22.10.2025, 23:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.10.2025, 23:19 przez Sebastian Macmillan.)
— Hmm, istotnie ''dowaliłem'' — zgodził się ze słowami Millie i Geraldine, nie orientując się od razu, że ta druga wcale nie mówiła do niego, a swojego świeżo upieczonego męża. — Zgodzę się z tym, że warunki były dość fortunne. Goście zachowali spokój. Nikt nie wyraził sprzeciwu wobec waszej unii. — Dzięki bogom. — Wasza czwórka spisała się wprost wyśmienicie. Nawet pogoda dopisała - bez wątpienia wynik wpływów Matki. Wczorajszej nocy bardzo żarliwie modliłem się o to, aby ten dzień przebiegł pomyślnie. — Uśmiechnął się szerzej. — Można powiedzieć, że złożyłem zamówienie w waszym imieniu. Oby ten dzień pozostał w waszej pamięci po wsze czasy.
Sebastian zaczął rozglądać się za swoimi rzeczami. Gdzie on je posiał... Przygotowanie ołtarza chwilę trwało, bo przecież nie mógłby zostawić wszystkiego na ostatnią chwilę, ale był pewien, że zostawił tobołek z papierami gdzieś tutaj i... Oczy mu się zaświeciły, gdy znalazł wzrokiem swoją własność.
— Ekhm… A teraz, skoro domknęliśmy już większość spraw natury boskiej, to teraz pozostały nam sprawy natury ludzkiej. Konkretnie kowenu. — Sięgnął po swoją torbę, która całą uroczystość przeleżała właśnie w tym namiocie. Grzebał w niej przez dłuższą chwilę, po czym wyciągnął zbiór kilku folderów oraz spiętych ze sobą dokumentów. Wprawne oczy mogły tam też zauważyć kilka ręcznie przygotowanych notatek przyozdobionych kowenowymi pieczęciami. — Zacznijmy od zaległych dokumentów... Protokół przedślubny.
Ten dokument wymagał już jedynie podpisów Geraldine i Ambroise'a, bo Macmillan podpisał się już na wszystkim zawczasu. Państwo młodzi mogli zauważyć, że widnieje na nim ta sama data, jaką Sebastian wyznaczył na ich spotkanie w siedzibie kowenu, po tym jak wymienili listy dotyczące uroczystości. Z uwagi na dość szybką organizację ceremonii niemożliwe było wcześniejsze ich przygotowanie (procedury!); Sebastian wzdrygał się na samą myśl, że akurat w kwestii dokumentów byli w tyle, ale cóż... Takie życie. Na karcie wypisane były szczegółowe dane osobowe młodej pary, informacje o tym, który kapłan przeprowadzał ceremonię, termin i miejsce ślubu, a także deklaracje dotyczące wspólnego rozwoju duchowego jako małżeństwo. Dał parze młodej chwilę czasu na sprawdzenie poprawności wszystkich danych i zwrócił się do Millie i Corneliusa.
— Bardzo dobrze rokujecie — zapowiedział, patrząc na nich z uśmiechem. — Wspaniale się prezentowaliście i mam nadzieję, że nie jest to nasza ostatnia wspólna uroczystość kowenowa. W końcu, kiedy rozwijają się kwiaty prawdziwej miłości, uczucie to staje się zaraźliwe. Może spotkam się z którymś z was przy ołtarzu? — Zerknął instynktownie na Millie; mimowolnie zaczął zastanawiać się, kto rościłby sobie większe prawa do poprowadzenia jej do ołtarza - ojciec Aaron a może brat Alastor? — W każdym razie... Wiem, że na pewno zdajecie sobie sprawę z tego, jak wielka odpowiedzialność na was spoczywa. Nie jesteście już tylko przyjaciółmi Gerladine i Ambroise'a. To nie był wybór przypadkowy ani gest grzecznościowy, ale autentyczny akt zaufania. Jesteście strażnikami pamięci tego dnia, podobnie jak i ja. Waszym zadaniem - może cichym, ale ważnym - jest przypominać im, jeśli kiedyś przyjdą trudniejsze chwile, że miłość, którą dziś sobie wyznali, była prawdziwa, odważna i święta. Podpisy, jakie dziś z nimi złożycie, nie są więc tylko formalnością, a pieczęcią zaufania. Ekhm.. Zaufania, które niedługo przyjdzie wam wszystkim wspólnie celebrować wraz z resztą gości.
Sebastian zamierzał zostać ze względów grzecznościowych na parę godzin w rezydencji Yaxleyów, jednak na pewno nie zamierzał spędzić tutaj kilku dni. Takie huczne imprezy nie były w jego stylu. I chyba wolałby pozostać nieświadomy co do tego, jak co poniektórzy goście będą się zachowywać, kiedy barek zostanie w dużej mierze opróżniony... Bądź co bądź, co poniektórych widywał w kowenie czy na sabatach. Nie chciał psuć swojej wizji co poniektórych wiernych.
— Potwierdzenie zawarcia małżeństwa — podsunął kolejne dokumenty, które tym razem musiała podpisać cała czwórka. Oprócz typowych danych osobowych były też tam miejsca na podpisy potwierdzające obecność oraz miejsce na własnoręczne wypisanie oświadczenia o prawidłowym przebiegu ceremonii.
Sebastian obserwował uważnie całą czwórkę, jednak w tym momencie skupiał się najbardziej na Geraldine i Ambrożym. Wprawdzie podczas ich prywatnego spotkania w siedzibie kowenu doszli do porozumienia w kwestii dopięcia poszczególnych szczegółów, jednak nie byłby sobą, gdyby nie upewnił się, że pewne obietnice faktycznie zostaną wprowadzone w życie. Rozumiał, że obecnie wszyscy byli zapracowani, ratowali swoje majątki, starali się wrócić do normalności po pożarach w kraju, jednak... Doba miała aż dwadzieścia cztery godziny. A Londyn dla znacznej większości ludzi był stałym przystankiem w trakcie codziennych podróży.
— A także takie mały ''aneks'', zaproszenie — dodał z uśmiechem, podsuwając im ręcznie wypisaną kartkę z aż trzema pieczątkami kowenu: dwiema na górze i jedną na samym dole. — Bardzo ubolewam nad tym, że przez spontaniczny charakter dzisiejszych celebracji nie udało wam się wziąć udziału w spotkaniach przygotowujących do wejścia w tę świętą unię. Domyślam się, że wam także jest z tego powodu bardzo przykro. — Wbił twarde spojrzenie w parę młodą. — Chciałbym więc oficjalnie zaprosić wam do udziału w naszych spotkaniach modlitewnych. Nie będą to nauki per se, a po prostu... Takie pół godziny dla Matki. Dla wyciszenia się. Dla kontemplacji. Oczywiście nie są to pełnoprawne sabaty, ale staramy się zaangażować w te spotkania także nasz chórek kowenowy. Byłoby mi bardzo miło, gdybym mógł was tam zobaczyć. Może za tydzień, może za dwa... Może nawet w okolicy Samhain lub w jakiś listopadowy weekend. Chciałbym, żebyście znaleźli chwilę na przyjście na takie spotkanie. Razem, osobno - ważne, żebyście się zjawili.
Tutaj zerknął także na świadków.
— Oczywiście, was również chciałbym zaprosić. W idealnych warunkach spotykalibyśmy się w piątkę przez co najmniej kila tygodni przed ceremonią. Może nawet w większej grupie, gdyby udało się zgrać terminy innych par, które również planowały swoje śluby w tym okresie — opuścił spojrzenie na stół; widać było po nim, że szczerze żałuje, że ten plan nie doszedł do skutku. — Niestety, nie było nam dane, a chcę, żebyście widzieli, że bramy kowenu są zawsze otwarte. I czasem nawet chwila refleksji potrafi przynieść prawdziwe objawienie.
Wodził wzrokiem po całej czwórce: ewidentnie liczył, że cała czwórka zobowiąże się do tego, aby faktycznie odwiedzić kowen w nadhodzących miesiącach. Nie był głupi; wiedział, że młodzi będą zajęci sobą, a zgranie grafików czterech dorosłych osób mogło być zadaniem ponad ich siły, dlatego też wyciągał do nich pomocną dłoń - nie wymagał stawienia się w konkretnym terminie. Ba, nie wymagał nawet, żeby wdawali się jakąś pogadankę z nim (jakby akurat na niego trafili podczas spotkania modlitewnego) czy z innymi kapłanami lub kapłankami. Po prostu zależało mu, żeby pośród napiętych grafików i codziennych perypetii znaleźli czas na moment zastanowienia w świątyni Matki. Czy naprawdę prosił o tak wiele?
Sebastian zaczął rozglądać się za swoimi rzeczami. Gdzie on je posiał... Przygotowanie ołtarza chwilę trwało, bo przecież nie mógłby zostawić wszystkiego na ostatnią chwilę, ale był pewien, że zostawił tobołek z papierami gdzieś tutaj i... Oczy mu się zaświeciły, gdy znalazł wzrokiem swoją własność.
— Ekhm… A teraz, skoro domknęliśmy już większość spraw natury boskiej, to teraz pozostały nam sprawy natury ludzkiej. Konkretnie kowenu. — Sięgnął po swoją torbę, która całą uroczystość przeleżała właśnie w tym namiocie. Grzebał w niej przez dłuższą chwilę, po czym wyciągnął zbiór kilku folderów oraz spiętych ze sobą dokumentów. Wprawne oczy mogły tam też zauważyć kilka ręcznie przygotowanych notatek przyozdobionych kowenowymi pieczęciami. — Zacznijmy od zaległych dokumentów... Protokół przedślubny.
Ten dokument wymagał już jedynie podpisów Geraldine i Ambroise'a, bo Macmillan podpisał się już na wszystkim zawczasu. Państwo młodzi mogli zauważyć, że widnieje na nim ta sama data, jaką Sebastian wyznaczył na ich spotkanie w siedzibie kowenu, po tym jak wymienili listy dotyczące uroczystości. Z uwagi na dość szybką organizację ceremonii niemożliwe było wcześniejsze ich przygotowanie (procedury!); Sebastian wzdrygał się na samą myśl, że akurat w kwestii dokumentów byli w tyle, ale cóż... Takie życie. Na karcie wypisane były szczegółowe dane osobowe młodej pary, informacje o tym, który kapłan przeprowadzał ceremonię, termin i miejsce ślubu, a także deklaracje dotyczące wspólnego rozwoju duchowego jako małżeństwo. Dał parze młodej chwilę czasu na sprawdzenie poprawności wszystkich danych i zwrócił się do Millie i Corneliusa.
— Bardzo dobrze rokujecie — zapowiedział, patrząc na nich z uśmiechem. — Wspaniale się prezentowaliście i mam nadzieję, że nie jest to nasza ostatnia wspólna uroczystość kowenowa. W końcu, kiedy rozwijają się kwiaty prawdziwej miłości, uczucie to staje się zaraźliwe. Może spotkam się z którymś z was przy ołtarzu? — Zerknął instynktownie na Millie; mimowolnie zaczął zastanawiać się, kto rościłby sobie większe prawa do poprowadzenia jej do ołtarza - ojciec Aaron a może brat Alastor? — W każdym razie... Wiem, że na pewno zdajecie sobie sprawę z tego, jak wielka odpowiedzialność na was spoczywa. Nie jesteście już tylko przyjaciółmi Gerladine i Ambroise'a. To nie był wybór przypadkowy ani gest grzecznościowy, ale autentyczny akt zaufania. Jesteście strażnikami pamięci tego dnia, podobnie jak i ja. Waszym zadaniem - może cichym, ale ważnym - jest przypominać im, jeśli kiedyś przyjdą trudniejsze chwile, że miłość, którą dziś sobie wyznali, była prawdziwa, odważna i święta. Podpisy, jakie dziś z nimi złożycie, nie są więc tylko formalnością, a pieczęcią zaufania. Ekhm.. Zaufania, które niedługo przyjdzie wam wszystkim wspólnie celebrować wraz z resztą gości.
Sebastian zamierzał zostać ze względów grzecznościowych na parę godzin w rezydencji Yaxleyów, jednak na pewno nie zamierzał spędzić tutaj kilku dni. Takie huczne imprezy nie były w jego stylu. I chyba wolałby pozostać nieświadomy co do tego, jak co poniektórzy goście będą się zachowywać, kiedy barek zostanie w dużej mierze opróżniony... Bądź co bądź, co poniektórych widywał w kowenie czy na sabatach. Nie chciał psuć swojej wizji co poniektórych wiernych.
— Potwierdzenie zawarcia małżeństwa — podsunął kolejne dokumenty, które tym razem musiała podpisać cała czwórka. Oprócz typowych danych osobowych były też tam miejsca na podpisy potwierdzające obecność oraz miejsce na własnoręczne wypisanie oświadczenia o prawidłowym przebiegu ceremonii.
Sebastian obserwował uważnie całą czwórkę, jednak w tym momencie skupiał się najbardziej na Geraldine i Ambrożym. Wprawdzie podczas ich prywatnego spotkania w siedzibie kowenu doszli do porozumienia w kwestii dopięcia poszczególnych szczegółów, jednak nie byłby sobą, gdyby nie upewnił się, że pewne obietnice faktycznie zostaną wprowadzone w życie. Rozumiał, że obecnie wszyscy byli zapracowani, ratowali swoje majątki, starali się wrócić do normalności po pożarach w kraju, jednak... Doba miała aż dwadzieścia cztery godziny. A Londyn dla znacznej większości ludzi był stałym przystankiem w trakcie codziennych podróży.
— A także takie mały ''aneks'', zaproszenie — dodał z uśmiechem, podsuwając im ręcznie wypisaną kartkę z aż trzema pieczątkami kowenu: dwiema na górze i jedną na samym dole. — Bardzo ubolewam nad tym, że przez spontaniczny charakter dzisiejszych celebracji nie udało wam się wziąć udziału w spotkaniach przygotowujących do wejścia w tę świętą unię. Domyślam się, że wam także jest z tego powodu bardzo przykro. — Wbił twarde spojrzenie w parę młodą. — Chciałbym więc oficjalnie zaprosić wam do udziału w naszych spotkaniach modlitewnych. Nie będą to nauki per se, a po prostu... Takie pół godziny dla Matki. Dla wyciszenia się. Dla kontemplacji. Oczywiście nie są to pełnoprawne sabaty, ale staramy się zaangażować w te spotkania także nasz chórek kowenowy. Byłoby mi bardzo miło, gdybym mógł was tam zobaczyć. Może za tydzień, może za dwa... Może nawet w okolicy Samhain lub w jakiś listopadowy weekend. Chciałbym, żebyście znaleźli chwilę na przyjście na takie spotkanie. Razem, osobno - ważne, żebyście się zjawili.
Tutaj zerknął także na świadków.
— Oczywiście, was również chciałbym zaprosić. W idealnych warunkach spotykalibyśmy się w piątkę przez co najmniej kila tygodni przed ceremonią. Może nawet w większej grupie, gdyby udało się zgrać terminy innych par, które również planowały swoje śluby w tym okresie — opuścił spojrzenie na stół; widać było po nim, że szczerze żałuje, że ten plan nie doszedł do skutku. — Niestety, nie było nam dane, a chcę, żebyście widzieli, że bramy kowenu są zawsze otwarte. I czasem nawet chwila refleksji potrafi przynieść prawdziwe objawienie.
Wodził wzrokiem po całej czwórce: ewidentnie liczył, że cała czwórka zobowiąże się do tego, aby faktycznie odwiedzić kowen w nadhodzących miesiącach. Nie był głupi; wiedział, że młodzi będą zajęci sobą, a zgranie grafików czterech dorosłych osób mogło być zadaniem ponad ich siły, dlatego też wyciągał do nich pomocną dłoń - nie wymagał stawienia się w konkretnym terminie. Ba, nie wymagał nawet, żeby wdawali się jakąś pogadankę z nim (jakby akurat na niego trafili podczas spotkania modlitewnego) czy z innymi kapłanami lub kapłankami. Po prostu zależało mu, żeby pośród napiętych grafików i codziennych perypetii znaleźli czas na moment zastanowienia w świątyni Matki. Czy naprawdę prosił o tak wiele?