23.10.2025, 23:46 ✶
Layla nigdy nie była osobą specjalnie ugodową i delikatną, a przynajmniej nie jeśli chodziło o całkiem obcych, mężczyzn i osoby które groziły jej rodzinie. A w pewien sposób ten facet właśnie, tańczył gdzieś na granicy wszystkich tych kwestii, grabiąc sobie jak nigdy w życiu. Tam gdzie Alexander nie miał siły przebicia, zbyt miękko podchodząc do tematu, wkraczała zwykle ona, zaciskając ręce w pięści i otwierając swoją niewyparzoną gębę, którą teraz kłapała na prawo i lewo, jakby jutra miało nie być. Chociaż w sumie tak wyglądało, jakby świat się właśnie powoli kończył, a oni na całe nieszczęście znaleźli się w samym środku apokalipsy.
Facet zgłupiał, przez moment dając się zwyczajnie okładać, troszkę oszołomiony jeszcze upadkiem, ale wreszcie zebrał się z siebie i zamachał rękami, szerokim gestem spychając ją z siebie, by czym prędzej pozbierać się na równe nogi i dojść do szybkiego porozumienia z samym sobą, że wcale nie chce ryzykować dalszych utarczek z wariatką.
Layla poleciała więc znowu na bruk. W innych warunkach, czyli przy braku apokalipsy i nie przebywaniu właśnie na terenie cyrku, pewnie rzuciłaby się za nim, absolutnie przy tym złorzecząc. Aktualna atmosfera jednak sprzyjała nieco bardziej podejmowaniu rozsądnych decyzji, dlatego zostało jej pokurwienie pod nosem, żeby powoli podnieść się z obolałych od kamieni kolan.
Gapie natomiast, najwyraźniej faktycznie koledzy rzeczonego pana, winowajcy całego zajścia, przez moment wahali się wyraźnie - ruszyć za kolegą, czy może odpowiedzieć coś na ponaglenia Felixa, ale jednak ulegli. Szczególnie, że jedna ze stojących przy placu kamienica, zajęła się ogniem, który w ekspresowym tempie zdawał się rozprzestrzeniać po kolejnych pomieszczeniach i piętrach.
Ktoś krzyczał.
Donośny, rozpaczliwy głos poniósł się ponad placem, zwracając na siebie uwagę i przez moment, akrobatka zwyczajnie patrzyła, jak uwięziona gdzieś wyżej figura poddaje się tragizmowi sytuacji, nie wiedząc jak się ratować. A potem Tempest odwrócił się i spojrzała na Felixa.
- Pakujemy się - powiedziała twardo, głosem nie znoszącym sprzeciwu. - Leć do Alexandra, jeśli go nie ma, zwijamy po kolei następne wozy. Nie ma czasu na zastanawianie się, nic tu po nas - zarządziła. Nie była bohaterką - uwięziona w płonącej kamienicy osoba, musiała być czyimś innym zmartwieniem, bo ona miała zamiar martwić się o to, co było dla niej w tym momencie najważniejsze - rodzinę i swój dom.
Sama też ruszyła do przodu, przepychając się przez resztki gapiów i zaniepokojony tłum, który jeszcze nie był do końca pewien, co powinien ze sobą zrobić. Spadający z nieba popiół być dziwaczny i w pierwszej chwili chyba wszystkich wprawiał w osłupienie, zamiast uderzać o najważniejszy w tym momencie instynkt - przetrwania. Ale ona zdawała sobie sprawę, że to zawieszenie nie potrwa wcale długo. Zaraz ta cała masa uniesie się paniką, która już teraz zaczynała rozkwitać, gdy ktoś wzywał straż pożarną do płonącej kamienicy i chyba nawet próbował samemu pomóc czarodziejowi, który utknął w budynku. Ona znalazła się przy pierwszym z wozów, krzycząc pośpiesznie do znajdujących się tam braci czy sióstr, żeby się natychmiast pakowali, a potem poszła do następnego i następnego. Nie było czasu.
Facet zgłupiał, przez moment dając się zwyczajnie okładać, troszkę oszołomiony jeszcze upadkiem, ale wreszcie zebrał się z siebie i zamachał rękami, szerokim gestem spychając ją z siebie, by czym prędzej pozbierać się na równe nogi i dojść do szybkiego porozumienia z samym sobą, że wcale nie chce ryzykować dalszych utarczek z wariatką.
Layla poleciała więc znowu na bruk. W innych warunkach, czyli przy braku apokalipsy i nie przebywaniu właśnie na terenie cyrku, pewnie rzuciłaby się za nim, absolutnie przy tym złorzecząc. Aktualna atmosfera jednak sprzyjała nieco bardziej podejmowaniu rozsądnych decyzji, dlatego zostało jej pokurwienie pod nosem, żeby powoli podnieść się z obolałych od kamieni kolan.
Gapie natomiast, najwyraźniej faktycznie koledzy rzeczonego pana, winowajcy całego zajścia, przez moment wahali się wyraźnie - ruszyć za kolegą, czy może odpowiedzieć coś na ponaglenia Felixa, ale jednak ulegli. Szczególnie, że jedna ze stojących przy placu kamienica, zajęła się ogniem, który w ekspresowym tempie zdawał się rozprzestrzeniać po kolejnych pomieszczeniach i piętrach.
Ktoś krzyczał.
Donośny, rozpaczliwy głos poniósł się ponad placem, zwracając na siebie uwagę i przez moment, akrobatka zwyczajnie patrzyła, jak uwięziona gdzieś wyżej figura poddaje się tragizmowi sytuacji, nie wiedząc jak się ratować. A potem Tempest odwrócił się i spojrzała na Felixa.
- Pakujemy się - powiedziała twardo, głosem nie znoszącym sprzeciwu. - Leć do Alexandra, jeśli go nie ma, zwijamy po kolei następne wozy. Nie ma czasu na zastanawianie się, nic tu po nas - zarządziła. Nie była bohaterką - uwięziona w płonącej kamienicy osoba, musiała być czyimś innym zmartwieniem, bo ona miała zamiar martwić się o to, co było dla niej w tym momencie najważniejsze - rodzinę i swój dom.
Sama też ruszyła do przodu, przepychając się przez resztki gapiów i zaniepokojony tłum, który jeszcze nie był do końca pewien, co powinien ze sobą zrobić. Spadający z nieba popiół być dziwaczny i w pierwszej chwili chyba wszystkich wprawiał w osłupienie, zamiast uderzać o najważniejszy w tym momencie instynkt - przetrwania. Ale ona zdawała sobie sprawę, że to zawieszenie nie potrwa wcale długo. Zaraz ta cała masa uniesie się paniką, która już teraz zaczynała rozkwitać, gdy ktoś wzywał straż pożarną do płonącej kamienicy i chyba nawet próbował samemu pomóc czarodziejowi, który utknął w budynku. Ona znalazła się przy pierwszym z wozów, krzycząc pośpiesznie do znajdujących się tam braci czy sióstr, żeby się natychmiast pakowali, a potem poszła do następnego i następnego. Nie było czasu.
Koniec sesji