24.10.2025, 19:33 ✶
Woda skapująca z kaptura tworzyła małe, nieregularne plamy na podłodze, które zaraz znikały, wsiąkając w dywan na podłodze, powietrze pachniało kadzidłem i kurzem, a dźwięk deszczu uderzającego o szyby mieszał się z cichym trzaskiem świec w kącie. Właścicielka tego przybytku wyglądała na kogoś, kto nie boi się niczego - i właśnie to w niej było niepokojące. Była zbyt spokojna, za pewna, jak na kobietę, która powinna chociaż odrobinę wątpić w człowieka, który wpadł do jej sklepu w środku nocy, roztrzęsiony i przemoczony jak włóczęga, wyrzucając z siebie słowa.
- Domyśliłaś się? - Powtórzyłem po niej, głosem zbyt cichym, by zabrzmieć ironicznie, chociaż próbowałem. - Glatuluję, większość ludzi potszebuje dłuszej nisz minutę, szeby uznaś, sze coś jest ze mną nie tak.
Nie mrugnęła nawet - ta jej czujność, którą emanowała, była jak napięta struna. Nie wiedziałem, czy reagowała tak na każdego, czy tylko na mnie. Cokolwiek zobaczyła w mojej postawie, nie chciałem, żeby to widziała. Patrzyłem na nią i próbowałem ułożyć w głowie te wszystkie kawałki - jej obserwacje, współczucie, stanowczość. Tak, kiedy powiedziała, że domyśliła się, nie poczułem ulgi - poczułem, że jestem przezroczysty.
- Hipnoza? - Przerwałem jej, zanim skończyła mówić. - Nie.
Słyszałem każde słowo, lecz to nie było tylko zwykłe słuchanie, było w tym niechętne rozpoznanie naszej dynamiki, jaka sama się układała tej nocy - świadomość tego, że ktoś w kilka chwil, nie znając mnie za dobrze, z dużym prawdopodobieństwem wypunktował wszystkie moje drobne tiki - sposób w jaki przenosiłem ciężar ciała z nogi na nogę, jak dłonie mi się zaciskały, a gardło nie chciało współpracować z umysłem.
- Nie lubię, gdy ktoś miesza w mojej głowie. - Wyrzuciłem w końcu, bo milczenie zaczynało być cięższe niż słowa. Miałem ochotę natychmiast to ukrócić, nie lubiłem, gdy ktoś decydował za mnie, nawet z najlepszych pobudek, byłem człowiekiem, który pilnował granic - tak, jak inni zamykali drzwi na klucz, tak i ja potrafiłem odciąć się w moim własnym wnętrzu, zamknąć tam uczucia i przybrać maskę obojętności, może nawet ironicznego dystansu do świata. Przynajmniej do teraz - kilka dni temu coś się zmieniło i już nad tym nie panowałem. Nie chciałem, żeby bliscy wiedzieli, co się ze mną działo, a już na pewno nie chciałem, by ktoś obcy rozbierał moją psychikę na części, a jednak… Słowa kobiety nie brzmiały oschle ani sędziowsko, miały w sobie jakieś specyficzne ciepło, które ścierało część mojej pogardy dla ludzkiej litości. - To bszmi… Inwazyjnie.
To, co robiła ta kobieta, to nie była próba zgadywania - to była diagnoza, a diagnoza potrafiła być okropnie konkretna. Przeżyłem rzeczy, które nie mieściły się w zwykłych słowach, ale tym razem było gorzej niż kiedykolwiek. Ale czy aż tak źle, bym podjął decyzję o przekroczeniu moich granic? Były tam z jakiegoś powodu. Myśl o czyjejś ręce grzebiącej w moich wspomnieniach wprawiała mnie w odruch obronny, który znałem aż za dobrze. Hipnoza brzmiała jak doskonałe rozwiązanie, może nawet zbyt dobre - nóż, ostrze błyszczące połyskiem obietnicy, że może uciąć to, co boleśnie ciągnęło się za mną od kilku dni, ale to narzędzie mogło również odciąć te kawałki mnie, które wolałem zatrzymać, uczynić mnie podatnym, bezbronnym. Moje opory, potrzeba kontroli, lęk przed utratą czegokolwiek, co pozostało, kłóciły się z czymś innym - zmęczeniem i rodzajem samotnej desperacji. Byłem już wyczerpany od ciągłego patrzenia, jak to uczucie przychodzi i odbiera mi chwilę po chwili, zmęczenie robiło się cięższe niż strach przed ingerencją. Po pożarze - po tej nocy, która wcisnęła mi w pamięć zapach spalenizny i echo krzyków, być może coś się we mnie popsuło i już nie umiałem znaleźć przełącznika. Jej słowa o hipnozie brzmiały prosto, a zanim jeszcze dopowiedziałem więcej na temat moich obiekcji, zobaczyłem w jej oczach coś, co nie było ani pychą, ani chęcią władzy. Uśmiechnąłem się bezwiednie - to był krótki, gorzki uśmiech, który miał smak wymuszonego kompromisu, nie chciałem pomocy, ale jeszcze bardziej nie chciałem się całkiem zgubić, część mnie naprawdę marzyła o tym, żeby ogień wreszcie przestał wracać.
- Chcieś to jedno. Uwieszyś, sze to ma sens, to dlugie. - Odpowiedziałem, starając się zabrzmieć zdecydowanie, chociaż głos miałem chropawy, niemelodyjny, a gdy mówiłem, miałem wrażenie, że słyszę w nim czyjeś echo. Przez moment milczałem, wpatrzony w punkt za jej ramieniem - myśl o kimkolwiek zaglądającym do mojej głowy budziła we mnie coś pomiędzy gniewem a obrzydzeniem. A jednak... Jeśli miała rację, jeśli rzeczywiście można było coś z tego zdjąć, choć odrobinę ciężaru...
- Nie wiem, czy potlafię komuś tak zaufaś. - Powiedziałem w końcu. - Ale skolo jusz tu jestem i gadam od szeszy... - Wzruszyłem ramionami. - To chyba znaczy, sze goszej laczej nie bęsie, plawda? - Nie czekałem na odpowiedź - po prostu usiadłem na pobliskim krześle, pozwalając, by mokry płaszcz skleił się z oparciem. - Jeśli naplawdę sądzisz, sze wiesz, co lobisz... Zapłacę, niezalesznie od ceny, ale... Upszedzam - jeśli zaczniesz gszebaś zbyt głęboko, nam obojgu mosze nam się nie spodobaś to, co tam znajdziesz. - Deszcz za oknem wzmógł się, jakby chciał zagłuszyć moje ostatnie słowa.
- Domyśliłaś się? - Powtórzyłem po niej, głosem zbyt cichym, by zabrzmieć ironicznie, chociaż próbowałem. - Glatuluję, większość ludzi potszebuje dłuszej nisz minutę, szeby uznaś, sze coś jest ze mną nie tak.
Nie mrugnęła nawet - ta jej czujność, którą emanowała, była jak napięta struna. Nie wiedziałem, czy reagowała tak na każdego, czy tylko na mnie. Cokolwiek zobaczyła w mojej postawie, nie chciałem, żeby to widziała. Patrzyłem na nią i próbowałem ułożyć w głowie te wszystkie kawałki - jej obserwacje, współczucie, stanowczość. Tak, kiedy powiedziała, że domyśliła się, nie poczułem ulgi - poczułem, że jestem przezroczysty.
- Hipnoza? - Przerwałem jej, zanim skończyła mówić. - Nie.
Słyszałem każde słowo, lecz to nie było tylko zwykłe słuchanie, było w tym niechętne rozpoznanie naszej dynamiki, jaka sama się układała tej nocy - świadomość tego, że ktoś w kilka chwil, nie znając mnie za dobrze, z dużym prawdopodobieństwem wypunktował wszystkie moje drobne tiki - sposób w jaki przenosiłem ciężar ciała z nogi na nogę, jak dłonie mi się zaciskały, a gardło nie chciało współpracować z umysłem.
- Nie lubię, gdy ktoś miesza w mojej głowie. - Wyrzuciłem w końcu, bo milczenie zaczynało być cięższe niż słowa. Miałem ochotę natychmiast to ukrócić, nie lubiłem, gdy ktoś decydował za mnie, nawet z najlepszych pobudek, byłem człowiekiem, który pilnował granic - tak, jak inni zamykali drzwi na klucz, tak i ja potrafiłem odciąć się w moim własnym wnętrzu, zamknąć tam uczucia i przybrać maskę obojętności, może nawet ironicznego dystansu do świata. Przynajmniej do teraz - kilka dni temu coś się zmieniło i już nad tym nie panowałem. Nie chciałem, żeby bliscy wiedzieli, co się ze mną działo, a już na pewno nie chciałem, by ktoś obcy rozbierał moją psychikę na części, a jednak… Słowa kobiety nie brzmiały oschle ani sędziowsko, miały w sobie jakieś specyficzne ciepło, które ścierało część mojej pogardy dla ludzkiej litości. - To bszmi… Inwazyjnie.
To, co robiła ta kobieta, to nie była próba zgadywania - to była diagnoza, a diagnoza potrafiła być okropnie konkretna. Przeżyłem rzeczy, które nie mieściły się w zwykłych słowach, ale tym razem było gorzej niż kiedykolwiek. Ale czy aż tak źle, bym podjął decyzję o przekroczeniu moich granic? Były tam z jakiegoś powodu. Myśl o czyjejś ręce grzebiącej w moich wspomnieniach wprawiała mnie w odruch obronny, który znałem aż za dobrze. Hipnoza brzmiała jak doskonałe rozwiązanie, może nawet zbyt dobre - nóż, ostrze błyszczące połyskiem obietnicy, że może uciąć to, co boleśnie ciągnęło się za mną od kilku dni, ale to narzędzie mogło również odciąć te kawałki mnie, które wolałem zatrzymać, uczynić mnie podatnym, bezbronnym. Moje opory, potrzeba kontroli, lęk przed utratą czegokolwiek, co pozostało, kłóciły się z czymś innym - zmęczeniem i rodzajem samotnej desperacji. Byłem już wyczerpany od ciągłego patrzenia, jak to uczucie przychodzi i odbiera mi chwilę po chwili, zmęczenie robiło się cięższe niż strach przed ingerencją. Po pożarze - po tej nocy, która wcisnęła mi w pamięć zapach spalenizny i echo krzyków, być może coś się we mnie popsuło i już nie umiałem znaleźć przełącznika. Jej słowa o hipnozie brzmiały prosto, a zanim jeszcze dopowiedziałem więcej na temat moich obiekcji, zobaczyłem w jej oczach coś, co nie było ani pychą, ani chęcią władzy. Uśmiechnąłem się bezwiednie - to był krótki, gorzki uśmiech, który miał smak wymuszonego kompromisu, nie chciałem pomocy, ale jeszcze bardziej nie chciałem się całkiem zgubić, część mnie naprawdę marzyła o tym, żeby ogień wreszcie przestał wracać.
- Chcieś to jedno. Uwieszyś, sze to ma sens, to dlugie. - Odpowiedziałem, starając się zabrzmieć zdecydowanie, chociaż głos miałem chropawy, niemelodyjny, a gdy mówiłem, miałem wrażenie, że słyszę w nim czyjeś echo. Przez moment milczałem, wpatrzony w punkt za jej ramieniem - myśl o kimkolwiek zaglądającym do mojej głowy budziła we mnie coś pomiędzy gniewem a obrzydzeniem. A jednak... Jeśli miała rację, jeśli rzeczywiście można było coś z tego zdjąć, choć odrobinę ciężaru...
- Nie wiem, czy potlafię komuś tak zaufaś. - Powiedziałem w końcu. - Ale skolo jusz tu jestem i gadam od szeszy... - Wzruszyłem ramionami. - To chyba znaczy, sze goszej laczej nie bęsie, plawda? - Nie czekałem na odpowiedź - po prostu usiadłem na pobliskim krześle, pozwalając, by mokry płaszcz skleił się z oparciem. - Jeśli naplawdę sądzisz, sze wiesz, co lobisz... Zapłacę, niezalesznie od ceny, ale... Upszedzam - jeśli zaczniesz gszebaś zbyt głęboko, nam obojgu mosze nam się nie spodobaś to, co tam znajdziesz. - Deszcz za oknem wzmógł się, jakby chciał zagłuszyć moje ostatnie słowa.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)