24.10.2025, 23:19 ✶
Stałem naprzeciwko niej, obserwując każdy ruch kobiety, próbując powstrzymać się od przewracania oczami czy komentarzy, które od razu cisnęły mi się na język. Nie było łatwo, bo już sama atmosfera w pokoju napinała mnie, jak strunę, a ona wchodziła w swoją rolę z taką pewnością, że odruchowo odczuwałem naprawdę głęboki dyskomfort - nie, gadanie od rzeczy nie miało z tym nic wspólnego - wcale, a wcale. Początkowo miałem ochotę opowiedzieć coś jeszcze bardziej kąśliwego na wspomnienie różnic między hipnozą a lobotomią, ironicznie skomentować jej wiarę w te wszystkie sztuczki, ale wstrzymałem się. Była zdeterminowana, a ja… Cóż, ja byłem trudnym przypadkiem - to widać było na kilometr.
Pewność siebie emanująca od właścicielki lokalu była jedną z tych rzeczy, które trudno było mi ocenić - czy to, że wierzyła w swoje metody, było jej siłą, czy po prostu ślepym uporem kogoś, kto próbował przekonywać innych o sile, jakiej nie miał, jak to robiło wielu spirytystycznych szarlatanów. Kiedy obiecała, że „tym razem nie będzie do dupy”, kiwnąłem głową, nie komentując. Na pewno nie mogłem tego nazwać bezpodstawnym, bo widziałem, że podchodziła do wszystkiego z całym zaangażowaniem.
Nie przyszedłem tu zresztą, faktycznie, po to, by łapać każde słowo i analizować je w nieskończoność, nie? W myślach podziękowałem sobie za nagłą powściągliwość, bo reakcja werbalna byłaby raczej… Szorstka. Ach, tak, magiczne zapewnienia o jakości - znów kiwnąłem głową, mogłem prawie usłyszeć w tym drobną obietnicę, że może, być może, uda mi się nie wyjść stąd jeszcze bardziej wkurzonym i rozbitym, niż moment wcześniej, gdy wpadłem z ulicy do wnętrza lokalu.
Nie skomentowałem już jej przewrócenia oczami ani powtarzania instrukcji. Nie odezwałem się, tylko pozwoliłem jej machać tym przeklętym wahadełkiem. Cisza była w tym momencie najlepszą bronią. Pozwoliłem, by wahadełko przyciągało mój wzrok, bo wiedziałem, że muszę grać rolę „posłusznego pacjenta”, przynajmniej na chwilę. Tu, proszę, już wiedziałem, że jej sukces polegał głównie na moim zamknięciu mordy. Wcisnąłem się w fotel, pozwalając wzrokowi płynnie podążać za wahadełkiem - chociaż w głębi wiedziałem, że nie wierzę w cuda, w tym momencie uznałem, iż mogę po prostu dać się prowadzić, dla samego siebie, żeby sprawdzić, dokąd to zaprowadzi. Nie mogło być gorzej, prawda? Nie, gdy już było fatalnie. Nie było w tym, co robiliśmy, żadnej pewności, zero gwarancji, że efekt będzie inny niż zwykle, ale było coś w jej zacięciu, skupieniu, co sprawiało, że mimo sceptycyzmu sam zaczynałem się wciągać. Chciałem jej przerwać, powiedzieć, żeby zostawiła mnie w spokoju, ale nie zrobiłem tego. Słuchałem, chociaż każda kolejna próba wciągania mnie w proces wywoływała we mnie lekki opór. Spojrzałem na nią kątem oka, nie komentując nic więcej, jej determinacja była irytująco… Fascynująca. Nie wiedziałem, czy bardziej chciałem, żeby jej się udało, czy żeby wszystko legło w gruzach, a ja mógłbym wreszcie odpuścić. Patrząc na wahadełko, przez dłuższą chwilę, poczułem jednak dziwny impuls - żeby jej zaufać, w tym całym chaosie, który nazywała czymś, co nie było magiczną lobotomią.
Śledziłem wzrokiem wahadełko, aż słowa zaczęły do mnie docierać, jak zza ściany wody w wodospadzie. Wreszcie czułem, że mogę się poddać temu, co robiła, oddychałem spokojnie, tak jak mówiła. Zawahałem się, kiedy wspomniała tamtą noc, pożary, strach i… Zaskakujące, ale poczułem, że coś we mnie się uwalnia. Nie wszystko, nie całe wspomnienia, tylko te fragmenty, które mnie paraliżowały. Kiedy pstryknęła palcami i przestała poruszać wahadełkiem, spojrzałem na nią. Nie było triumfu ani euforii, tylko poczucie, że coś się zmieniło - udało się. Zamrugałem powoli, poczułem to dziwne połączenie ulgi i pustki, jakby przestrzeń, którą wypełniał lęk, nagle była pusta, chłodna, ale nieszkodliwa. No cóż, pomyślałem, jest lepiej. O dziwo.
- Dzięki… - Wyrwało mi się cicho.
Pewność siebie emanująca od właścicielki lokalu była jedną z tych rzeczy, które trudno było mi ocenić - czy to, że wierzyła w swoje metody, było jej siłą, czy po prostu ślepym uporem kogoś, kto próbował przekonywać innych o sile, jakiej nie miał, jak to robiło wielu spirytystycznych szarlatanów. Kiedy obiecała, że „tym razem nie będzie do dupy”, kiwnąłem głową, nie komentując. Na pewno nie mogłem tego nazwać bezpodstawnym, bo widziałem, że podchodziła do wszystkiego z całym zaangażowaniem.
Nie przyszedłem tu zresztą, faktycznie, po to, by łapać każde słowo i analizować je w nieskończoność, nie? W myślach podziękowałem sobie za nagłą powściągliwość, bo reakcja werbalna byłaby raczej… Szorstka. Ach, tak, magiczne zapewnienia o jakości - znów kiwnąłem głową, mogłem prawie usłyszeć w tym drobną obietnicę, że może, być może, uda mi się nie wyjść stąd jeszcze bardziej wkurzonym i rozbitym, niż moment wcześniej, gdy wpadłem z ulicy do wnętrza lokalu.
Nie skomentowałem już jej przewrócenia oczami ani powtarzania instrukcji. Nie odezwałem się, tylko pozwoliłem jej machać tym przeklętym wahadełkiem. Cisza była w tym momencie najlepszą bronią. Pozwoliłem, by wahadełko przyciągało mój wzrok, bo wiedziałem, że muszę grać rolę „posłusznego pacjenta”, przynajmniej na chwilę. Tu, proszę, już wiedziałem, że jej sukces polegał głównie na moim zamknięciu mordy. Wcisnąłem się w fotel, pozwalając wzrokowi płynnie podążać za wahadełkiem - chociaż w głębi wiedziałem, że nie wierzę w cuda, w tym momencie uznałem, iż mogę po prostu dać się prowadzić, dla samego siebie, żeby sprawdzić, dokąd to zaprowadzi. Nie mogło być gorzej, prawda? Nie, gdy już było fatalnie. Nie było w tym, co robiliśmy, żadnej pewności, zero gwarancji, że efekt będzie inny niż zwykle, ale było coś w jej zacięciu, skupieniu, co sprawiało, że mimo sceptycyzmu sam zaczynałem się wciągać. Chciałem jej przerwać, powiedzieć, żeby zostawiła mnie w spokoju, ale nie zrobiłem tego. Słuchałem, chociaż każda kolejna próba wciągania mnie w proces wywoływała we mnie lekki opór. Spojrzałem na nią kątem oka, nie komentując nic więcej, jej determinacja była irytująco… Fascynująca. Nie wiedziałem, czy bardziej chciałem, żeby jej się udało, czy żeby wszystko legło w gruzach, a ja mógłbym wreszcie odpuścić. Patrząc na wahadełko, przez dłuższą chwilę, poczułem jednak dziwny impuls - żeby jej zaufać, w tym całym chaosie, który nazywała czymś, co nie było magiczną lobotomią.
Śledziłem wzrokiem wahadełko, aż słowa zaczęły do mnie docierać, jak zza ściany wody w wodospadzie. Wreszcie czułem, że mogę się poddać temu, co robiła, oddychałem spokojnie, tak jak mówiła. Zawahałem się, kiedy wspomniała tamtą noc, pożary, strach i… Zaskakujące, ale poczułem, że coś we mnie się uwalnia. Nie wszystko, nie całe wspomnienia, tylko te fragmenty, które mnie paraliżowały. Kiedy pstryknęła palcami i przestała poruszać wahadełkiem, spojrzałem na nią. Nie było triumfu ani euforii, tylko poczucie, że coś się zmieniło - udało się. Zamrugałem powoli, poczułem to dziwne połączenie ulgi i pustki, jakby przestrzeń, którą wypełniał lęk, nagle była pusta, chłodna, ale nieszkodliwa. No cóż, pomyślałem, jest lepiej. O dziwo.
- Dzięki… - Wyrwało mi się cicho.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)