24.10.2025, 21:21 ✶
Nie drgnęła, miała w sobie coś z kamienia - z tych, które leżą na brzegu morza i nawet największe fale nie potrafią ich ruszyć, ja za to miałem wrażenie, że wystarczy podmuch, by mnie przewrócić, i nienawidziłem tego z całego serca, jakie jeszcze mi zostało.
- „Inwazyjne, ale konieczne.” - Powtórzyłem po niej, z lekkim przekąsem. Nie wyglądała na rozbawioną - ja też nie. - Ciekawy zestaw słów, bszmi tlochę, jak diagnoza s czasów, gdy ludzie leczyli szaleństwo lobotomią. - Mogłem się śmiać, ale zamiast tego poczułem znajomy ucisk w żołądku. Może dlatego, że miała rację - moja odmowa wcale nie była tak stanowcza, jak chciałbym, bo jeśli istniała choć cień szansy, że cokolwiek z tego bólu da się wyciszyć...
- Pamięś, kontlolę, cokolwiek ze mnie jeszcze zostało. - Spojrzałem na nią z ukosa, nie zamierzała mnie przekonywać, a jednak każde jej słowo działało jak drobny nacisk, jakby dotykała miejsc, o których wolałem nie pamiętać, gdy więc powiedziała: „Wiem, co robię”, uwierzyłem jej - nie dlatego, że byłem pewien, iż miała te właściwe kwalifikacje, tylko dlatego, że mówiła to z tym rodzajem spokojnej pewności, który był bardziej przerażający niż jakiekolwiek groźby. - A wblew pozolom, to wcale nie tak mało. - Uśmiechnąłem się blado, krzywo, bardziej z przyzwyczajenia niż z przekonania. W tym momencie zaczynałem mieć wrażenie, że ona już mnie w jakiś sposób czytała. - Zaleszy, kto definiuje „waliata”. - Nie wiedziałem, czy bardziej mnie drażnił jej ton, czy to, że miała rację. Stała tam naprzeciwko mnie z tym swoim przeklętym spokojem, jakby znała zakończenie, a ja dopiero próbowałem odgadnąć, o co w ogóle chodzi. Wciąż mówiła dalej, rzeczowo, spokojnie, jak ktoś, kto zbyt długo rozmawia z ludźmi pogubionymi we własnych głowach, słuchałem, a w środku czułem narastające napięcie, zwłaszcza na wspomnienie, że już dawno mogłaby mnie zahipnotyzować. No i ten brak ceny...
- Zazwyczaj, jak ktoś mówi takie szeszy, to kończę z długiem, któly nie ma kwoty, a to tlochę chujowo. - Westchnąłem ciężko, jak ktoś, kto już wie, że i tak przegrał. Nie powiedziałem tego z przekonaniem, raczej z rezygnacją, ona jednak uznała, że to wystarczająco dużo zgody, by przejść do następnego etapu, zatrzymała się tuż przede mną, była blisko - na tyle, że czułem zapach ziół i dymu w jej ubraniu, sięgnęła do szyi, odpięła cienki łańcuszek, a na jego końcu błysnęło to samo wahadełko, które teraz zaczynało krążyć w powietrzu, przez moment nie mogłem oderwać wzroku.
Wahadełko bujało się przed moimi oczami, z początku zbyt szybko, bym chciał za tym nadążać, potem ruch zwolnił, stał się płynny, rytmiczny, niepokojąco hipnotyczny. Nie odwróciłem spojrzenia, chociaż wszystko we mnie krzyczało, by to przerwać, mimo to, śledziłem ruch, bo w tym wahaniu ukryta była jakaś obietnica spokoju. Powierzchnia odbijała światło świecy w rytmie oddechu, deszcz za oknem uderzał o szybę coraz gęściej, jakby świat na zewnątrz przestał istnieć, a ja, mimo wszystkich obiekcji, poczułem, że gdzieś głęboko, bardzo głęboko coś zaczynało się rozluźniać - to właśnie mnie przeraziło najbardziej. Zamrugałem, raz, drugi.
- Wiesz, sze to wygląda jak scena z kiepskiego filmu? - Wymamrotałem, ale nie ruszyłem się z miejsca. - Zalaz zapytasz mnie, co widzę, a ja powiem: „Światło i mojego maltwego psa”.
- „Inwazyjne, ale konieczne.” - Powtórzyłem po niej, z lekkim przekąsem. Nie wyglądała na rozbawioną - ja też nie. - Ciekawy zestaw słów, bszmi tlochę, jak diagnoza s czasów, gdy ludzie leczyli szaleństwo lobotomią. - Mogłem się śmiać, ale zamiast tego poczułem znajomy ucisk w żołądku. Może dlatego, że miała rację - moja odmowa wcale nie była tak stanowcza, jak chciałbym, bo jeśli istniała choć cień szansy, że cokolwiek z tego bólu da się wyciszyć...
- Pamięś, kontlolę, cokolwiek ze mnie jeszcze zostało. - Spojrzałem na nią z ukosa, nie zamierzała mnie przekonywać, a jednak każde jej słowo działało jak drobny nacisk, jakby dotykała miejsc, o których wolałem nie pamiętać, gdy więc powiedziała: „Wiem, co robię”, uwierzyłem jej - nie dlatego, że byłem pewien, iż miała te właściwe kwalifikacje, tylko dlatego, że mówiła to z tym rodzajem spokojnej pewności, który był bardziej przerażający niż jakiekolwiek groźby. - A wblew pozolom, to wcale nie tak mało. - Uśmiechnąłem się blado, krzywo, bardziej z przyzwyczajenia niż z przekonania. W tym momencie zaczynałem mieć wrażenie, że ona już mnie w jakiś sposób czytała. - Zaleszy, kto definiuje „waliata”. - Nie wiedziałem, czy bardziej mnie drażnił jej ton, czy to, że miała rację. Stała tam naprzeciwko mnie z tym swoim przeklętym spokojem, jakby znała zakończenie, a ja dopiero próbowałem odgadnąć, o co w ogóle chodzi. Wciąż mówiła dalej, rzeczowo, spokojnie, jak ktoś, kto zbyt długo rozmawia z ludźmi pogubionymi we własnych głowach, słuchałem, a w środku czułem narastające napięcie, zwłaszcza na wspomnienie, że już dawno mogłaby mnie zahipnotyzować. No i ten brak ceny...
- Zazwyczaj, jak ktoś mówi takie szeszy, to kończę z długiem, któly nie ma kwoty, a to tlochę chujowo. - Westchnąłem ciężko, jak ktoś, kto już wie, że i tak przegrał. Nie powiedziałem tego z przekonaniem, raczej z rezygnacją, ona jednak uznała, że to wystarczająco dużo zgody, by przejść do następnego etapu, zatrzymała się tuż przede mną, była blisko - na tyle, że czułem zapach ziół i dymu w jej ubraniu, sięgnęła do szyi, odpięła cienki łańcuszek, a na jego końcu błysnęło to samo wahadełko, które teraz zaczynało krążyć w powietrzu, przez moment nie mogłem oderwać wzroku.
Wahadełko bujało się przed moimi oczami, z początku zbyt szybko, bym chciał za tym nadążać, potem ruch zwolnił, stał się płynny, rytmiczny, niepokojąco hipnotyczny. Nie odwróciłem spojrzenia, chociaż wszystko we mnie krzyczało, by to przerwać, mimo to, śledziłem ruch, bo w tym wahaniu ukryta była jakaś obietnica spokoju. Powierzchnia odbijała światło świecy w rytmie oddechu, deszcz za oknem uderzał o szybę coraz gęściej, jakby świat na zewnątrz przestał istnieć, a ja, mimo wszystkich obiekcji, poczułem, że gdzieś głęboko, bardzo głęboko coś zaczynało się rozluźniać - to właśnie mnie przeraziło najbardziej. Zamrugałem, raz, drugi.
- Wiesz, sze to wygląda jak scena z kiepskiego filmu? - Wymamrotałem, ale nie ruszyłem się z miejsca. - Zalaz zapytasz mnie, co widzę, a ja powiem: „Światło i mojego maltwego psa”.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)