22.10.2025, 17:04 ✶
Przez ułamek sekundy miała wrażenie, że wszystko zwolniło: słychać było tylko ciężki, nierówny oddech jej własny i szczeknięcie Vulcora. Jednak ulga była przezroczysta i krótka - wyczerpanie biło ją w kolana, ból rozciętego ramienia palił, a płuca protestowały przy każdym wdechu. Oparła się o mur, kolana drżały, a w ustach miała gorzki posmak sadzy i krwi. Przeciwnik leżał nieruchomo, iskry jeszcze tliły się w jego ubraniu.
Astoria uniosła głowę dopiero po chwili. Przez zamglone spojrzenie dostrzegła Rodolphusa, który mierzył się z mordercą Penelope. Jego ruchy były precyzyjne, bez wahania, jakby walka była dla niego naturalnym językiem. Chciała unieść różdżkę, pomóc, choćby w minimalny sposób, lecz jej ramię odmówiło posłuszeństwa. Ciało bolało, krew spływała po skórze i zamiast działania pozostał jej tylko bezruch. Wpatrywała się w bezładne ciało Penelope, leżące kilka kroków dalej - sztywne, nieruchome, z włosami przyklejonymi do policzka, wśród których połyskiwały krople krwi. Nie potrafiła oderwać wzroku od tej pustki, od gwałtownego końca, który przyszedł tak absurdalnie szybko.
Spośród całej grupy napastników pozostał już tylko jeden. Patrzyła na niego, czując nienawiść, rosnącą powoli, niczym ogień tlący się pod popiołem, który w końcu znalazł tlen. Czuła, jak drży jej ciało, lecz ruch nie nadchodził. Palce zaciśnięte na różdżce zesztywniały, a oddech był płytki i urywany. Wspomnienie brata nadeszło mimowolnie. Pamiętała dzień, w którym dowiedziała się o jego śmierci - ból, który wywołał napad choroby, o której nie miała wcześniej pojęcia. Teraz znów walczyła o oddech, patrzac na martwe ciało Penelope. Poczuła, jak wszystko wraca - gniew, żal, bezsilność. Każdy krzyk, każdy płomień, każde zniszczone życie stawało się cegłą w murze, który wznosiła w sobie od dawna.
Przeniosła wzrok na Rodolphusa i zakwitła w niech nadzieja tak ostra i zimna, że aż zabolała - miała nadzieję, że w jego oczach nie znajdzie cienia współczucia. Chciała, by spojrzał na tego człowieka jak na zagrożenie, które trzeba przesunąć poza granice życia; chciała, by zrobił to bez wahania, bez litości, by zakończył ten marny żywot, zanim jeszcze zdąży wyrządzić komuś kolejną krzywdę. Myśl ta była brutalna i prosta; poczuła, że w tej jednej sekundzie wszystkie dawne resztki wrażliwości ustąpiły miejsca uporządkowanej, lodowatej wolcie.
Ale chyba nie będzie jej dane tego doświadczyć. Zrobiło jej się nagle ciemno przed oczami - świat wirował, kontury rozmywały się w pulsujących smugach, a puls w skroniach bił tak głośno, że zagłuszał własne myśli. Kolana odmówiły posłuszeństwa; ugięły się jak cienkie gałęzie pod ciężarem, i opadła na chodnik, wpadając w półsiedzącą pozycję przy zimnym murku. Każdy oddech ranił ją jak drobne sztylety. Znów przycisnęła do nosa i ust chustkę, by choć odrobinę filtrować powietrze z sadzy i popiołu.
Czuła, że jeśli się teraz nie uspokoi, straci przytomność; więc oddychała dalej, powoli, centymetr po centymetrze odzyskując fragmenty tchu i świadomości.
Astoria uniosła głowę dopiero po chwili. Przez zamglone spojrzenie dostrzegła Rodolphusa, który mierzył się z mordercą Penelope. Jego ruchy były precyzyjne, bez wahania, jakby walka była dla niego naturalnym językiem. Chciała unieść różdżkę, pomóc, choćby w minimalny sposób, lecz jej ramię odmówiło posłuszeństwa. Ciało bolało, krew spływała po skórze i zamiast działania pozostał jej tylko bezruch. Wpatrywała się w bezładne ciało Penelope, leżące kilka kroków dalej - sztywne, nieruchome, z włosami przyklejonymi do policzka, wśród których połyskiwały krople krwi. Nie potrafiła oderwać wzroku od tej pustki, od gwałtownego końca, który przyszedł tak absurdalnie szybko.
Spośród całej grupy napastników pozostał już tylko jeden. Patrzyła na niego, czując nienawiść, rosnącą powoli, niczym ogień tlący się pod popiołem, który w końcu znalazł tlen. Czuła, jak drży jej ciało, lecz ruch nie nadchodził. Palce zaciśnięte na różdżce zesztywniały, a oddech był płytki i urywany. Wspomnienie brata nadeszło mimowolnie. Pamiętała dzień, w którym dowiedziała się o jego śmierci - ból, który wywołał napad choroby, o której nie miała wcześniej pojęcia. Teraz znów walczyła o oddech, patrzac na martwe ciało Penelope. Poczuła, jak wszystko wraca - gniew, żal, bezsilność. Każdy krzyk, każdy płomień, każde zniszczone życie stawało się cegłą w murze, który wznosiła w sobie od dawna.
Przeniosła wzrok na Rodolphusa i zakwitła w niech nadzieja tak ostra i zimna, że aż zabolała - miała nadzieję, że w jego oczach nie znajdzie cienia współczucia. Chciała, by spojrzał na tego człowieka jak na zagrożenie, które trzeba przesunąć poza granice życia; chciała, by zrobił to bez wahania, bez litości, by zakończył ten marny żywot, zanim jeszcze zdąży wyrządzić komuś kolejną krzywdę. Myśl ta była brutalna i prosta; poczuła, że w tej jednej sekundzie wszystkie dawne resztki wrażliwości ustąpiły miejsca uporządkowanej, lodowatej wolcie.
Ale chyba nie będzie jej dane tego doświadczyć. Zrobiło jej się nagle ciemno przed oczami - świat wirował, kontury rozmywały się w pulsujących smugach, a puls w skroniach bił tak głośno, że zagłuszał własne myśli. Kolana odmówiły posłuszeństwa; ugięły się jak cienkie gałęzie pod ciężarem, i opadła na chodnik, wpadając w półsiedzącą pozycję przy zimnym murku. Każdy oddech ranił ją jak drobne sztylety. Znów przycisnęła do nosa i ust chustkę, by choć odrobinę filtrować powietrze z sadzy i popiołu.
Czuła, że jeśli się teraz nie uspokoi, straci przytomność; więc oddychała dalej, powoli, centymetr po centymetrze odzyskując fragmenty tchu i świadomości.