24.10.2025, 02:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.10.2025, 02:37 przez Benjy Fenwick.)
Uwielbiałem to miejsce, noc duchów, pustkę korytarzy, unoszący się zapach ciasta dyniowego, który mieszał się z łazienkową wonią detergentów. Idealne terytorium i wyśmienita okazja, żeby wreszcie dać pokaz, na jaki czekałem całe popołudnie. Oczywiście, że próbowała mnie sprowokować - w końcu każdy, kto znał Prudence Bletchley, wiedział, że nie potrafiła znieść, gdy coś wymyka jej się spod kontroli. A ja… Ja byłem tym, kto miał ją nauczyć lekcji. Lekcji, której nikt jej jeszcze nie dał.
Słyszałem jej kroki przed drzwiami, wiedziałem, że powoli zbliżała się do mojego schronienia. Każdy krok odbijający się od ścian przyspieszał mi tętno, a w moim sercu rosło coś w rodzaju perwersyjnego zachwytu. Uwielbiałem obserwować, jak ktoś taki jak ona traci spokój. Szkoda, że tylko mogłem to sobie wyobrażać, nie widząc jej twarzy.
Wszystko rozegrało się szybciej, niż zdążyłem pomyśleć. W jednej chwili zadowolony z własnej przebiegłości siedziałem skulony na desce klozetowej, w kiepskiej peruce, w drugiej - łazienka rozbrzmiała krzykiem, który sprawił, że moje serce podskoczyło do gardła. Zamarłem, nie byłem już pewien, czy to jeszcze część mojego genialnego żartu, czy właśnie przywołałem coś, czego nie powinienem. Peruka zsunęła mi się na jedno oko, co nie dodało mi wiarygodności. Musiałem się stamtąd wymknąć.
- Och… - Wyjąkałem z głupim uśmieszkiem, ucharakteryzowany na nią, w peruce i w tej idiotycznej kiecce pod pelerynką. - Technicznie rzecz biorąc, to bardziej hołd, wiesz… Performance art?
Marta jednak nie zamierzała słuchać - zawyła, przelatując przez toaletę tak, że jedna z rur aż jęknęła.
I wtedy nadszedł moment kulminacyjny - Prue nacisnęła ostatnią klamkę, otworzyła drzwi kabiny przede mną, a ja? Rozpłynąłem się w powietrzu, zniknąłem. O, jak łatwo było jej się rozczarować. Widziałem, jak szukała mnie wzrokiem, nerwy spięły jej szczękę. Patrzyłem, jak jej wzrok wędruje po drzwiach - już mogłem powiedzieć, że uwielbiałem ten moment, gdy myśli jej się dostrzegalnie plątały, gdy zaczynała wątpić w siebie. Każda jej próba uporządkowania chaosu, który stworzyłem, była niczym woda na młyn mojego ego. Dźwięk, który wydałem, miał być ledwie cichym „buuu”, ot tyle, by ją podskoczyła - nic poważnego, nic, co mogłoby znów przywołać… Ją, ale w tym momencie, gdy Prudence drgnęła i zapiszczała, Marta znowu zaatakowała… W całej, upiornej, żałosnej okazałości - włosy jak mokre wodorosty, szata wisząca niczym zmięty, rozpaćkany papier, oczy rozżarzone gniewem.
- Och, Merlinie, przestań! - Wyrwało mi się. - Ja nawet nie wiedziałem, że byłaś głupią szlamą! To nie personalne! Poza tym, jak mam żartować z twojej śmierci, gdy za cholerę nie wiem, jak wykitowałaś? Ha! - Może to nie była najlepsza linia obrony, ale zawsze jakaś.
- Nie musisz od razu zaglądać mi do kabiny, mam wrażenie, że to narusza regulamin. - Rzuciłem na widok Bletchley wyłaniającej się z pustego kibla, starając się ignorować Martę i jej kakofonię zawodzeń, płaczy z jękami.
Słyszałem jej kroki przed drzwiami, wiedziałem, że powoli zbliżała się do mojego schronienia. Każdy krok odbijający się od ścian przyspieszał mi tętno, a w moim sercu rosło coś w rodzaju perwersyjnego zachwytu. Uwielbiałem obserwować, jak ktoś taki jak ona traci spokój. Szkoda, że tylko mogłem to sobie wyobrażać, nie widząc jej twarzy.
•••
Wszystko rozegrało się szybciej, niż zdążyłem pomyśleć. W jednej chwili zadowolony z własnej przebiegłości siedziałem skulony na desce klozetowej, w kiepskiej peruce, w drugiej - łazienka rozbrzmiała krzykiem, który sprawił, że moje serce podskoczyło do gardła. Zamarłem, nie byłem już pewien, czy to jeszcze część mojego genialnego żartu, czy właśnie przywołałem coś, czego nie powinienem. Peruka zsunęła mi się na jedno oko, co nie dodało mi wiarygodności. Musiałem się stamtąd wymknąć.
- Och… - Wyjąkałem z głupim uśmieszkiem, ucharakteryzowany na nią, w peruce i w tej idiotycznej kiecce pod pelerynką. - Technicznie rzecz biorąc, to bardziej hołd, wiesz… Performance art?
Marta jednak nie zamierzała słuchać - zawyła, przelatując przez toaletę tak, że jedna z rur aż jęknęła.
•••
I wtedy nadszedł moment kulminacyjny - Prue nacisnęła ostatnią klamkę, otworzyła drzwi kabiny przede mną, a ja? Rozpłynąłem się w powietrzu, zniknąłem. O, jak łatwo było jej się rozczarować. Widziałem, jak szukała mnie wzrokiem, nerwy spięły jej szczękę. Patrzyłem, jak jej wzrok wędruje po drzwiach - już mogłem powiedzieć, że uwielbiałem ten moment, gdy myśli jej się dostrzegalnie plątały, gdy zaczynała wątpić w siebie. Każda jej próba uporządkowania chaosu, który stworzyłem, była niczym woda na młyn mojego ego. Dźwięk, który wydałem, miał być ledwie cichym „buuu”, ot tyle, by ją podskoczyła - nic poważnego, nic, co mogłoby znów przywołać… Ją, ale w tym momencie, gdy Prudence drgnęła i zapiszczała, Marta znowu zaatakowała… W całej, upiornej, żałosnej okazałości - włosy jak mokre wodorosty, szata wisząca niczym zmięty, rozpaćkany papier, oczy rozżarzone gniewem.
- Och, Merlinie, przestań! - Wyrwało mi się. - Ja nawet nie wiedziałem, że byłaś głupią szlamą! To nie personalne! Poza tym, jak mam żartować z twojej śmierci, gdy za cholerę nie wiem, jak wykitowałaś? Ha! - Może to nie była najlepsza linia obrony, ale zawsze jakaś.
•••
- Nie musisz od razu zaglądać mi do kabiny, mam wrażenie, że to narusza regulamin. - Rzuciłem na widok Bletchley wyłaniającej się z pustego kibla, starając się ignorować Martę i jej kakofonię zawodzeń, płaczy z jękami.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)