23.10.2025, 01:29 ✶
Skrzat, wiedziony chyba jakąś wyuczoną ostrożnością, zerknął tylko kontrolnie na Atreusa, kiedy Victoria zadała mu pytanie. Szanowny panicz jednak, pokiwał tylko z roztargnieniem głową i wykonał dłonią parę kolistych gestów, samemu poganiając w tym temacie Jokera. O Laurenta nie pytał z tego prostego powodu, że był przekonany o jakimś tam bezpieczeństwie New Forest - w końcu znajdowało się tak cholernie daleko na mapie i było, zdaniem Atreusa, cholernym wypizdowiem.
- Nie - skrzat pokręcił głową. - Nie było tutaj nikogo z dalszej rodziny - przyznał z jakąś właściwą skrzatom skruchą, kiedy nie mogły w pełni pomóc swoim czarodziejom. Atreus jednak nie zwracał na to większej uwagi, uznając to za jakąś charakterystyczną cechę całej skrzaciej rasy, wzdychając tylko ciężko.
Atreus odesłała skrzata, dochodząc do wniosku, że jego pomoc nie była już aż tak potrzebna. Z resztą, zawsze wystarczyło zawołać, żeby Joker na nowo pojawił się u ich boku. Niemniej jednak, w kamienicy panował taki spokój, że Bulstrode nie spodziewał się by cokolwiek miało go tego wieczoru zakłócić. Grube ściany wyciszały atmosferę, która szalała na zewnątrz, a fakt że budynek schowany był za ukrywającymi zaklęciami i przekładniami, skutecznie blokował także zapachy tłustawej spalenizny i niosący się niebem popiół.
Aż marzyło się, żeby zostać tutaj na dłużej, ale oboje pewnie liczyli co najwyżej na parę głębszych oddechów na uspokojenie, a potem pozostawało zebrać się w sobie i na nowo przekroczyć próg.
- Na pewno nic mu nie jest - rzucił do Victorii, tonem całkiem spokojnym i przekonanym o swojej racji, bo pewnie gdyby sam siebie nie przekonywał całą noc o tym, że ze wszystkimi było okej, to zwariowałby godzinę po rozpoczęciu pożarów.
Przez moment miał pomysł, żeby wyciągnąć fajki, ale było to chyba odrobinę niepoważne. Szybko jednak porzucił ten pomysł, bo coś innego pochwyciło jego uwagę; jasne, o mlecznobłękitnej barwie, wijące się po ziemi i zdecydowanie nie należące do materialnego świata.
- Ki chuj - wyszeptał, przez moment myśląc, że może faktycznie nie było tutaj aż tak spokojnie i bezpiecznie, jak mogło mu się wydawać. Spiął się, uniósł dłoń z różdżką, ale wtedy wąż zasyczał ludzkim, dobrze znanym głosem.
... niedługo... u Florence. Mam nadzieję, że ty też.
A potem zniknął.
Atreus stał przez moment, wpatrując się w miejsce, gdzie znajdował się przed chwilą patronus. Zesztywniał, zacisnął szczękę i przez moment jedyną rzeczą która się u niego poruszała, były mięśnie twarzy kiedy nagle zdenerwowany nie miał co z tą złością zrobić. Było bardzo dużo powodów, przez które mógł być w tym momencie niezadowolony, a najważniejszym z nich było, że jebana nekromancja była w tym kraju zakazana. Wysyłając tego patronusa, Laurent rzucał kością i miał szczerą nadzieję, że trafi w odpowiednim momencie. Albo gorzej - w ogóle się tym nie przejmował. Gdyby nie było tu obok Victorii, albo zupełnie inny funkcjonariusz, albo co gorsza jebany służbista, to wobec Prewetta można było z łatwością postawić oskarżenia i wysłać go najmniej do Clerkenwell.
- Uduszę go. Przysięgam, uduszę go gołymi rękoma... - syknął pod nosem, już teraz nawet się nie wzbraniając i szukając paczki papierosów po kieszeniach. - Dobrze, że nic mu nie jest, bo znowu dostanie w mordę - wyszeptał, wyciągając jednego i zapalając go.
- Nie - skrzat pokręcił głową. - Nie było tutaj nikogo z dalszej rodziny - przyznał z jakąś właściwą skrzatom skruchą, kiedy nie mogły w pełni pomóc swoim czarodziejom. Atreus jednak nie zwracał na to większej uwagi, uznając to za jakąś charakterystyczną cechę całej skrzaciej rasy, wzdychając tylko ciężko.
Atreus odesłała skrzata, dochodząc do wniosku, że jego pomoc nie była już aż tak potrzebna. Z resztą, zawsze wystarczyło zawołać, żeby Joker na nowo pojawił się u ich boku. Niemniej jednak, w kamienicy panował taki spokój, że Bulstrode nie spodziewał się by cokolwiek miało go tego wieczoru zakłócić. Grube ściany wyciszały atmosferę, która szalała na zewnątrz, a fakt że budynek schowany był za ukrywającymi zaklęciami i przekładniami, skutecznie blokował także zapachy tłustawej spalenizny i niosący się niebem popiół.
Aż marzyło się, żeby zostać tutaj na dłużej, ale oboje pewnie liczyli co najwyżej na parę głębszych oddechów na uspokojenie, a potem pozostawało zebrać się w sobie i na nowo przekroczyć próg.
- Na pewno nic mu nie jest - rzucił do Victorii, tonem całkiem spokojnym i przekonanym o swojej racji, bo pewnie gdyby sam siebie nie przekonywał całą noc o tym, że ze wszystkimi było okej, to zwariowałby godzinę po rozpoczęciu pożarów.
Przez moment miał pomysł, żeby wyciągnąć fajki, ale było to chyba odrobinę niepoważne. Szybko jednak porzucił ten pomysł, bo coś innego pochwyciło jego uwagę; jasne, o mlecznobłękitnej barwie, wijące się po ziemi i zdecydowanie nie należące do materialnego świata.
- Ki chuj - wyszeptał, przez moment myśląc, że może faktycznie nie było tutaj aż tak spokojnie i bezpiecznie, jak mogło mu się wydawać. Spiął się, uniósł dłoń z różdżką, ale wtedy wąż zasyczał ludzkim, dobrze znanym głosem.
... niedługo... u Florence. Mam nadzieję, że ty też.
A potem zniknął.
Atreus stał przez moment, wpatrując się w miejsce, gdzie znajdował się przed chwilą patronus. Zesztywniał, zacisnął szczękę i przez moment jedyną rzeczą która się u niego poruszała, były mięśnie twarzy kiedy nagle zdenerwowany nie miał co z tą złością zrobić. Było bardzo dużo powodów, przez które mógł być w tym momencie niezadowolony, a najważniejszym z nich było, że jebana nekromancja była w tym kraju zakazana. Wysyłając tego patronusa, Laurent rzucał kością i miał szczerą nadzieję, że trafi w odpowiednim momencie. Albo gorzej - w ogóle się tym nie przejmował. Gdyby nie było tu obok Victorii, albo zupełnie inny funkcjonariusz, albo co gorsza jebany służbista, to wobec Prewetta można było z łatwością postawić oskarżenia i wysłać go najmniej do Clerkenwell.
- Uduszę go. Przysięgam, uduszę go gołymi rękoma... - syknął pod nosem, już teraz nawet się nie wzbraniając i szukając paczki papierosów po kieszeniach. - Dobrze, że nic mu nie jest, bo znowu dostanie w mordę - wyszeptał, wyciągając jednego i zapalając go.