21.10.2025, 16:40 ✶
Mung miał swoje wady. Szpital również był dosyć zastałą i bardzo formalną instytucją. Nie brakowało im absurdów dnia codziennego, jak i tych większych, związanych choćby z ograniczeniami wynikającymi z lokalizacji budynku. Nie dało się ukryć, że podczas pożarów ukazały się niemalże wszystkie możliwe słabe strony miejsca, dla którego pracował Greengrass.
A jednak z dwojga złego, nigdy nie chciałby go zmienić na ten cholerny budynek rządowy. Poniekąd w dalszym ciągu nie dowierzał, ile znanych mu osób postanowiło to zrobić, nawet jeśli czekały tu na nich nieco wygodniejsze, bardziej niezależne posady. On sam zdecydowanie wolałby podjąć stałą prywatną praktykę na pełen etat, może nawet na półtora, byleby tylko nie trafić za życia pod ziemię.
- Zawsze zastanawiało mnie, jak wytrzymałaś tu chociażby tydzień - odmruknął, kątem oka zerkając w kierunku dziewczyny, zanim weszli do środka.
Kolejny raz w przeciągu kilku ostatnich dni, jakie spędzili w przerwie między papierologią kowenu a papierologią Ministerstwa, Ambroise naprawdę mocno zakwestionował ich miłościwie rządzących oraz przepływ informacji pomiędzy dwoma poważnymi instytucjami. W tak postępowym świecie, w jakim bycie chcieli wierzyć ludzie na wysokich ministerialnych szczeblach, to Sebastian Macmillan powinien mieć możliwość zebrania od nich wszystkich wymaganych dokumentów i dalszego przekazania ich we właściwe miejsca. W końcu to on udzielił im standardowego ślubu, ważnego z perspektywy społeczeństwa. Jakim cudem nie w świetle prawa, które wymagało od nich kolejnych i jeszcze kolejnych czynności?
No cóż. Ambroise chyba już dawno przestał dopatrywać się logiki w związku z jakimikolwiek decyzjami podejmowanymi w rządzie. Począwszy od sytuacji związanej z Knieją Godryka, poprzez wiele innych pomniejszych absurdów, aż do generowania strat czasu, pieniędzy i cierpliwości na coś, co wcale nie musiało być aż tak skomplikowane. Wystarczyło wyłącznie trochę odciążyć i tak ledwie działającą urzędniczą machinę.
Ale nie, prawda? W innym wypadku, gdzie podziałyby się te wszystkie przydatne osoby pokroju ich dzisiejszego towarzysza? Tego, który w dalszym ciągu przyglądał im się z miną kota srającego w lesie deszczowym. Miał nawet adekwatnie przylizane włosy i coś, co Greengrassowi wyglądało na kropelki potu przy górnej linii czoła. W dodatku, nie dało się nie wyczuć, że w dusznym pomieszczeniu bez realnych okien, cóż, panował naprawdę mocny zaduch. Śmierdziało. Tak, to mogła być mielonka, o której obecności jednak nie wiedział, więc zapach ten dosyć naturalnie skojarzył mu się z puszką.
Dla kogo?
Dla kota.
Kota srającego w lesie deszczowym.
Roise naprawdę nie chciał spędzać tu więcej czasu niż to było w zupełności konieczne. Nawet, jeśli trochę bawiły go te reakcje oraz ta początkowa wymiana zdań pomiędzy jego małżonką a zblazowanym koneserem żarcia dla zwierząt, raczej domyślał się, że prędzej niż później zacznie to być nawet bardziej niż irytujące.
Poza tym, mieli lepsze rzeczy do roboty niż spędzanie czasu na załatwianiu papierologii. Byli młodym małżeństwem, czyż nie? Mimo chwilowego braku możliwości wyjazdu na miesiąc miodowy, mieli trochę swobody, której nie powinni dzielić z urzędnikami.
Zachowując względnie jednorodny wyraz twarzy, sięgnął zatem do skórzanej torby, aby wyciągnąć stamtąd teczkę, którą otworzył z cichym kliknięciem zatrzasków. Moment później bez słowa przesunął wyciągniętą zawartość w kierunku Blacka, dopiero po tym fakcie zabierając głos.
- Powinno być wszystko - zakomunikował, obdarzając mężczyznę spojrzeniem.
Nie zamierzał wdawać się w zbędne dyskusje czy tłumaczenia. Nie czuł potrzeby mówić, że liczy na poprawność dostarczanych przez nich papierów. Ani tym bardziej, że z góry przeprasza za czytelność jego pisma. Tym razem nie bawił się w zbędną kaligrafię, po prostu wypełnił to, co jego. I do widzenia.
A jednak z dwojga złego, nigdy nie chciałby go zmienić na ten cholerny budynek rządowy. Poniekąd w dalszym ciągu nie dowierzał, ile znanych mu osób postanowiło to zrobić, nawet jeśli czekały tu na nich nieco wygodniejsze, bardziej niezależne posady. On sam zdecydowanie wolałby podjąć stałą prywatną praktykę na pełen etat, może nawet na półtora, byleby tylko nie trafić za życia pod ziemię.
- Zawsze zastanawiało mnie, jak wytrzymałaś tu chociażby tydzień - odmruknął, kątem oka zerkając w kierunku dziewczyny, zanim weszli do środka.
Kolejny raz w przeciągu kilku ostatnich dni, jakie spędzili w przerwie między papierologią kowenu a papierologią Ministerstwa, Ambroise naprawdę mocno zakwestionował ich miłościwie rządzących oraz przepływ informacji pomiędzy dwoma poważnymi instytucjami. W tak postępowym świecie, w jakim bycie chcieli wierzyć ludzie na wysokich ministerialnych szczeblach, to Sebastian Macmillan powinien mieć możliwość zebrania od nich wszystkich wymaganych dokumentów i dalszego przekazania ich we właściwe miejsca. W końcu to on udzielił im standardowego ślubu, ważnego z perspektywy społeczeństwa. Jakim cudem nie w świetle prawa, które wymagało od nich kolejnych i jeszcze kolejnych czynności?
No cóż. Ambroise chyba już dawno przestał dopatrywać się logiki w związku z jakimikolwiek decyzjami podejmowanymi w rządzie. Począwszy od sytuacji związanej z Knieją Godryka, poprzez wiele innych pomniejszych absurdów, aż do generowania strat czasu, pieniędzy i cierpliwości na coś, co wcale nie musiało być aż tak skomplikowane. Wystarczyło wyłącznie trochę odciążyć i tak ledwie działającą urzędniczą machinę.
Ale nie, prawda? W innym wypadku, gdzie podziałyby się te wszystkie przydatne osoby pokroju ich dzisiejszego towarzysza? Tego, który w dalszym ciągu przyglądał im się z miną kota srającego w lesie deszczowym. Miał nawet adekwatnie przylizane włosy i coś, co Greengrassowi wyglądało na kropelki potu przy górnej linii czoła. W dodatku, nie dało się nie wyczuć, że w dusznym pomieszczeniu bez realnych okien, cóż, panował naprawdę mocny zaduch. Śmierdziało. Tak, to mogła być mielonka, o której obecności jednak nie wiedział, więc zapach ten dosyć naturalnie skojarzył mu się z puszką.
Dla kogo?
Dla kota.
Kota srającego w lesie deszczowym.
Roise naprawdę nie chciał spędzać tu więcej czasu niż to było w zupełności konieczne. Nawet, jeśli trochę bawiły go te reakcje oraz ta początkowa wymiana zdań pomiędzy jego małżonką a zblazowanym koneserem żarcia dla zwierząt, raczej domyślał się, że prędzej niż później zacznie to być nawet bardziej niż irytujące.
Poza tym, mieli lepsze rzeczy do roboty niż spędzanie czasu na załatwianiu papierologii. Byli młodym małżeństwem, czyż nie? Mimo chwilowego braku możliwości wyjazdu na miesiąc miodowy, mieli trochę swobody, której nie powinni dzielić z urzędnikami.
Zachowując względnie jednorodny wyraz twarzy, sięgnął zatem do skórzanej torby, aby wyciągnąć stamtąd teczkę, którą otworzył z cichym kliknięciem zatrzasków. Moment później bez słowa przesunął wyciągniętą zawartość w kierunku Blacka, dopiero po tym fakcie zabierając głos.
- Powinno być wszystko - zakomunikował, obdarzając mężczyznę spojrzeniem.
Nie zamierzał wdawać się w zbędne dyskusje czy tłumaczenia. Nie czuł potrzeby mówić, że liczy na poprawność dostarczanych przez nich papierów. Ani tym bardziej, że z góry przeprasza za czytelność jego pisma. Tym razem nie bawił się w zbędną kaligrafię, po prostu wypełnił to, co jego. I do widzenia.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down