22.10.2025, 16:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.10.2025, 16:04 przez Lorraine Malfoy.)
Lorraine Malfoy drżała.
Drżała, bo sama myśl o Lorraine Lestrange napawała ją wstrętem. Nie z powodu Louvaina. Nigdy z powodu Louvaina. Nie, taką samą odrazę czuła wobec każdego mężczyzny, którego wyobrażała sobie u swojego boku. Urodziła się jako Lorraine Malfoy, chciała umrzeć jako Lorraine Malfoy. Dlaczego była tak przywiązana do swego nazwiska? Być może zbyt długo rodowe nazwisko było wszystkim, co posiadała na własność. I chociaż mężczyźni równie mocno chcieli posiadać, co być posiadanymi, Lorraine czuła panikę na samą myśl, że któryś z nich miałby kiedyś odebrać jej wolność. Bo małżeństwo zawsze jawiło się dla niej jako coś na kształt więzienia, klatki. Klatki, która wydawała jej się przerażającą, choć nie dlatego, że to nie ona dzierżyła klucz do małżeńskiej celi. To sam akt zamknięcia prowadzących do celi drzwi był dla niej odrażającym. Wiele znała tradycji, religijnych obrzędów różniących w poszczególnych rytach wiary, jaką wyznawali czarodzieje. A jednak w każdym z nich dokonywał się ten straszliwy akt niewoli. Małżeństwo. Skazańcom przypisywano numery, ale nie odbierano im imion, ani nazwisk... A kobietom?
Matka wtłoczyła jej do głowy to, co wtłaczano wszystkim klasycznie wychowanym, konserwatywnym pannom. Zwyczaje arystokracji, których zachowanie warunkowało nie tylko przynależność do klasy, ale i gwarantowało ciągłość jej istnienia. Lorraine znała wszystkie te zwyczaje. Znała wszystkie przywileje, jakie należały jej się z racji urodzenia, znała też i obowiązki. Nigdy się przed nimi nie buntowała... Umiała bowiem zachowywać pozory. Ale w gruncie rzeczy, w głowie Lorraine, te zasady dotyczyły wszystkich, tylko nie jej.
Nie Lorraine Malfoy.
Bo przecież wielkim cyklonom nadawano imiona kobiet. Co jednak z nazwiskami?
Louvain nie był nawet świadom tego, jak szalenie z nią igrał, niemal jak wiatr, świszczący w uszach. Tak samo jak wiatr czerwienił jej policzki, pieścił rozwiane włosy. Jeżeli ją kochał ją, kochał ją tak, jak wiatr kocha burzę. Pragnąc ją rozwiać, a jednocześnie podsycić jej gniew.
Gdyby Lorraine mogłaby nad tym dłużej pomyśleć, byłaby zachwycona tym porównaniem.
A może byłaby nim zasmucona.
Bo przecież nie było w niej nic z burzy.
A może i było...?
Być może Louvain zobaczył w Lorraine coś, czego sama nie widziała, a może widzieć nie chciała: nie sądziła jednak, że siła, jaka w niej tkwiła, miała potencjał wyłącznie destruktywny. Nie tego chciała dla siebie. Nie tego chciała też dla Louvaina, nieważne, jak niepomny byłby na jej przestrogi. W przestrzeni swego umysłu bardziej przypominała bowiem poranną mgłę. Utkane z mgły widziadło o ramionach pokrytych szronem. Nawet wtedy, gdy wspierała się na Louvainie, była wobec niego delikatną. Kropelki kondensacji osadzały się na jego rzęsach i powiekach, aby w końcu zakrzepnąć w szadź, która zimą opiekuńczo pokrywała drzewa i krzewy, przydając im galanterii. Dokładnie tak, jak robiła to kobieta wsparta o męskie ramię.
– Chcesz mojej przychylności – odpowiedziała cicho, tak cicho, że Louvain musiał zbliżyć twarz do jej twarzy, aby w ogóle usłyszeć, co mówi Lorraine. – Zapominasz jednak, że nie jestem kimś, kogo możesz wyrwać światu przemocą, Louvainie Lestrange. Choć pięknyś, gdy mówisz o przemocy, jaką gotów byłbyś popełnić w moje imię. – Bo prawdziwe piękno zawsze jest przerażające, pomyślała, uśmiechając się lekko. A jednak tym razem nie uciekła przed nim wzrokiem. Nie przymknęła oczu. Mówiła powoli, sprawiając wrażenie, jak gdyby doskonale wiedziała, nie tylko, co chce powiedzieć, ale i co powinna powiedzieć. Przestała już drżeć, jedynie palce, w których wciąż obracała rodowy pierścionek, zdradzały, jak bardzo przeżywa wszystko, co zadziało się właśnie między nimi. Jak bardzo przerażał ją dotyk, na jaki pozwolili sobie z Louvainem. Przerażało ją to, że był blisko, dziki i gwałtowny, i zdolny do wszystkiego. A już najbardziej przerażała ją jej własna gwałtowność, ta, którą w niej widział, jak gdyby przejrzał jej życie na wskroś. – Ale kobieta zamiast przemocy potrzebuje opieki. A zanim przejdzie pod opiekę męża, znajduje się pod opieką ojca, jak każe obowiązek i obyczaj. Gdybym mogła swobodnie rozporządzać swoją ręką i swym sercem, przyjęłabym cię. – Z jej głosu biło zdecydowanie, a twarz nabrała hardego wyrazu. – Wprzódy należę jednak do mojego pana ojca. Nie wystąpię przeciwko jego życzeniom. Nie sprzeciwię się woli rodzica. Jeśli się zgodzi, będę twoją. Nie wcześniej. – A gdy wypowiedziała wszystkie słowa, które wypowiedzieć należało, jej twarz na powrót złagodniała. – Masz już moją przychylność, Lou. Ale możesz mieć też pewność, że twojej woli także się nie sprzeciwię, jeśli pozwolą mi nazywać cię moim. Myślę, że... Myślę, że to ważne.
Bo jeżeli była posłuszną wobec ojca, znaczyło, że będzie posłuszną wobec męża, czyż nie? Czy nie tego chciał Louvain? Wiecznego zdobywania na własność czegoś, czego nie dało się nigdy posiąść w pełni? Władzy, której w jej mniemaniu, mógł mieć nad kobietą tylko mąż, poślubiony jej przed obliczem bogów i ludzi? A ojciec... Już słyszała jego śmiech. "Naprawdę, dziecko?", spytałby Armand Malfoy. Spojrzałby na nią z rozbawieniem. A potem, zamiast konnego wyścigu, drogą wyjątku obstawiłby u bukmachera mecz quidditcha. Jak gdyby chciał zobaczyć, jakie to uczucie, stawiać na sprawę z góry przegraną. Czy jego córka również czerpała z tego przyjemność, czy zwyczajnie robiła mu na przekór? Nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć, że Lorraine obstawiła wraz z nim. Wybór poety, który zawsze stawiał na przegranego konia, na przegraną drużynę. Jaki wybór podjęła, całując Louvaina? Znała dobrze gorycz porażki, ale jego pocałunki były przecież słodkimi. Wiedziała, że ojciec zapewne nie uzna jej wyboru za nic ponad przelotny kaprys. "Naprawdę chcesz tak żyć?", zapyta pogardliwie. Zawsze był taki pogardliwy. A przecież mogłaby swoim zamążpójściem ocalić ich wszystkich, także i jego. A matka? Co powie matka?
Trudno było jej jednak skupić się na tych wszystkich rzeczach, kiedy Louvain trzymał ją w ramionach.
Mogłabym z nim żyć, powtarzała sobie, nagle znów wodząc zimnymi palcami po pięknej twarzy Louvaina, dotykiem przypominającym lekką mżawkę, nie gwałtowną burzę.
Mogłaby z nim żyć.
Z pewnością zadbałaby jednak o to, aby nie zostać pochowaną obok niego.
W tym wszystkim liczyło się tylko to, że pochowają ją jako Lorraine Malfoy. W rodzinnym grobie, pod tym samym nazwiskiem, pod którym przyszła na świat. To było jej życie, to była jej tożsamość. Ale jeżeli Louvain się nie zgodzi, nie będzie przecież protestować. Nie sprzeciwi mu się. Gdy poczuje, że zbliża się jej koniec, po prostu od niego ucieknie. Zawsze była dobra w uciekaniu. Plan ucieczki przygotowała w tym samym momencie, w którym się w niego wtuliła. Może zniknie pośród drzew porastających Knieję, umierając tak, jak umierają wile. Tak, jak umarła jej matka. A może zejdzie na Ścieżki. Może wybierze świat, w którym znalazł sobie upodobanie jej ojciec. Wybór Lorraine był w gruncie rzeczy wyborem bardzo prostym. Mogła żyć na cudzych warunkach, dopóki wiedziała, że przyjdzie jej umrzeć na swoich własnych.
Być może był to jedyny wybór, na jaki zawsze było ją stać.
– Zabierz mnie do zamku – wyszeptała. Chociaż cofnęła dłoń gładzącą chłodny policzek Louvaina, spod lekko spuszczonych powiek wciąż sunęła spojrzeniem po jego twarzy. Raz na północ, raz na południe. Raz na zachód, raz na wschód. Kreśliła różę wiatrów od jego oczu, aż po usta. Podobno należący do rodziny Lestrange ogród Maida Vale porastały piękne róże. Lorraine miała przed sobą najpiękniejszy z kwiatów, jaki przyszło mu wydać na świat. Nie dbała o to, że zrywając go, może pokaleczyć palce. Była na to przygotowana. Wcześniej okazała Louvainowi swoją przychylność, jak rosa skraplająca się pocałunkiem na płatkach kwiatowego kielicha. O reszcie panicz Lestrange musiał jednak zdecydować sam. Lorraine jasno dała mu do zrozumienia, że dopiero wtedy będzie mógł nazwać ją swoją. – Przemyśl, proszę, co ci powiedziałam. I... – westchnęła cicho. – Przyleć za tydzień. Przylecisz do mnie, prawda, Lou? Przyleć. – Prosiła. Rozkazywała. A może robiła i jedno, i drugie, bo granica między tymi pojęciami już dawno uległa w jej głowie zatarciu. Posmutniała jakby na wspomnienie konieczności rozstania.
Drżała, bo sama myśl o Lorraine Lestrange napawała ją wstrętem. Nie z powodu Louvaina. Nigdy z powodu Louvaina. Nie, taką samą odrazę czuła wobec każdego mężczyzny, którego wyobrażała sobie u swojego boku. Urodziła się jako Lorraine Malfoy, chciała umrzeć jako Lorraine Malfoy. Dlaczego była tak przywiązana do swego nazwiska? Być może zbyt długo rodowe nazwisko było wszystkim, co posiadała na własność. I chociaż mężczyźni równie mocno chcieli posiadać, co być posiadanymi, Lorraine czuła panikę na samą myśl, że któryś z nich miałby kiedyś odebrać jej wolność. Bo małżeństwo zawsze jawiło się dla niej jako coś na kształt więzienia, klatki. Klatki, która wydawała jej się przerażającą, choć nie dlatego, że to nie ona dzierżyła klucz do małżeńskiej celi. To sam akt zamknięcia prowadzących do celi drzwi był dla niej odrażającym. Wiele znała tradycji, religijnych obrzędów różniących w poszczególnych rytach wiary, jaką wyznawali czarodzieje. A jednak w każdym z nich dokonywał się ten straszliwy akt niewoli. Małżeństwo. Skazańcom przypisywano numery, ale nie odbierano im imion, ani nazwisk... A kobietom?
Matka wtłoczyła jej do głowy to, co wtłaczano wszystkim klasycznie wychowanym, konserwatywnym pannom. Zwyczaje arystokracji, których zachowanie warunkowało nie tylko przynależność do klasy, ale i gwarantowało ciągłość jej istnienia. Lorraine znała wszystkie te zwyczaje. Znała wszystkie przywileje, jakie należały jej się z racji urodzenia, znała też i obowiązki. Nigdy się przed nimi nie buntowała... Umiała bowiem zachowywać pozory. Ale w gruncie rzeczy, w głowie Lorraine, te zasady dotyczyły wszystkich, tylko nie jej.
Nie Lorraine Malfoy.
Bo przecież wielkim cyklonom nadawano imiona kobiet. Co jednak z nazwiskami?
Louvain nie był nawet świadom tego, jak szalenie z nią igrał, niemal jak wiatr, świszczący w uszach. Tak samo jak wiatr czerwienił jej policzki, pieścił rozwiane włosy. Jeżeli ją kochał ją, kochał ją tak, jak wiatr kocha burzę. Pragnąc ją rozwiać, a jednocześnie podsycić jej gniew.
Gdyby Lorraine mogłaby nad tym dłużej pomyśleć, byłaby zachwycona tym porównaniem.
A może byłaby nim zasmucona.
Bo przecież nie było w niej nic z burzy.
A może i było...?
Być może Louvain zobaczył w Lorraine coś, czego sama nie widziała, a może widzieć nie chciała: nie sądziła jednak, że siła, jaka w niej tkwiła, miała potencjał wyłącznie destruktywny. Nie tego chciała dla siebie. Nie tego chciała też dla Louvaina, nieważne, jak niepomny byłby na jej przestrogi. W przestrzeni swego umysłu bardziej przypominała bowiem poranną mgłę. Utkane z mgły widziadło o ramionach pokrytych szronem. Nawet wtedy, gdy wspierała się na Louvainie, była wobec niego delikatną. Kropelki kondensacji osadzały się na jego rzęsach i powiekach, aby w końcu zakrzepnąć w szadź, która zimą opiekuńczo pokrywała drzewa i krzewy, przydając im galanterii. Dokładnie tak, jak robiła to kobieta wsparta o męskie ramię.
– Chcesz mojej przychylności – odpowiedziała cicho, tak cicho, że Louvain musiał zbliżyć twarz do jej twarzy, aby w ogóle usłyszeć, co mówi Lorraine. – Zapominasz jednak, że nie jestem kimś, kogo możesz wyrwać światu przemocą, Louvainie Lestrange. Choć pięknyś, gdy mówisz o przemocy, jaką gotów byłbyś popełnić w moje imię. – Bo prawdziwe piękno zawsze jest przerażające, pomyślała, uśmiechając się lekko. A jednak tym razem nie uciekła przed nim wzrokiem. Nie przymknęła oczu. Mówiła powoli, sprawiając wrażenie, jak gdyby doskonale wiedziała, nie tylko, co chce powiedzieć, ale i co powinna powiedzieć. Przestała już drżeć, jedynie palce, w których wciąż obracała rodowy pierścionek, zdradzały, jak bardzo przeżywa wszystko, co zadziało się właśnie między nimi. Jak bardzo przerażał ją dotyk, na jaki pozwolili sobie z Louvainem. Przerażało ją to, że był blisko, dziki i gwałtowny, i zdolny do wszystkiego. A już najbardziej przerażała ją jej własna gwałtowność, ta, którą w niej widział, jak gdyby przejrzał jej życie na wskroś. – Ale kobieta zamiast przemocy potrzebuje opieki. A zanim przejdzie pod opiekę męża, znajduje się pod opieką ojca, jak każe obowiązek i obyczaj. Gdybym mogła swobodnie rozporządzać swoją ręką i swym sercem, przyjęłabym cię. – Z jej głosu biło zdecydowanie, a twarz nabrała hardego wyrazu. – Wprzódy należę jednak do mojego pana ojca. Nie wystąpię przeciwko jego życzeniom. Nie sprzeciwię się woli rodzica. Jeśli się zgodzi, będę twoją. Nie wcześniej. – A gdy wypowiedziała wszystkie słowa, które wypowiedzieć należało, jej twarz na powrót złagodniała. – Masz już moją przychylność, Lou. Ale możesz mieć też pewność, że twojej woli także się nie sprzeciwię, jeśli pozwolą mi nazywać cię moim. Myślę, że... Myślę, że to ważne.
Bo jeżeli była posłuszną wobec ojca, znaczyło, że będzie posłuszną wobec męża, czyż nie? Czy nie tego chciał Louvain? Wiecznego zdobywania na własność czegoś, czego nie dało się nigdy posiąść w pełni? Władzy, której w jej mniemaniu, mógł mieć nad kobietą tylko mąż, poślubiony jej przed obliczem bogów i ludzi? A ojciec... Już słyszała jego śmiech. "Naprawdę, dziecko?", spytałby Armand Malfoy. Spojrzałby na nią z rozbawieniem. A potem, zamiast konnego wyścigu, drogą wyjątku obstawiłby u bukmachera mecz quidditcha. Jak gdyby chciał zobaczyć, jakie to uczucie, stawiać na sprawę z góry przegraną. Czy jego córka również czerpała z tego przyjemność, czy zwyczajnie robiła mu na przekór? Nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć, że Lorraine obstawiła wraz z nim. Wybór poety, który zawsze stawiał na przegranego konia, na przegraną drużynę. Jaki wybór podjęła, całując Louvaina? Znała dobrze gorycz porażki, ale jego pocałunki były przecież słodkimi. Wiedziała, że ojciec zapewne nie uzna jej wyboru za nic ponad przelotny kaprys. "Naprawdę chcesz tak żyć?", zapyta pogardliwie. Zawsze był taki pogardliwy. A przecież mogłaby swoim zamążpójściem ocalić ich wszystkich, także i jego. A matka? Co powie matka?
Trudno było jej jednak skupić się na tych wszystkich rzeczach, kiedy Louvain trzymał ją w ramionach.
Mogłabym z nim żyć, powtarzała sobie, nagle znów wodząc zimnymi palcami po pięknej twarzy Louvaina, dotykiem przypominającym lekką mżawkę, nie gwałtowną burzę.
Mogłaby z nim żyć.
Z pewnością zadbałaby jednak o to, aby nie zostać pochowaną obok niego.
W tym wszystkim liczyło się tylko to, że pochowają ją jako Lorraine Malfoy. W rodzinnym grobie, pod tym samym nazwiskiem, pod którym przyszła na świat. To było jej życie, to była jej tożsamość. Ale jeżeli Louvain się nie zgodzi, nie będzie przecież protestować. Nie sprzeciwi mu się. Gdy poczuje, że zbliża się jej koniec, po prostu od niego ucieknie. Zawsze była dobra w uciekaniu. Plan ucieczki przygotowała w tym samym momencie, w którym się w niego wtuliła. Może zniknie pośród drzew porastających Knieję, umierając tak, jak umierają wile. Tak, jak umarła jej matka. A może zejdzie na Ścieżki. Może wybierze świat, w którym znalazł sobie upodobanie jej ojciec. Wybór Lorraine był w gruncie rzeczy wyborem bardzo prostym. Mogła żyć na cudzych warunkach, dopóki wiedziała, że przyjdzie jej umrzeć na swoich własnych.
Być może był to jedyny wybór, na jaki zawsze było ją stać.
– Zabierz mnie do zamku – wyszeptała. Chociaż cofnęła dłoń gładzącą chłodny policzek Louvaina, spod lekko spuszczonych powiek wciąż sunęła spojrzeniem po jego twarzy. Raz na północ, raz na południe. Raz na zachód, raz na wschód. Kreśliła różę wiatrów od jego oczu, aż po usta. Podobno należący do rodziny Lestrange ogród Maida Vale porastały piękne róże. Lorraine miała przed sobą najpiękniejszy z kwiatów, jaki przyszło mu wydać na świat. Nie dbała o to, że zrywając go, może pokaleczyć palce. Była na to przygotowana. Wcześniej okazała Louvainowi swoją przychylność, jak rosa skraplająca się pocałunkiem na płatkach kwiatowego kielicha. O reszcie panicz Lestrange musiał jednak zdecydować sam. Lorraine jasno dała mu do zrozumienia, że dopiero wtedy będzie mógł nazwać ją swoją. – Przemyśl, proszę, co ci powiedziałam. I... – westchnęła cicho. – Przyleć za tydzień. Przylecisz do mnie, prawda, Lou? Przyleć. – Prosiła. Rozkazywała. A może robiła i jedno, i drugie, bo granica między tymi pojęciami już dawno uległa w jej głowie zatarciu. Posmutniała jakby na wspomnienie konieczności rozstania.