły drapieżniki zostawiające za sobą krwawe żniwo, a niektóre zakątki i drzemiące w nich energie potrafiły okazać się śmiertelnie zdradliwe, także dla znających teren czarodziejów. Knieja pozostawała jednak przy tym w swojej naturalnej równowadze — tę zaś zaburzyło pojawienie się Widm.
Gdyby Helloise rzeczywiście była ulotną leśną nimfą uformowaną z mchów i leśnej mgły, jej życie byłoby zapewne prostsze. Powstać z niczego, nie ciągnąć za sobą żadnych korzeni, od swojego początku do samego końca pląsać lekkim tanecznym krokiem wśród gęstwiny — rzeczywiście ładnie to brzmiało. Zamiast tego za sekretem jej surowej dzikości stała importowana ze smoczych gór, brzydka historia o wygryzieniu się w ślepym amoku z życia jakże porządnego czystokrwistego rodu. Tak, to bardzo smutne, no ale w każdym razie:
— Wiem — zbyła go zniecierpliwiona, gdy Louvain odpowiedział na jej pytanie o Ministerstwo. I wiedziała w rzeczy samej, lecz czasem myślała wolniej, niż mówiła; szczególnie gdy czuła powoli wytracającą się trzeźwość.
Praca nie zaczęła się od razu.
Helloise spojrzała leniwie na dolane jej wino, po czym zanurzyła w nim palce. Wyjęła je, przyglądając się z zaciekawieniem temu, czy trunek będzie i tu lśnił na zielono. Nie lśnił. Oblizała palce i skrzywiła się z niezadowoleniem. Oprócz gorzkiego opium i cierpkiego wina był tam słony, obrzydliwie przeżarty strachem pot oraz ziemiste, drzewne wspomnienie wcześniejszej pracy. Przesunęła językiem po wargach, aby pozbyć się resztek smaku, i cmoknęła z niechęcią. Ręce były brudne.
Wstała, żeby je umyć, lecz zaraz opadła z powrotem na krzesło, przygnieciona nowym grymasem. Założyła nogę na nogę: między palcami skrzypiał piach; czerwona skarpeta była w strzępach, które na ostatnich nitkach trzymały się wciąż stopy poklejonej błotem i krwią. Czarownica z ciężkim westchnieniem zdjęła skarpetę i powyciągała paznokciami ze skaleczeń kilka zabłąkanych szkiełek, rzucając je niedbale pod stół. Wzięła w garść materiał spódnicy i wytarła nim stopy — i tak szata nadawała się tylko do wyprania.
Podniosła się ospale. Nie rwała się wcale do roboty. Wszystko ciągnęło się rozwlekłym tempem. Przy zlewie umyła ręce, ochlapała twarz. Pochyliła się nisko nad blatem, wspierając na łokciach, i z zamkniętymi oczami myślała o tym, co będzie trzeba przygotować i jak się do tego zabrać. Chatka opadła do ziemi, aby domkiem na kurzej nóżce nie targały przy precyzyjnej pracy wiatry. Helloise wyjęła kilka książek, a każdej z nich szukała o tych kilkanaście sekund za długo — tyle akurat, aby zdążyć się zirytować, ale nie za bardzo. Drugie tyle je przeglądała. Znalazła czarownica między tą opieszałością czas, aby poprawić fryzurę, choć nie z próżności, a dla wygody przy pracy, jako że z warkocza po całym dniu wypadło sporo luźnych kosmyków.
Dużo czasu spędziła przy obliczeniach czynionych na luźnych kartkach — matematyce opisującej stężenia, czasy, proporcje, temperatury. Pisała dużo, choć niechlujnie — tworzyła szczegółową instrukcję krok po kroku, jakby nie ufała do końca swojej głowie w tym, że w procesie samego przygotowywania czegoś nie pominie i potrzebowała do każdego kroku autorskiej ściągawki. Gdy wyciągała stare buteleczki z mętnego, podrapanego szkła obklejone dziesiątą warstwą zalanych etykiet, czasem z gwintami zaklejonymi dziwnymi substancjami — nawet wtedy działa asekuracyjnie. Najpierw odmierzała odpowiednie ilości odpowiednich odczynników do probówek, a potem ustawiała je na blacie w rządku w tej dokładnie kolejności, w jakiej miały być zużyte.
Minimalizowała potencjalne marginesy błędów. Można było nabrać podejrzeń, że czarownica zdaje sobie sprawę z tego, w jakim jest stanie. Można było nabrać podejrzeń, że nie pierwszy raz pracuje w ten sposób i jest to właściwie rutyna.
Nie robiła sobie nic z tego, że Louvain wystaje za jej plecami i patrzy na ręce. Nie była kimś, komu przeszkadzałoby patrzenie, a i nie miała w głowie przestrzeni na to, aby zajmować się tym, czy mu się podobają jej działania, czy nie. Zawsze w tej chacie coś patrzyło: maski, drewniane totemiki czy ptaszyska, ostatnimi czasy również Śmierciożercy. Nie można było nie oddać tej zasługi patrzenia również samej Bogini i jej wszechwidzącym oczom.
— Powiedzmy, że dziś to… próba — mruknęła Helloise, dzieląc zawartość fiolki z buchorożcem na pół. Jedną zabrała, drugą zwróciła Lestrange’owi.
Gdy zaczęła się prawdziwa praca, w czarownicę wstąpiło nieco więcej dyscypliny. Nie snuła się już, nie wzdychała męczeńsko co krok. Pilnowała, aby ogrzewana w kolbie nad palnikiem substancja trzymała odpowiednią temperaturę. Czujnie zakręcała kranik biurety z odczynnikami, gdy reakcja zaczynała zachodzić za szybko. Dostosowywała prędkość mieszania, zwracała uwagę na czasy, zapachy, kolory — wszystko, co mogło pójść nie tak. A przynajmniej starała się zwracać uwagę.
Buchorożec miał zostać oczyszczony, Helloise zamierzała wyizolować z niego to, co było potrzebne, aby stworzyć substancję wybuchową i aktywować ją, a następnie użyć w ładunku o dowolnym kształcie, który powinni jeszcze dopracować.
Pozostawało głośno modlić się do Matki w intencji tego, że Helloise na żadnym etapie nie popełniła błędów.
// Panie Boże, dodaj skrzydeł mojemu rzutowi na WOP4, żeby Śmierciożerca nie skręcił mi karku
— Nie trąć… przypadkiem… tego — wymamrotała alchemiczka, oddalając się po skończeniu od substancji pozostawionej wśród powstałego w procesie bałaganu. — Musi wystygnąć. Wtedy możemy — wzruszyła niemrawo ramionami — przetestować. Ustabilizować. — Coraz mniej składne były te zdania. Siadła przy stole z tępym wzrokiem wlepionym w ścianę, próbując wyzerować głowę po intensywnych kilkudziesięciu minutach pracy.
Gdyby Helloise rzeczywiście była ulotną leśną nimfą uformowaną z mchów i leśnej mgły, jej życie byłoby zapewne prostsze. Powstać z niczego, nie ciągnąć za sobą żadnych korzeni, od swojego początku do samego końca pląsać lekkim tanecznym krokiem wśród gęstwiny — rzeczywiście ładnie to brzmiało. Zamiast tego za sekretem jej surowej dzikości stała importowana ze smoczych gór, brzydka historia o wygryzieniu się w ślepym amoku z życia jakże porządnego czystokrwistego rodu. Tak, to bardzo smutne, no ale w każdym razie:
— Wiem — zbyła go zniecierpliwiona, gdy Louvain odpowiedział na jej pytanie o Ministerstwo. I wiedziała w rzeczy samej, lecz czasem myślała wolniej, niż mówiła; szczególnie gdy czuła powoli wytracającą się trzeźwość.
Praca nie zaczęła się od razu.
Helloise spojrzała leniwie na dolane jej wino, po czym zanurzyła w nim palce. Wyjęła je, przyglądając się z zaciekawieniem temu, czy trunek będzie i tu lśnił na zielono. Nie lśnił. Oblizała palce i skrzywiła się z niezadowoleniem. Oprócz gorzkiego opium i cierpkiego wina był tam słony, obrzydliwie przeżarty strachem pot oraz ziemiste, drzewne wspomnienie wcześniejszej pracy. Przesunęła językiem po wargach, aby pozbyć się resztek smaku, i cmoknęła z niechęcią. Ręce były brudne.
Wstała, żeby je umyć, lecz zaraz opadła z powrotem na krzesło, przygnieciona nowym grymasem. Założyła nogę na nogę: między palcami skrzypiał piach; czerwona skarpeta była w strzępach, które na ostatnich nitkach trzymały się wciąż stopy poklejonej błotem i krwią. Czarownica z ciężkim westchnieniem zdjęła skarpetę i powyciągała paznokciami ze skaleczeń kilka zabłąkanych szkiełek, rzucając je niedbale pod stół. Wzięła w garść materiał spódnicy i wytarła nim stopy — i tak szata nadawała się tylko do wyprania.
Podniosła się ospale. Nie rwała się wcale do roboty. Wszystko ciągnęło się rozwlekłym tempem. Przy zlewie umyła ręce, ochlapała twarz. Pochyliła się nisko nad blatem, wspierając na łokciach, i z zamkniętymi oczami myślała o tym, co będzie trzeba przygotować i jak się do tego zabrać. Chatka opadła do ziemi, aby domkiem na kurzej nóżce nie targały przy precyzyjnej pracy wiatry. Helloise wyjęła kilka książek, a każdej z nich szukała o tych kilkanaście sekund za długo — tyle akurat, aby zdążyć się zirytować, ale nie za bardzo. Drugie tyle je przeglądała. Znalazła czarownica między tą opieszałością czas, aby poprawić fryzurę, choć nie z próżności, a dla wygody przy pracy, jako że z warkocza po całym dniu wypadło sporo luźnych kosmyków.
Dużo czasu spędziła przy obliczeniach czynionych na luźnych kartkach — matematyce opisującej stężenia, czasy, proporcje, temperatury. Pisała dużo, choć niechlujnie — tworzyła szczegółową instrukcję krok po kroku, jakby nie ufała do końca swojej głowie w tym, że w procesie samego przygotowywania czegoś nie pominie i potrzebowała do każdego kroku autorskiej ściągawki. Gdy wyciągała stare buteleczki z mętnego, podrapanego szkła obklejone dziesiątą warstwą zalanych etykiet, czasem z gwintami zaklejonymi dziwnymi substancjami — nawet wtedy działa asekuracyjnie. Najpierw odmierzała odpowiednie ilości odpowiednich odczynników do probówek, a potem ustawiała je na blacie w rządku w tej dokładnie kolejności, w jakiej miały być zużyte.
Minimalizowała potencjalne marginesy błędów. Można było nabrać podejrzeń, że czarownica zdaje sobie sprawę z tego, w jakim jest stanie. Można było nabrać podejrzeń, że nie pierwszy raz pracuje w ten sposób i jest to właściwie rutyna.
Nie robiła sobie nic z tego, że Louvain wystaje za jej plecami i patrzy na ręce. Nie była kimś, komu przeszkadzałoby patrzenie, a i nie miała w głowie przestrzeni na to, aby zajmować się tym, czy mu się podobają jej działania, czy nie. Zawsze w tej chacie coś patrzyło: maski, drewniane totemiki czy ptaszyska, ostatnimi czasy również Śmierciożercy. Nie można było nie oddać tej zasługi patrzenia również samej Bogini i jej wszechwidzącym oczom.
— Powiedzmy, że dziś to… próba — mruknęła Helloise, dzieląc zawartość fiolki z buchorożcem na pół. Jedną zabrała, drugą zwróciła Lestrange’owi.
Gdy zaczęła się prawdziwa praca, w czarownicę wstąpiło nieco więcej dyscypliny. Nie snuła się już, nie wzdychała męczeńsko co krok. Pilnowała, aby ogrzewana w kolbie nad palnikiem substancja trzymała odpowiednią temperaturę. Czujnie zakręcała kranik biurety z odczynnikami, gdy reakcja zaczynała zachodzić za szybko. Dostosowywała prędkość mieszania, zwracała uwagę na czasy, zapachy, kolory — wszystko, co mogło pójść nie tak. A przynajmniej starała się zwracać uwagę.
Buchorożec miał zostać oczyszczony, Helloise zamierzała wyizolować z niego to, co było potrzebne, aby stworzyć substancję wybuchową i aktywować ją, a następnie użyć w ładunku o dowolnym kształcie, który powinni jeszcze dopracować.
Pozostawało głośno modlić się do Matki w intencji tego, że Helloise na żadnym etapie nie popełniła błędów.
// Panie Boże, dodaj skrzydeł mojemu rzutowi na WOP4, żeby Śmierciożerca nie skręcił mi karku
Rzut PO 1d100 - 81
Sukces!
Sukces!
— Nie trąć… przypadkiem… tego — wymamrotała alchemiczka, oddalając się po skończeniu od substancji pozostawionej wśród powstałego w procesie bałaganu. — Musi wystygnąć. Wtedy możemy — wzruszyła niemrawo ramionami — przetestować. Ustabilizować. — Coraz mniej składne były te zdania. Siadła przy stole z tępym wzrokiem wlepionym w ścianę, próbując wyzerować głowę po intensywnych kilkudziesięciu minutach pracy.
dotknij trawy