23.10.2025, 13:56 ✶
Zapach kurzu i remontu w powietrzu był niczym powiew świeżości w porównaniu z tym, czym cuchnęła Pokątna i dom Lockhartów.
Był to zresztą impuls i jeden z głównych powodów, poza kurczącymi się oszczędnościami, dla którego zdecydowała, że czas najwyższy zacząć sobie szukać innego lokum. Gdzie dokładnie tego jeszcze nie wiedziała, zdawało się, że mimo wszystko trzymając się rodziny zmarłego męża będzie bezpieczniejsza, niż sama, dopóki dopóty przedstawiała się jako Lockhart.
Co też zrobiła, wyciągając dłoń do wysokiego mężczyzny, chociaż sama należała do kobiet jak na standardy wysokich.
Bertie Bott. Bertie Bott od fasolek.
Na chwilę spływa na nią szczery zachwyt, w końcu to celebryta we własnej osobie, i jaki szarmancki, całuje wierzch jej dłoni, a Alba chichocze w odpowiedzi. Od razu jej się cieplej zrobiło, kiedy mogła się ogrzać w jego blasku.
– Lockhart. Alba. – Ma szczerą nadzieję, że zapamięta jej imię, nie bez powodu trochę głos zniżyła, lustrując twarz mężczyzny wzrokiem uważnym. Na żywo wydawał się być bardziej poczciwy, niż na zdjęciach. Może dlatego, że miała okazję usłyszeć jego barwę głosu i sposób w jaki się wypowiadał.
– O najważniejszej. – Odpowiedziała bez ogródek na pytanie o pozycję, ale zaraz palec uniosła i zaśmiała się lekko, aby poprawić swoje hihi niedopatrzenie.
– O drugiej najważniejszej. – W końcu numerem jeden był tutaj on, zresztą wskazała dłonią na mężczyznę, przechylając głowę w tym uśmiechu filuternym, żmija.
Przecież ona do jakiegoś podrzędnego kelnerowania nawet nie wstałaby z łóżka.
Splotła dłonie przed sobą, obserwując, jak mężczyzna mija ladę i podchodzi bliżej, oferując jej miejsce przy stoliczku, na co przystała z krótkim skinieniem i zaraz usiadła, zakładając nogę na nogę tak, żeby zasłonić swoje nieeleganckie otarcie na kolanie.
A mogła sobie jakąś maść na to skołować. Po tylu latach wciąż zapominała, że nawet drobne rany warto było szybciej wyleczyć magią i nie raz nie dwa na skaleczenia w pierwszym odruchu po prostu naklejała plaster.
– Nie wątpię, skoro to pana lokal. – O zdecydowanie już słyszała samą siebie, jak opowiada wszystkim, którzy chcieli jej słuchać (nikt nie chciał), że jest szefową kuchni w nowym lokalu Bertiego Botta, nawet, jeśli miałaby co najwyżej dostać pod opiekę sekcję sosów i lukrów. Nikt nie musi tego wiedzieć.
– Jestem kucharką z wieloletnim doświadczeniem, zarówno w magicznych i nie kulinariach. Zresztą w cukiernictwie też jestem biegła. – Kurwa ę ą, a w czym nie była?
Ale przynajmniej wyjątkowo nie kłamała, wszystko, co wymagało stania nad garem jej wychodziło, więc jedyne co mogła zrobić, to wykorzystywać swoje doświadczenie i talent.
Splotła dłonie na kolanie przyglądając się mężczyźnie z miłym uśmiechem. Obrączkę miał? Nie widziała. Kucharze zresztą rzadko nosili je na palcach. Może na łańcuszku? Ale też nie była w stanie dopatrzyć żadnego błysku zza koszuli i fartuszka.
!Trauma Ognia
Był to zresztą impuls i jeden z głównych powodów, poza kurczącymi się oszczędnościami, dla którego zdecydowała, że czas najwyższy zacząć sobie szukać innego lokum. Gdzie dokładnie tego jeszcze nie wiedziała, zdawało się, że mimo wszystko trzymając się rodziny zmarłego męża będzie bezpieczniejsza, niż sama, dopóki dopóty przedstawiała się jako Lockhart.
Co też zrobiła, wyciągając dłoń do wysokiego mężczyzny, chociaż sama należała do kobiet jak na standardy wysokich.
Bertie Bott. Bertie Bott od fasolek.
Na chwilę spływa na nią szczery zachwyt, w końcu to celebryta we własnej osobie, i jaki szarmancki, całuje wierzch jej dłoni, a Alba chichocze w odpowiedzi. Od razu jej się cieplej zrobiło, kiedy mogła się ogrzać w jego blasku.
– Lockhart. Alba. – Ma szczerą nadzieję, że zapamięta jej imię, nie bez powodu trochę głos zniżyła, lustrując twarz mężczyzny wzrokiem uważnym. Na żywo wydawał się być bardziej poczciwy, niż na zdjęciach. Może dlatego, że miała okazję usłyszeć jego barwę głosu i sposób w jaki się wypowiadał.
– O najważniejszej. – Odpowiedziała bez ogródek na pytanie o pozycję, ale zaraz palec uniosła i zaśmiała się lekko, aby poprawić swoje hihi niedopatrzenie.
– O drugiej najważniejszej. – W końcu numerem jeden był tutaj on, zresztą wskazała dłonią na mężczyznę, przechylając głowę w tym uśmiechu filuternym, żmija.
Przecież ona do jakiegoś podrzędnego kelnerowania nawet nie wstałaby z łóżka.
Splotła dłonie przed sobą, obserwując, jak mężczyzna mija ladę i podchodzi bliżej, oferując jej miejsce przy stoliczku, na co przystała z krótkim skinieniem i zaraz usiadła, zakładając nogę na nogę tak, żeby zasłonić swoje nieeleganckie otarcie na kolanie.
A mogła sobie jakąś maść na to skołować. Po tylu latach wciąż zapominała, że nawet drobne rany warto było szybciej wyleczyć magią i nie raz nie dwa na skaleczenia w pierwszym odruchu po prostu naklejała plaster.
– Nie wątpię, skoro to pana lokal. – O zdecydowanie już słyszała samą siebie, jak opowiada wszystkim, którzy chcieli jej słuchać (nikt nie chciał), że jest szefową kuchni w nowym lokalu Bertiego Botta, nawet, jeśli miałaby co najwyżej dostać pod opiekę sekcję sosów i lukrów. Nikt nie musi tego wiedzieć.
– Jestem kucharką z wieloletnim doświadczeniem, zarówno w magicznych i nie kulinariach. Zresztą w cukiernictwie też jestem biegła. – Kurwa ę ą, a w czym nie była?
Ale przynajmniej wyjątkowo nie kłamała, wszystko, co wymagało stania nad garem jej wychodziło, więc jedyne co mogła zrobić, to wykorzystywać swoje doświadczenie i talent.
Splotła dłonie na kolanie przyglądając się mężczyźnie z miłym uśmiechem. Obrączkę miał? Nie widziała. Kucharze zresztą rzadko nosili je na palcach. Może na łańcuszku? Ale też nie była w stanie dopatrzyć żadnego błysku zza koszuli i fartuszka.
!Trauma Ognia