23.10.2025, 20:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.10.2025, 20:49 przez Gabriel Montbel.)
Poprosił o wybaczenie.
Więc hrabia wybaczył.
A potem robak wgryzł się bardziej, drążył bardziej i nade wszystko, ponad wszystko zarzucił mu brak precyzji.
Cóż jest enigmatycznego w "zawsze"?
Nogi prowadziły same, ku ciemniejszej alejce, ku powykrzywianym drzewom, których karykaturalne linie przypominały bardziej gotyckie opowieści grozy, aniżeli elegancki królewski ogród. Róże już nie pachniały, zmożone snem, poddające się naturalnej entropii, kolei rzeczy, gaśnięcia i wzrostu, gdy teraz już tylko śmierć, już tylko cisza, przetkana cichym łkaniem na granicy słyszalności.
Nogi prowadziły go same, gdy zatrzymał się i odwrócił do Williama, bardzo powoli, nie jak tancerz, a rzeźba obracająca się plugawym mechanizmem, bezgłośnym lecz wciąż uschłym. Domagającym się krwi.
– A więc sugerujesz, że kłamię? – jego głos przypominał ostrość sekatora podcinającego gałęzie. Narzędzie niepozorne, mizerne wręcz, ale ostre. Ostre jak kły, które mimowolnie gdzieś między jednym splunięciem w jego poranioną duszę, a drugim drapieżnie wysunęły się spomiędzy warg. Otaczająca ich mgła łaskotała zimnem.
Oczywiście, w opowieści o małżeństwie Williama chodziło o dziwo o Williama i jego żonę, nie o indolencję wampirzą w adekwatnym do potrzeb śmiertelnika okazywania uczuć. Martwy mężczyzna słyszał jednak już zupełnie co innego, pogrążony w myślach ile lat z rzędu próbował udawać człowieka, by przekonać partnera do siebie, ile lat zaciskał gorset, dawał zakładać sobie wędzidło, udawał kogoś kim przecież nigdy nie był, byle zadowolić drugą stronę. Byle przekonać, że był bardziej człowiekiem niż potworem.
Postąpił krok ku Williamowi, zmuszając go całą swoją prezencją, by postąpił krok do tyłu.
– Myślisz, że nie wiem co to głód? Że moje ciało, moje zmysły, wszystko moje nie jest zorientowane na żer? Gdy klątwa odarła mnie z reszty jakichkolwiek oznak życia, gdy nie mogę się rozmnażać, nie mogę lękać się o śmiertelność, nie mogę marzyć, aspirować, kochać, myślisz... że co mi pozostało poza głodem? JA jestem głodem Williamie Lestrange i mówiąc zawsze mam na myśli zawsze – Szorstka kora stanowiła granicę tego tańca, dłoń złożona na biodrze rozmówcy, hipnotyzujące ślepia i aura, gęstomleczna otaczająca ich jak kokon, czyniąca otwartą przestrzeń intymną. Żałobną. Ostateczną.
William.
Co za paskudne imię.
Nie myślał oczywiście o nieszczęsnym naukowcu, a o słudze, który przed pięćdziesięciu laty oszukał go i okradł. Zmusił do złożenia przysięgi uniemożliwiającej hrabiemu przyjazd na Wyspy. Omamił. Wykorzystał. Porzucił.
Tacy właśnie byli ludzie, a Jean ponad wszystko zatęsknił za poczuciem tak dawno nieodczuwanym. Za tym, żeby ktoś go rozumiał. Za tym, żeby nie musiał udawać.
Połączenie.
Być może nie był tylko głodem.
Był też samotnością.
– Jeśli mówicie różnymi językami, jeśli patrzycie w różne strony... Odstąp od niej i idź dalej. Na cóż marnować życie swoje i tej nieszczęsnej kobiety. – Wzrok mu się nagle zeszklił. Dwa światy. Można połączyć tylko na chwile. – Mój ukochany będzie brał ślub. Nie mogłem mu dać tego czego ode mnie chciał. Nie mogłem stać się człowiekiem. – Martwy odsunął się nieoczekiwanie od rozmówcy, jakby zapominając zupełnie, że jeszcze przed momentem chciał mu pokazać, jak bardzo poluje i jest zawsze głodny. Teraz wydawał się być po prostu smutny. – Może Ty też nie możesz stać się człowiekiem, którego ona potrzebuje. Jaki jest sens? – Krok dwa w tył. Mgła rozwiewała się spomiędzy nóg, odsłaniając smętnie zwieszone główki kwiatów. Hrabia przysiadł na kamiennej ławeczce dociążony refleksją, która naszła go tak nieoczekiwanie. Nie chciał zemsty, jak sądził jeszcze przed miesiącem. Przeglądał się w Lestrangu jak w lustrze i było w tym coś bardzo niepokojącego i dojmująco przykrego.
Więc hrabia wybaczył.
A potem robak wgryzł się bardziej, drążył bardziej i nade wszystko, ponad wszystko zarzucił mu brak precyzji.
Cóż jest enigmatycznego w "zawsze"?
Nogi prowadziły same, ku ciemniejszej alejce, ku powykrzywianym drzewom, których karykaturalne linie przypominały bardziej gotyckie opowieści grozy, aniżeli elegancki królewski ogród. Róże już nie pachniały, zmożone snem, poddające się naturalnej entropii, kolei rzeczy, gaśnięcia i wzrostu, gdy teraz już tylko śmierć, już tylko cisza, przetkana cichym łkaniem na granicy słyszalności.
Nogi prowadziły go same, gdy zatrzymał się i odwrócił do Williama, bardzo powoli, nie jak tancerz, a rzeźba obracająca się plugawym mechanizmem, bezgłośnym lecz wciąż uschłym. Domagającym się krwi.
– A więc sugerujesz, że kłamię? – jego głos przypominał ostrość sekatora podcinającego gałęzie. Narzędzie niepozorne, mizerne wręcz, ale ostre. Ostre jak kły, które mimowolnie gdzieś między jednym splunięciem w jego poranioną duszę, a drugim drapieżnie wysunęły się spomiędzy warg. Otaczająca ich mgła łaskotała zimnem.
Oczywiście, w opowieści o małżeństwie Williama chodziło o dziwo o Williama i jego żonę, nie o indolencję wampirzą w adekwatnym do potrzeb śmiertelnika okazywania uczuć. Martwy mężczyzna słyszał jednak już zupełnie co innego, pogrążony w myślach ile lat z rzędu próbował udawać człowieka, by przekonać partnera do siebie, ile lat zaciskał gorset, dawał zakładać sobie wędzidło, udawał kogoś kim przecież nigdy nie był, byle zadowolić drugą stronę. Byle przekonać, że był bardziej człowiekiem niż potworem.
Postąpił krok ku Williamowi, zmuszając go całą swoją prezencją, by postąpił krok do tyłu.
– Myślisz, że nie wiem co to głód? Że moje ciało, moje zmysły, wszystko moje nie jest zorientowane na żer? Gdy klątwa odarła mnie z reszty jakichkolwiek oznak życia, gdy nie mogę się rozmnażać, nie mogę lękać się o śmiertelność, nie mogę marzyć, aspirować, kochać, myślisz... że co mi pozostało poza głodem? JA jestem głodem Williamie Lestrange i mówiąc zawsze mam na myśli zawsze – Szorstka kora stanowiła granicę tego tańca, dłoń złożona na biodrze rozmówcy, hipnotyzujące ślepia i aura, gęstomleczna otaczająca ich jak kokon, czyniąca otwartą przestrzeń intymną. Żałobną. Ostateczną.
William.
Co za paskudne imię.
Nie myślał oczywiście o nieszczęsnym naukowcu, a o słudze, który przed pięćdziesięciu laty oszukał go i okradł. Zmusił do złożenia przysięgi uniemożliwiającej hrabiemu przyjazd na Wyspy. Omamił. Wykorzystał. Porzucił.
Tacy właśnie byli ludzie, a Jean ponad wszystko zatęsknił za poczuciem tak dawno nieodczuwanym. Za tym, żeby ktoś go rozumiał. Za tym, żeby nie musiał udawać.
Połączenie.
Być może nie był tylko głodem.
Był też samotnością.
– Jeśli mówicie różnymi językami, jeśli patrzycie w różne strony... Odstąp od niej i idź dalej. Na cóż marnować życie swoje i tej nieszczęsnej kobiety. – Wzrok mu się nagle zeszklił. Dwa światy. Można połączyć tylko na chwile. – Mój ukochany będzie brał ślub. Nie mogłem mu dać tego czego ode mnie chciał. Nie mogłem stać się człowiekiem. – Martwy odsunął się nieoczekiwanie od rozmówcy, jakby zapominając zupełnie, że jeszcze przed momentem chciał mu pokazać, jak bardzo poluje i jest zawsze głodny. Teraz wydawał się być po prostu smutny. – Może Ty też nie możesz stać się człowiekiem, którego ona potrzebuje. Jaki jest sens? – Krok dwa w tył. Mgła rozwiewała się spomiędzy nóg, odsłaniając smętnie zwieszone główki kwiatów. Hrabia przysiadł na kamiennej ławeczce dociążony refleksją, która naszła go tak nieoczekiwanie. Nie chciał zemsty, jak sądził jeszcze przed miesiącem. Przeglądał się w Lestrangu jak w lustrze i było w tym coś bardzo niepokojącego i dojmująco przykrego.