24.10.2025, 18:20 ✶
- Oh, w ten sposób - podrapała się po policzku w zastanowieniu. Miało to zdecydowanie sens, a Dora nagle zdała sobie sprawę że faktycznie ostatnio myślała bardziej o tym, co mogło się przydać, niż co jej samej sprawiłoby przyjemność. - Wiesz, tak sobie myślę, że gdybyśmy mieli szklarnię... to wtedy nie byłoby aż takiego problemu z porami roku. Ale pomyślę co by było fajne. Do doniczek.
Niebieski, jak ładnie - Dora uśmiechnęła się wesoło do Erika, w całości akceptując jego wybór, odnośnie aury z jaką ją widział. Sama swojej chyba nigdy nie widziała, ani też nie słyszała od nikogo, jakiej jest barwy, ale uważała że taki błękit chyba całkiem dobrze ją oddawał. Na pewno pasował do koloru jej oczu.
- Jestem pewna, że wcale nie jest tak źle... - zaryzykowała w kierunku Morpheusa, chociaż wcale nie zamierzała się z nim sprzeczać, bo to on był ewidentnie ekspertem od tego, komu w czym mogło być dobrze. A już w szczególności jemu samemu.
Nie uważała, że sprzedawane podczas Mabon jabłka były czymś złym, a przynajmniej nie postrzegała ich jako coś, co sugerował właśnie Morpheus. Była w nich nadzieja, a nie dar od wspaniałomyślnego Czarnego Pana - jakiś sprzeciw, że nawet podczas sianego przez niego zniszczenia, coś się mu sprzeciwiło, albo sadownicy znaleźli sposób, by całkowicie mu się nie poddać i nie zmarnować plonów. Dla niej to wszystko było... o wiele bardziej złożone, a jednocześnie zwyczajnie prostsze w swojej formie. Voldemort zdawał się nie interesować tym, co pozostawiał za sobą, jakby liczyło się dla niego tylko tu i teraz - terror, który ludzie odczuwali na jego widok i na brzmienie jego imienia. Nie powiedziała więc nic dalej, zwyczajnie nie chcąc się sprzeczać w tym temacie, zamiast tego dalej jedząc to co miała na talerzu.
Niebieski, jak ładnie - Dora uśmiechnęła się wesoło do Erika, w całości akceptując jego wybór, odnośnie aury z jaką ją widział. Sama swojej chyba nigdy nie widziała, ani też nie słyszała od nikogo, jakiej jest barwy, ale uważała że taki błękit chyba całkiem dobrze ją oddawał. Na pewno pasował do koloru jej oczu.
- Jestem pewna, że wcale nie jest tak źle... - zaryzykowała w kierunku Morpheusa, chociaż wcale nie zamierzała się z nim sprzeczać, bo to on był ewidentnie ekspertem od tego, komu w czym mogło być dobrze. A już w szczególności jemu samemu.
Nie uważała, że sprzedawane podczas Mabon jabłka były czymś złym, a przynajmniej nie postrzegała ich jako coś, co sugerował właśnie Morpheus. Była w nich nadzieja, a nie dar od wspaniałomyślnego Czarnego Pana - jakiś sprzeciw, że nawet podczas sianego przez niego zniszczenia, coś się mu sprzeciwiło, albo sadownicy znaleźli sposób, by całkowicie mu się nie poddać i nie zmarnować plonów. Dla niej to wszystko było... o wiele bardziej złożone, a jednocześnie zwyczajnie prostsze w swojej formie. Voldemort zdawał się nie interesować tym, co pozostawiał za sobą, jakby liczyło się dla niego tylko tu i teraz - terror, który ludzie odczuwali na jego widok i na brzmienie jego imienia. Nie powiedziała więc nic dalej, zwyczajnie nie chcąc się sprzeczać w tym temacie, zamiast tego dalej jedząc to co miała na talerzu.
The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.