Tak właściwie to nie mieli chyba innego wyjścia. Mogli podejść do sprawy mniej entuzjastycznie, tylko czy coś to zmieniało? No nie do końca, wydarzyło się, nie mieli już na to wpływu - pozostawało więc się z tym pogodzić. Bez sensu jest płakać nad rozlanym mlekiem, szczególnie, że przecież już dawno sugerowali jej, iż powinna myśleć o założeniu rodziny. Oczywiście, że to też zrobiła na swoich własnych warunkach, nieco inaczej niż przyjmował ich świat, ale nie było w tym nic zaskakującego. Yaxley tak już przecież miała. Rodzina musiała się z tym pogodzić, nie mieli innego wyjścia, za późno było na kolejne próby wychowywania jej na innego, lepszego w mniemaniu innych człowieka.
- Widzisz, może jednak mam jakieś ukryte zdolności. - Skoro ubiegła jego kolejne pytanie, można by stwierdzić, że należała do zacnego grona jasnowidzów... jasne.
- To dobrze, przynajmniej nie będziesz mi później mógł zarzucić, że nie wiedziałeś. - Nie, żeby zamierzała marnować czas na sen, jednak ostatnio nie do końca potrafiła z tym walczyć. Oczy zamykały jej się w najmniej spodziewanym momencie, nie miała na to najmniejszego wpływu i właściwie zaczęła się z tym godzić, cóż jej innego pozostawało jeśli nie do tego przywyknąć?
- Gdyby chciał strzelać do Ciebie z kuszy, to pewnie już by to zrobił, wiesz zaskoczyłby Cię przed drzwiami, czy coś. - Jak przystało na wybitnego łowcę. Zaczaiłby się na zwierzynę i zaatakował, kiedy ofiara się najmniej tego spodziewała. Nie musieli się jednak obawiać, Gerard wydawał się być chyba najbardziej zadowolony z całego towarzystwa tym, że za te kilka miesięcy zostanie dziadkiem. Nie wnikał, nie dopytywał, może nie był szczególnie uczony, ale potrafił odjąć te trzy miesiące i skleić fakty, wiedział jednak, że to nie było coś w co powinien się wtrącać.
Jej najbliższych nie obchodziło do końca to, jak to się stało, że nie będąc zaręczoną, nie planując ślubu nagle znalazła się w stanie błogosławionym. Grunt, że aktualnie wszystko wydawało się być poukładane i powoli wracali na ten dobry i właściwy tor, to było najbardziej istotne - cała reszta nie miała najmniejszego znaczenia.
- Tak, słoiki i pudełka, Triss przynosiła mi ich całą masę, zapominała zabierać. - Gdyby nie skrzatka pewnie żywiłaby się tylko kawą i papierosami, no, może od czasu do czasu zjadła coś na mieście, jak przypomniałaby sobie o tym, że dawno nie miała nic w ustach. Na szczęście to stworzenie dbało o nią odkąd pamiętała, doceniała jej zaangażowanie w swoją dietę.
- Oczywiście, że nie. Musimy ich rozpieszczać. - W końcu po to mieli zwierzaki, czyż nie? Aby dać im jak najwięcej swojej uwagi, zajmować się nimi tak, jak nikt inny. Miała świadomość, że kot i psy nie miały pojęcia, jak dobrze trafiły, raczej nigdy tego nie docenią, ale tak to już bywa.
- Tak, nikt nie może nas przyłapać. - Nie wydawało jej się, aby skradanie się miało wystarczyć, bo przecież w tym domu ściany miały uszy, jednak ta teatralność wydawała się Yaxley całkiem zabawna, skradać się akurat potrafiła jak nikt inny, nawet w domu.
Opuścili więc salon i powoli, ostrożnie, ruszyli w stronę kuchni, żeby sprawdzić, czy dziczyzna, którą dostarczył jej ojciec nadawała się do podania gościom.