23.10.2025, 16:00 ✶
Zwykle w takich chwilach najlepiej sprawdzała się powściągliwość. Ostatnio wiele się zmieniło, zacząłem robić rzeczy, których kiedyś bym się wyparł albo zwyczajnie ich unikał, podjąłem kilka decyzji, które nie były proste, i nie do końca wiedziałem, jakie będą miały konsekwencje - nie byłem stąd, nie przywykłem do miejsc, w których można było zatrzymać na dłużej. Dotąd nie bywałem w jednym miejscu aż tak długo, nie pozwalałem sobie na stałość, a teraz… Teraz coś się zmieniło - to było trudne do wytłumaczenia. Nie byłem pewien, jak brzmiałbym bez tej maski pewności, którą tak rzadko zdejmowałem. Patrzyłem na nią i widziałem, że obserwowała mnie uważnie, próbując rozszyfrować to, co we mnie tkwi. Nie przesuwałem się, nie gestykulowałem, tylko pozwalałem, by jej spojrzenie przenikało mnie do środka, jakby chciało sprawdzić każdy zakamarek, zakręt mojego umysłu.
- Ostatnio… Podjąłem kilka decyzji. - Odezwałem się w końcu, głos miałem szorstki, chociaż opanowany. - Nie jestem stąd, ale… Nie zasiadywałem się w jednym miejscu na tak długo, jak telas… Ostatnio to miało sens, wydawało się, hmm, doble, ale telas… Telas jusz nie wiem.
Zacznijmy od tego, że mówiłem obcej osobie rzeczy, których nie powinienem jej powiedzieć, to nie było w moim stylu. Nie byłem pewien, czy kiedykolwiek wcześniej czułem się tak bezradny wobec samego siebie - nawet przed laty, bo jeszcze wtedy miałem nadzieję, że gdy wyjedziemy, wszystko się zmieni i będzie dobrze, a teraz rzeczy, które kiedyś wydawały się oczywiste, rozpadały się w dłoniach. Świat dookoła stał się niestabilny, każdy ruch wymagał uwagi, każda decyzja niosła konsekwencje, których nie potrafiłem przewidzieć, a jednak musiałem je podejmować, bo inaczej… Inaczej nic nie było możliwe.
Z początku myślałem, że to tylko zawrót głowy, zmęczenie, może ciśnienie spadające razem z deszczem - byłem przyzwyczajony do tego, że na takim zmęczeniu czasem coś mi szumiało w uszach, że świat lekko falował, jakby wszystko działo się pod wodą, ale tym razem to przyszło inaczej. Nagle poczułem, jakby ktoś od wewnątrz ścisnął mi krtań, a potem wypchnął powietrze siłą. Nie chciałem nic mówić, nie miałem zamiaru, a jednak słowa same wypłynęły, ciężkie, obce, nie moje.
- Moje rządy to prawo natury podpisane krwią tych, którzy nie znali jego wartości. - Głos, który to powiedział, brzmiał jak mój, ale zarazem nie brzmiał tak wcale - był głębszy, ostrzejszy, jakby przez chwilę mówił przeze mnie ktoś inny, ktoś, kto wiedział o rzeczach, których ja znać nie mogłem. Nie był mój, a jednak wychodził ze mnie - to naprawdę padło z moich ust, to nie był sen, nie przypadek, nie myśl wypowiedziana w głowie. Czułem, jak gardło napina się, jakby ktoś wsunął mi w nie drut, a język poruszał się sam, wypluwając słowa, których znaczenia nie znałem, chociaż mogłem się go domyślać.
Nie miałem pojęcia, co się ze mną dzieje, jeszcze sekundę wcześniej mówiłem do niej normalnie, spokojnie, przytomnie, a potem coś we mnie pękło - nie myśl, nie wahanie, tylko obce wrażenie rozlało się po moim ciele. Każde słowo paliło mnie od środka. Cofnąłem się o krok, potem drugi, dłonie mi drżały, czułem, że serce bije mi za szybko, zbyt gwałtownie, jakby próbowało się wyrwać z piersi.
Unikałem jej wzroku. Nie chciałem widzieć, jak na mnie patrzy, wiedziałem, jak wyglądam - jak ktoś, kto właśnie stracił rozum, ale to nie był strach z powodu jej reakcji, to był ten inny rodzaj strachu, ten czysty, zwierzęcy, który bierze się z poczucia, że coś z tobą jest nie tak, granica między tobą a czymś innym właśnie się rozmazała. Zacisnąłem powieki, próbując uspokoić oddech, w uszach mi dzwoniło, jakby ktoś w środku szeptał nadal do mnie - nie słowa, tylko dźwięki, ledwie uchwytne, szorstkie, rozrywające ciszę. To, co kiedyś wydawało mi się stabilne i logiczne, teraz wyślizgiwało się z moich rąk, a granica między moją wolą a czymś obcym stawała się niewyraźna.
Wyprostowałem się, chociaż ciało protestowało. Otworzyłem oczy, zauważyłem, że światło świec przygasło, jak gdyby ktoś przysłonił płomienie dłonią. Spojrzałem na kobietę i odsunąłem się pół kroku, odruchowo łapiąc się za gardło. Nic - żadnego bólu, żadnego uczucia drapania, ale czułem smak żelaza. Jakbym rzeczywiście przed chwilą wypowiedział coś, co zostawiło ślad - nie na języku, tylko gdzieś głębiej. W oczach migały mi ciemne plamy, cienie, które poruszały się w rytm migoczących świec. Wszystko zdawało się drgać - powietrze, zasłony, nawet podłoga pod butami. Byłem zmęczony, moje ręce drżały lekko, chociaż starałem się tego nie pokazać. Oczywiście, mogłem uciec w milczenie, ale to, co powiedziałem, nie znikło.
- Jusz nie wiem… Czy nie jestem opętany. - Mój głos wrócił do normalności, ale dźwięk tego zdania nadal dudnił mi w czaszce, jak echo z innego pomieszczenia, innego czasu. Spojrzenie skierowałem na drzwi, później na ściany, od nich zależało, czy moje słowa odbiją się echem, czy też znikną bez śladu. Nie byłem w stanie ocenić, czy to zmęczenie, desperacja, czy coś gorszego.
- Ostatnio… Podjąłem kilka decyzji. - Odezwałem się w końcu, głos miałem szorstki, chociaż opanowany. - Nie jestem stąd, ale… Nie zasiadywałem się w jednym miejscu na tak długo, jak telas… Ostatnio to miało sens, wydawało się, hmm, doble, ale telas… Telas jusz nie wiem.
Zacznijmy od tego, że mówiłem obcej osobie rzeczy, których nie powinienem jej powiedzieć, to nie było w moim stylu. Nie byłem pewien, czy kiedykolwiek wcześniej czułem się tak bezradny wobec samego siebie - nawet przed laty, bo jeszcze wtedy miałem nadzieję, że gdy wyjedziemy, wszystko się zmieni i będzie dobrze, a teraz rzeczy, które kiedyś wydawały się oczywiste, rozpadały się w dłoniach. Świat dookoła stał się niestabilny, każdy ruch wymagał uwagi, każda decyzja niosła konsekwencje, których nie potrafiłem przewidzieć, a jednak musiałem je podejmować, bo inaczej… Inaczej nic nie było możliwe.
Z początku myślałem, że to tylko zawrót głowy, zmęczenie, może ciśnienie spadające razem z deszczem - byłem przyzwyczajony do tego, że na takim zmęczeniu czasem coś mi szumiało w uszach, że świat lekko falował, jakby wszystko działo się pod wodą, ale tym razem to przyszło inaczej. Nagle poczułem, jakby ktoś od wewnątrz ścisnął mi krtań, a potem wypchnął powietrze siłą. Nie chciałem nic mówić, nie miałem zamiaru, a jednak słowa same wypłynęły, ciężkie, obce, nie moje.
- Moje rządy to prawo natury podpisane krwią tych, którzy nie znali jego wartości. - Głos, który to powiedział, brzmiał jak mój, ale zarazem nie brzmiał tak wcale - był głębszy, ostrzejszy, jakby przez chwilę mówił przeze mnie ktoś inny, ktoś, kto wiedział o rzeczach, których ja znać nie mogłem. Nie był mój, a jednak wychodził ze mnie - to naprawdę padło z moich ust, to nie był sen, nie przypadek, nie myśl wypowiedziana w głowie. Czułem, jak gardło napina się, jakby ktoś wsunął mi w nie drut, a język poruszał się sam, wypluwając słowa, których znaczenia nie znałem, chociaż mogłem się go domyślać.
Nie miałem pojęcia, co się ze mną dzieje, jeszcze sekundę wcześniej mówiłem do niej normalnie, spokojnie, przytomnie, a potem coś we mnie pękło - nie myśl, nie wahanie, tylko obce wrażenie rozlało się po moim ciele. Każde słowo paliło mnie od środka. Cofnąłem się o krok, potem drugi, dłonie mi drżały, czułem, że serce bije mi za szybko, zbyt gwałtownie, jakby próbowało się wyrwać z piersi.
Unikałem jej wzroku. Nie chciałem widzieć, jak na mnie patrzy, wiedziałem, jak wyglądam - jak ktoś, kto właśnie stracił rozum, ale to nie był strach z powodu jej reakcji, to był ten inny rodzaj strachu, ten czysty, zwierzęcy, który bierze się z poczucia, że coś z tobą jest nie tak, granica między tobą a czymś innym właśnie się rozmazała. Zacisnąłem powieki, próbując uspokoić oddech, w uszach mi dzwoniło, jakby ktoś w środku szeptał nadal do mnie - nie słowa, tylko dźwięki, ledwie uchwytne, szorstkie, rozrywające ciszę. To, co kiedyś wydawało mi się stabilne i logiczne, teraz wyślizgiwało się z moich rąk, a granica między moją wolą a czymś obcym stawała się niewyraźna.
Wyprostowałem się, chociaż ciało protestowało. Otworzyłem oczy, zauważyłem, że światło świec przygasło, jak gdyby ktoś przysłonił płomienie dłonią. Spojrzałem na kobietę i odsunąłem się pół kroku, odruchowo łapiąc się za gardło. Nic - żadnego bólu, żadnego uczucia drapania, ale czułem smak żelaza. Jakbym rzeczywiście przed chwilą wypowiedział coś, co zostawiło ślad - nie na języku, tylko gdzieś głębiej. W oczach migały mi ciemne plamy, cienie, które poruszały się w rytm migoczących świec. Wszystko zdawało się drgać - powietrze, zasłony, nawet podłoga pod butami. Byłem zmęczony, moje ręce drżały lekko, chociaż starałem się tego nie pokazać. Oczywiście, mogłem uciec w milczenie, ale to, co powiedziałem, nie znikło.
- Jusz nie wiem… Czy nie jestem opętany. - Mój głos wrócił do normalności, ale dźwięk tego zdania nadal dudnił mi w czaszce, jak echo z innego pomieszczenia, innego czasu. Spojrzenie skierowałem na drzwi, później na ściany, od nich zależało, czy moje słowa odbiją się echem, czy też znikną bez śladu. Nie byłem w stanie ocenić, czy to zmęczenie, desperacja, czy coś gorszego.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)