25.10.2025, 13:40 ✶
Nie spodziewałem się takiej reakcji - odejścia od przyjaciółki i jakichkolwiek wyjaśnień. Oparłem się o blat baru, odłożyłem szklankę z wodą i drinka, którego barman postawił przede mną chwilę wcześniej, i dopiero wtedy się do niej zwróciłem. Spojrzałem na nią z ukosa, w jej oczach nie było widać rozbawienia, tylko coś, co przypominało autentyczne zakłopotanie. Nie chciałem, żeby się tłumaczyła, by patrzyła na mnie w ten sposób - z tą mieszaniną poczucia winy i troski, której nie potrafiłem znieść, takie rozmowy zawsze były w jakiś sposób niezręczne, może nawet upokarzające. Chciałem, żeby znów się uśmiechnęła, więc uniosłem brew i złożyłem dłonie na blacie, nachylając się lekko w jej stronę. Wzruszyłem ramionami, tak po prostu, jakby to, co powiedziała przy pannie Avery, kompletnie mnie nie obeszło, jakbym nie słyszał tego drobnego zawahania, które pojawiło się w jej głosie, zanim zdecydowała się nazwać mnie swoim przyjacielem.
- Zdasza się. - Odparłem z takim tonem, jakim mówiło się o potknięciu na nierównej połaci trawnika. Bez pretensji, bez ciężaru, tyle że w środku… No, trochę uwierało. Nie o to, że mnie nazwała przyjacielem, cholera, w gruncie rzeczy tym właśnie byłem, a może i czymś gorszym - kimś pomiędzy, zawieszonym w dziwnym stanie pół-istnienia, między żartem a powstającym przyzwyczajeniem. Skłamałem płynnie, z tym lekkim uśmiechem, który zawsze mi towarzyszył, kiedy chciałem, żeby coś przeszło niezauważone. Z zewnątrz wyglądałem na człowieka, który miał wszystko pod kontrolą, to akurat umiałem, zawód zobowiązywał - nie da się pracować w podobnej branży, jeśli panikujesz na widok cudzego impulsu emocjonalnego. Zresztą… Całe życie było jednym wielkim udawaniem, że nic cię nie rusza.
Nie musiała wiedzieć, że przez ułamek sekundy, gdy wypowiadała „Benjy to mój przyjaciel”, coś we mnie się zatrzymało, ten krawat na szyi nagle za mocno ścisnął, a powietrze między nami zgęstniało. To było śmieszne, irracjonalne - przecież sam jej to zostawiłem, otworzyłem furtkę, a ona tylko przeszła przez nią, robiąc dokładnie to, co zawsze robiła - wybierając wersję bezpieczną, racjonalną, odpowiednią. Tyle że oboje wiedzieliśmy, że nie do końca chodziło o to, bo granica między „żartem” a tym, co zaczynało się dziać naprawdę, dawno się już rozmyła.
- Nie musisz się tłumaczyś. - To było jedyne, co mogłem powiedzieć bez zdradzenia, że coś jednak we mnie drgnęło. - Zlobiłaś to, co w tamtej chwili uznałaś za natulalne. - Dodałem i uśmiechnąłem się lekko, żeby rozbroić napięcie. Prawda była taka, że naturalność to było ostatnie, co nam zostało. Pamiętałem, jak zaczęliśmy to wszystko - od żartów, ironicznych uwag, od niby-flirtu, który miał tylko rozładować napięcie po wszystkim, co się działo wokół. Jakoś z tego żartu, łapania się za słowa, wyrosło coś, czego żadne z nas nie potrafiło nazwać. Ani ja, ani ona, więc może to było sprawiedliwe, że nazwała mnie „przyjacielem”, w końcu to było bezpieczne słowo, bez zobowiązań. Wydawało się to wtedy zabawne, lekkie, dopóki pewnego dnia nie okazało się, że budzę się obok niej, a jedyne, o czym myślę, to że nie chcę wracać do tamtego stanu sprzed. Tylko że to były rzeczy, o których się nie mówiło - nie między nami.
- Zdasza się. - Odparłem z takim tonem, jakim mówiło się o potknięciu na nierównej połaci trawnika. Bez pretensji, bez ciężaru, tyle że w środku… No, trochę uwierało. Nie o to, że mnie nazwała przyjacielem, cholera, w gruncie rzeczy tym właśnie byłem, a może i czymś gorszym - kimś pomiędzy, zawieszonym w dziwnym stanie pół-istnienia, między żartem a powstającym przyzwyczajeniem. Skłamałem płynnie, z tym lekkim uśmiechem, który zawsze mi towarzyszył, kiedy chciałem, żeby coś przeszło niezauważone. Z zewnątrz wyglądałem na człowieka, który miał wszystko pod kontrolą, to akurat umiałem, zawód zobowiązywał - nie da się pracować w podobnej branży, jeśli panikujesz na widok cudzego impulsu emocjonalnego. Zresztą… Całe życie było jednym wielkim udawaniem, że nic cię nie rusza.
Nie musiała wiedzieć, że przez ułamek sekundy, gdy wypowiadała „Benjy to mój przyjaciel”, coś we mnie się zatrzymało, ten krawat na szyi nagle za mocno ścisnął, a powietrze między nami zgęstniało. To było śmieszne, irracjonalne - przecież sam jej to zostawiłem, otworzyłem furtkę, a ona tylko przeszła przez nią, robiąc dokładnie to, co zawsze robiła - wybierając wersję bezpieczną, racjonalną, odpowiednią. Tyle że oboje wiedzieliśmy, że nie do końca chodziło o to, bo granica między „żartem” a tym, co zaczynało się dziać naprawdę, dawno się już rozmyła.
- Nie musisz się tłumaczyś. - To było jedyne, co mogłem powiedzieć bez zdradzenia, że coś jednak we mnie drgnęło. - Zlobiłaś to, co w tamtej chwili uznałaś za natulalne. - Dodałem i uśmiechnąłem się lekko, żeby rozbroić napięcie. Prawda była taka, że naturalność to było ostatnie, co nam zostało. Pamiętałem, jak zaczęliśmy to wszystko - od żartów, ironicznych uwag, od niby-flirtu, który miał tylko rozładować napięcie po wszystkim, co się działo wokół. Jakoś z tego żartu, łapania się za słowa, wyrosło coś, czego żadne z nas nie potrafiło nazwać. Ani ja, ani ona, więc może to było sprawiedliwe, że nazwała mnie „przyjacielem”, w końcu to było bezpieczne słowo, bez zobowiązań. Wydawało się to wtedy zabawne, lekkie, dopóki pewnego dnia nie okazało się, że budzę się obok niej, a jedyne, o czym myślę, to że nie chcę wracać do tamtego stanu sprzed. Tylko że to były rzeczy, o których się nie mówiło - nie między nami.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)