25.10.2025, 03:35 ✶
W jej rozbawieniu było coś odświeżającego, a to, że starała się je tłumić, tylko czyniło całą scenę jeszcze bardziej komiczną, gdy próbowała powstrzymać śmiech, łzy cisnęły jej się do oczu, ja odruchowo odwróciłem wzrok, żeby samemu nie parsknąć. Nie wypadało. W teorii. Matka pewnie nie miała nam tego za złe, jeżeli faktycznie istniała, musiała już dawno przywyknąć do tego, że ludzie, którzy się śmieją w trakcie ceremonii, zwykle po prostu próbują ją przetrwać.
Nie zamierzałem się spierać o to, czy Ambroise faktycznie potrzebował eliksiru, żeby przeżyć własny ślub, ale szczerze mówiąc, coś w tym było. Mimo to - stłumiłem komentarz.
Kiedy wstaliśmy, żeby ruszyć w stronę stołów, podałem jej ramię niemal odruchowo, zaskakująco naturalnie, zważywszy, że jeszcze niedawno traktowałem ją jak nieznajomą, którą los przydzielał mi do towarzystwa w najdziwniejszych okolicznościach. Teraz... Cóż, teraz nawet jej buty wydawały się moją odpowiedzialnością. Manewrowaliśmy między stołami w dość przyzwoitym tempie, chociaż w tych obcasach, jakie nosiła, nawet to zakrawało na sport ekstremalny.
- Dwieście nazwisk? - Powtórzyłem, przysuwając się lekko, żeby ustąpić miejsca jakiemuś czarodziejowi o aparycji rozjuszonego hipogryfa, który pewnie, o ironio, pomyślał o mnie to samo. - W takim wypadku lepiej, szebyśmy szukali szybciej, zanim ktoś s nas umsze ze stalości. - Właśnie miałem zaproponować, że znajdziemy jakieś miejsce bliżej wyjścia - zawsze lubiłem mieć za plecami wolną przestrzeń - gdy nagle usłyszałem, że ktoś zawołał jej imię. Komentarz Prue nic mi nie rozjaśnił.
Gdy dołączyliśmy do znajomej Prudence, kobieta zareagowała na nasz widok uprzejmym uśmiechem, takim, który nie zdradzał, co naprawdę myślała. Klasyczne, arystokratyczne zagranie - ciepło na twarzy, chłodniejsza kalkulacja w spojrzeniu na widok kogoś nieznanego, towarzyszącego bardzo znanej osobie. Nie miałem jej tego za złe, wiedziałem, że w takich sytuacjach liczyło się pierwsze wrażenie. Nie przeszkadzało mi to - umiałem zachowywać pozory, nawet jeśli nigdy ich nie lubiłem. Sam znałem zbyt wielu ludzi, którzy uśmiechali się tuż przed tym, jak wbili ci nóż w plecy. Połowa z nich była moją najbliższą rodziną. Co prawda, nie kojarzyłem żadnej Astorii, z czasów mojej arystokratycznej przeszłości, ale nazwisko Avery obiło mi się o uszy wystarczająco często, by wiedzieć, że to ktoś z tej półki, na której srebra same się polerują. No, dobrze, najczęściej rękami niewidocznego zachrzanu skrzatów domowych - same, nie?
- Mi także. - Uśmiechnąłem się lekko, tyle, ile wymagała etykieta, ale bez przesady - byłem klątwołamaczem, nie dyplomatą. W moim fachu niby i tak każdy kłamał, a prawda miała tendencję do ginienia pod lawiną pozorów, ale nie aż tak, nie, jak w polityce.
Gdy już zaś chodziło o polityczne zagrania... Prue zawahała się wystarczająco, by czas między jednym słowem a drugim wydłużył się do granic przyzwoitości. W rzeczywistości ta pauza trwała może ułamek sekundy, ale wystarczyła, żebym zdążył dopisać do niej wszystkie możliwe zakończenia. „Mój partner.” „Mój chłopak.” „Mój towarzysz.” „Mój eksperyment społeczny.” Nie musiałem wiedzieć, które z nich wybierze - samo to zawahanie powinno być wymowne. „Przyjaciel.” Powiedziała to z uśmiechem - przedstawiając mi jej „również przyjaciółkę” z taką lekkością, jakby nic w tym nie było, żadnego dnia, jakbyśmy nie stali w dopasowanych kolorach, jakby mój idiotyczny krawat nie był fuksjowy, w dokładnie takim kolorze jak jej sukienka, a nasze gesty względem siebie nie układały się w coś, co w moich oczach dawno przestało wyglądać na przypadek. Nawet nie starałem się udawać, że się nie spotykamy.
„Przyjaciel.”
Wypowiedziane tak spokojnie, jakbyśmy nigdy nie spędzili razem tylu dni i nocy - to słowo uderzyło zaskakująco mocno, chociaż nie drgnąłem nawet o milimetr. Może powinienem się śmiać. W końcu to było zabawne, nie? Zostawiłem jej wolność, bo zawsze ją miała, nawet jeśli ustaliliśmy stopień zawiłości naszej relacji i nie była to przyjaźń. Mogła powiedzieć, że jestem kimkolwiek, tymczasem z całego wachlarza możliwości, jakie jej pozostawiłem, z tych żartów, drobnych gestów i deklaracji - wybrała właśnie to. Nie mrugnąłem nawet, zachowałem ten sam uprzejmy uśmiech, skinąłem głową, jak przystało na kogoś, kto nie przykładał do słów większej wagi. Może nawet wyglądało to całkiem naturalnie, w końcu miałem w tym doświadczenie. Tyle lat udawania, że wszystko jest dokładnie tak, jak powinno, wyniesione z nieudanego małżeństwa, nauczyło mnie, że najwięcej mówi to, czego się nie powie.
- Pszyniosę ci. - Odpowiedziałem spokojnie, z cieniem uśmiechu. Zachowałem się dokładnie tak, jak powinienem - spokojnie, grzecznie, bez żadnego komentarza, bo tak wypadało, delikatnie wysunąłem rękę spod jej dłoni, chociaż, gdybyśmy byli sami, na pewno stwierdziłbym, że znając lokalne zwyczaje, obawiam się, że pod koniec nocy nawet woda będzie miała w sobie procenty, więc po co się powstrzymywać. Zachowałem to dla siebie, tak jak wszystko inne, mój wyraz twarzy nie zmienił się ani odrobinę, a jeśli cokolwiek przemknęło mi przez głowę, to zatrzymało się gdzieś między żołądkiem a gardłem, skąd nie miało prawa się wydostać. Skinąłem im głową, a potem odsunąłem się w bok i pozwoliłem, żeby rozmowa potoczyła się dalej, już beze mnie, przeciskając między krzesłami. Czułem spojrzenie Astorii na plecach przez kilka kroków. Nie takie, które niepokoiło, raczej to, które rejestrowało. Nie musiała wiedzieć, że po tylu latach nauczyłem się całkiem sprawnie maskować mieszane uczucia. Nie byłem typem, który przywiązywał się łatwo, widziałem za dużo, by wierzyć, że coś może trwać, gdy nie ma ku temu żadnych podstaw, a jednak, z jakiegoś powodu, to jedno słowo utkwiło mi w głowie. Nie mogłem mieć pretensji - nigdy nie obiecywaliśmy sobie niczego, to wszystko zaczęło się od żartu, od tej całej farsy. Tak, to było bezpieczne, czyste, pozbawione zobowiązań, idealne słowo na salony. A że przy okazji zupełnie nie takie, które chciałbym od niej usłyszeć, w tym kontekście? A jednak, skoro to miało być tylko przedstawienie, to czemu miałem wrażenie, że właśnie ktoś zmienił scenariusz, nie mówiąc mi o tym? Nie wiedziałem, czy powinienem czuć ulgę, czy coś zupełnie odwrotnego, więc zrobiłem to, co zawsze w takich chwilach - docierając do baru, uniosłem kieliszek z jednej przygotowanych tam tac, opróżniając zawartość i udawałem, że nic się nie stało. A w środku? Cóż, gdzieś między rozbawieniem a rozczarowaniem, pomyślałem, że może to właśnie był urok Prudence Bletchley. Zawsze mówiła coś, co niby nic nie znaczyło… A potem człowiek przez całe wieczory próbował zrozumieć, dlaczego jednak znaczyło aż tyle. Powinienem pamiętać, że pod niektórymi względami niewiele się zmieniło, nawet jeśli nie byliśmy już w Hogwarcie.
Nie zamierzałem się spierać o to, czy Ambroise faktycznie potrzebował eliksiru, żeby przeżyć własny ślub, ale szczerze mówiąc, coś w tym było. Mimo to - stłumiłem komentarz.
Kiedy wstaliśmy, żeby ruszyć w stronę stołów, podałem jej ramię niemal odruchowo, zaskakująco naturalnie, zważywszy, że jeszcze niedawno traktowałem ją jak nieznajomą, którą los przydzielał mi do towarzystwa w najdziwniejszych okolicznościach. Teraz... Cóż, teraz nawet jej buty wydawały się moją odpowiedzialnością. Manewrowaliśmy między stołami w dość przyzwoitym tempie, chociaż w tych obcasach, jakie nosiła, nawet to zakrawało na sport ekstremalny.
- Dwieście nazwisk? - Powtórzyłem, przysuwając się lekko, żeby ustąpić miejsca jakiemuś czarodziejowi o aparycji rozjuszonego hipogryfa, który pewnie, o ironio, pomyślał o mnie to samo. - W takim wypadku lepiej, szebyśmy szukali szybciej, zanim ktoś s nas umsze ze stalości. - Właśnie miałem zaproponować, że znajdziemy jakieś miejsce bliżej wyjścia - zawsze lubiłem mieć za plecami wolną przestrzeń - gdy nagle usłyszałem, że ktoś zawołał jej imię. Komentarz Prue nic mi nie rozjaśnił.
Gdy dołączyliśmy do znajomej Prudence, kobieta zareagowała na nasz widok uprzejmym uśmiechem, takim, który nie zdradzał, co naprawdę myślała. Klasyczne, arystokratyczne zagranie - ciepło na twarzy, chłodniejsza kalkulacja w spojrzeniu na widok kogoś nieznanego, towarzyszącego bardzo znanej osobie. Nie miałem jej tego za złe, wiedziałem, że w takich sytuacjach liczyło się pierwsze wrażenie. Nie przeszkadzało mi to - umiałem zachowywać pozory, nawet jeśli nigdy ich nie lubiłem. Sam znałem zbyt wielu ludzi, którzy uśmiechali się tuż przed tym, jak wbili ci nóż w plecy. Połowa z nich była moją najbliższą rodziną. Co prawda, nie kojarzyłem żadnej Astorii, z czasów mojej arystokratycznej przeszłości, ale nazwisko Avery obiło mi się o uszy wystarczająco często, by wiedzieć, że to ktoś z tej półki, na której srebra same się polerują. No, dobrze, najczęściej rękami niewidocznego zachrzanu skrzatów domowych - same, nie?
- Mi także. - Uśmiechnąłem się lekko, tyle, ile wymagała etykieta, ale bez przesady - byłem klątwołamaczem, nie dyplomatą. W moim fachu niby i tak każdy kłamał, a prawda miała tendencję do ginienia pod lawiną pozorów, ale nie aż tak, nie, jak w polityce.
Gdy już zaś chodziło o polityczne zagrania... Prue zawahała się wystarczająco, by czas między jednym słowem a drugim wydłużył się do granic przyzwoitości. W rzeczywistości ta pauza trwała może ułamek sekundy, ale wystarczyła, żebym zdążył dopisać do niej wszystkie możliwe zakończenia. „Mój partner.” „Mój chłopak.” „Mój towarzysz.” „Mój eksperyment społeczny.” Nie musiałem wiedzieć, które z nich wybierze - samo to zawahanie powinno być wymowne. „Przyjaciel.” Powiedziała to z uśmiechem - przedstawiając mi jej „również przyjaciółkę” z taką lekkością, jakby nic w tym nie było, żadnego dnia, jakbyśmy nie stali w dopasowanych kolorach, jakby mój idiotyczny krawat nie był fuksjowy, w dokładnie takim kolorze jak jej sukienka, a nasze gesty względem siebie nie układały się w coś, co w moich oczach dawno przestało wyglądać na przypadek. Nawet nie starałem się udawać, że się nie spotykamy.
„Przyjaciel.”
Wypowiedziane tak spokojnie, jakbyśmy nigdy nie spędzili razem tylu dni i nocy - to słowo uderzyło zaskakująco mocno, chociaż nie drgnąłem nawet o milimetr. Może powinienem się śmiać. W końcu to było zabawne, nie? Zostawiłem jej wolność, bo zawsze ją miała, nawet jeśli ustaliliśmy stopień zawiłości naszej relacji i nie była to przyjaźń. Mogła powiedzieć, że jestem kimkolwiek, tymczasem z całego wachlarza możliwości, jakie jej pozostawiłem, z tych żartów, drobnych gestów i deklaracji - wybrała właśnie to. Nie mrugnąłem nawet, zachowałem ten sam uprzejmy uśmiech, skinąłem głową, jak przystało na kogoś, kto nie przykładał do słów większej wagi. Może nawet wyglądało to całkiem naturalnie, w końcu miałem w tym doświadczenie. Tyle lat udawania, że wszystko jest dokładnie tak, jak powinno, wyniesione z nieudanego małżeństwa, nauczyło mnie, że najwięcej mówi to, czego się nie powie.
- Pszyniosę ci. - Odpowiedziałem spokojnie, z cieniem uśmiechu. Zachowałem się dokładnie tak, jak powinienem - spokojnie, grzecznie, bez żadnego komentarza, bo tak wypadało, delikatnie wysunąłem rękę spod jej dłoni, chociaż, gdybyśmy byli sami, na pewno stwierdziłbym, że znając lokalne zwyczaje, obawiam się, że pod koniec nocy nawet woda będzie miała w sobie procenty, więc po co się powstrzymywać. Zachowałem to dla siebie, tak jak wszystko inne, mój wyraz twarzy nie zmienił się ani odrobinę, a jeśli cokolwiek przemknęło mi przez głowę, to zatrzymało się gdzieś między żołądkiem a gardłem, skąd nie miało prawa się wydostać. Skinąłem im głową, a potem odsunąłem się w bok i pozwoliłem, żeby rozmowa potoczyła się dalej, już beze mnie, przeciskając między krzesłami. Czułem spojrzenie Astorii na plecach przez kilka kroków. Nie takie, które niepokoiło, raczej to, które rejestrowało. Nie musiała wiedzieć, że po tylu latach nauczyłem się całkiem sprawnie maskować mieszane uczucia. Nie byłem typem, który przywiązywał się łatwo, widziałem za dużo, by wierzyć, że coś może trwać, gdy nie ma ku temu żadnych podstaw, a jednak, z jakiegoś powodu, to jedno słowo utkwiło mi w głowie. Nie mogłem mieć pretensji - nigdy nie obiecywaliśmy sobie niczego, to wszystko zaczęło się od żartu, od tej całej farsy. Tak, to było bezpieczne, czyste, pozbawione zobowiązań, idealne słowo na salony. A że przy okazji zupełnie nie takie, które chciałbym od niej usłyszeć, w tym kontekście? A jednak, skoro to miało być tylko przedstawienie, to czemu miałem wrażenie, że właśnie ktoś zmienił scenariusz, nie mówiąc mi o tym? Nie wiedziałem, czy powinienem czuć ulgę, czy coś zupełnie odwrotnego, więc zrobiłem to, co zawsze w takich chwilach - docierając do baru, uniosłem kieliszek z jednej przygotowanych tam tac, opróżniając zawartość i udawałem, że nic się nie stało. A w środku? Cóż, gdzieś między rozbawieniem a rozczarowaniem, pomyślałem, że może to właśnie był urok Prudence Bletchley. Zawsze mówiła coś, co niby nic nie znaczyło… A potem człowiek przez całe wieczory próbował zrozumieć, dlaczego jednak znaczyło aż tyle. Powinienem pamiętać, że pod niektórymi względami niewiele się zmieniło, nawet jeśli nie byliśmy już w Hogwarcie.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)