25.10.2025, 17:57 ✶
Cokolwiek by nie mówić, oficjalna część uroczystości dobiegła końca. Teraz nareszcie mogli odhaczyć wszystkie formalności i przejść do przyjemniejszej części wieczoru. Oby również tak udanej, bowiem tak jak to powiedział Sebastian, dotychczas wszystko przebiegało wyjątkowo gładko.
Goście zachowali się przyzwoicie (chyba? po prawdzie, Roise nie za bardzo zwracał na nich uwagę, ale...), nikt nie miał odwagi (albo powodu, chociaż...), by zaprotestować przeciwko ich unii, a pogoda rzeczywiście dopisywała im bardziej niż w ostatnich dniach. Ambroise mógł więc uznać, że Matka, los albo zwykły przypadek były po ich stronie.
Niemniej jednak słuchając jak kapłan rozpływa się nad zamówieniem złożonym w ich imieniu, świeżo upieczony mąż musiał dosyć mocno powstrzymywać się przed tym, żeby nie przewrócić oczami. Gdyby o sukcesie tej ceremonii decydowały modlitwy, zapewne w ogóle by tu nie siedzieli. Nie byli w końcu zbyt pobożni. Żadne ze wspomnianej czwórki, przynajmniej takie odnosił wrażenie, nie za bardzo będąc w stanie wyobrazić sobie Millie Moody w pierwszym rzędzie kowenowych ławek, nawet jeśli nigdy nie wnikał w to, w co wierzyła przyjaciółka Riny. Najważniejsze, że sprawiała wrażenie, jakby odpowiedź mogła brzmieć: w siebie. A poczucie własnej wartości było istotne, nieprawdaż?
Przesunął wzrokiem po dokumentach, które Sebastian rozłożył na stole. Skinął głową, przejął papiery i przyjrzał się im z uwagą.
- Doceniamy zaproszenie - odparł wreszcie po krótkiej pauzie.
W istocie wiedział, że się tam nie pojawią. Nie w przyszłym tygodniu, nie w Samhain, nie w żadną listopadową niedzielę. Nie zamierzał spędzać wieczorów wśród wyznawców Matki, udając kontemplację. Miał lepsze zajęcia do roboty. Nawet cierpiąc na chroniczną bezsenność, nie był aż tak zdesperowany, żeby kiedykolwiek rozpatrywać zabijanie czasu w jakiejś kaplicy. Ale nie musiał mówić tego na głos, czyż nie?
- Z przyjemnością przyjrzymy się temu bliżej, kiedy tylko uporamy się z resztą obowiązków - w wypowiedzi Greengrassa wybrzmiało coś na kształt obietnicy, choć w istocie nie zamierzał żadnej składać. - Dziękujemy, naprawdę. To dla nas zaszczyt - dodał tonem człowieka, który potrafił powiedzieć wszystko, jednocześnie nie mówiąc nic.
Nie powiedział tak. Nie powiedział nie. Z wprawą godną kogoś, kto niejednokrotnie balansował na granicy dyplomacji i, ekhem, perfidnego kłamstwa, złożył obietnicę, która nie zobowiązywała nikogo do niczego a mimo to brzmiała jak zapewnienie. Po prostu starał się zbyć Macmillana w taki sposób, aby w ich rozmowie nie było miejsca na dalsze dywagacje o duchowych zobowiązaniach.
W międzyczasie podpisał dokumenty. Jego pismo było odrobinę niestaranne, ewidentnie nad wyraz lekarskie, ale przynajmniej szybkie. Nie chciał zatrzymywać się na formalnościach dłużej niż to było całkowicie konieczne. Geraldine wyraźnie przyjęła dokładnie tę samą strategię. Tak, byli w tym wyjątkowo zgodni.
A potem do namiotu wparował Gerard, przejmując na siebie znaczną część uwagi kapłana. Roise lubił teścia, nawet przed laty, gdy tylko dla niego pracował, jednak jeszcze nigdy nie był mu aż tak wdzięczny. Nawet, jeśli nie powiedział tego na głos, zamiast tego przenosząc wzrok na małżonkę. Spojrzenie, które jej posłał było krótkie, ale pełne znaczenia. Czegoś między mamy to za sobą a chodźmy stąd, zanim wymyśli coś jeszcze.
A więc wyszli. Wymknęli się niczym małe stadko uczniaków, zapewne tylko w ich własnych oczach robiąc to w dosyć dyskretny sposób. Najważniejsze jednak, że udało im się wyjść cało z potrzasku, czyż nie?
Słysząc słowa świadkowej, Ambroise prychnął śmiechem szybciej niż zdołał stłumić w sobie tę dosyć impulsywną reakcję. Odwrócił głowę, niby to kaszląc w pięść, byleby tylko ukryć rozbawienie, ale ramiona drgnęły mu lekko, zdradzając faktyczny stan rzeczy. Millie go zaskoczyła, musiał jej to przyznać. Może już znali się przez pewien czas, ale ewidentnie nadal nie do końca wiedział, czego powinien się po niej spodziewać.
- Na szczęście - odrzekł półgłosem, spoglądając w tył na namiot i nie przerywając marszu w stronę serca przyjęcia - nie musimy nikomu niczego udowadniać aż tak dosłownie - kątem oka spojrzał na Geraldine a w kącikach jego ust zatańczył ten drobny, odrobinę ironiczny uśmiech, który pojawiał się zawsze, gdy Roise próbował zbyć coś żartem, choć w głębi duszy naprawdę chciał ponownie parsknąć i przewrócić oczami.
Goście zachowali się przyzwoicie (chyba? po prawdzie, Roise nie za bardzo zwracał na nich uwagę, ale...), nikt nie miał odwagi (albo powodu, chociaż...), by zaprotestować przeciwko ich unii, a pogoda rzeczywiście dopisywała im bardziej niż w ostatnich dniach. Ambroise mógł więc uznać, że Matka, los albo zwykły przypadek były po ich stronie.
Niemniej jednak słuchając jak kapłan rozpływa się nad zamówieniem złożonym w ich imieniu, świeżo upieczony mąż musiał dosyć mocno powstrzymywać się przed tym, żeby nie przewrócić oczami. Gdyby o sukcesie tej ceremonii decydowały modlitwy, zapewne w ogóle by tu nie siedzieli. Nie byli w końcu zbyt pobożni. Żadne ze wspomnianej czwórki, przynajmniej takie odnosił wrażenie, nie za bardzo będąc w stanie wyobrazić sobie Millie Moody w pierwszym rzędzie kowenowych ławek, nawet jeśli nigdy nie wnikał w to, w co wierzyła przyjaciółka Riny. Najważniejsze, że sprawiała wrażenie, jakby odpowiedź mogła brzmieć: w siebie. A poczucie własnej wartości było istotne, nieprawdaż?
Przesunął wzrokiem po dokumentach, które Sebastian rozłożył na stole. Skinął głową, przejął papiery i przyjrzał się im z uwagą.
- Doceniamy zaproszenie - odparł wreszcie po krótkiej pauzie.
W istocie wiedział, że się tam nie pojawią. Nie w przyszłym tygodniu, nie w Samhain, nie w żadną listopadową niedzielę. Nie zamierzał spędzać wieczorów wśród wyznawców Matki, udając kontemplację. Miał lepsze zajęcia do roboty. Nawet cierpiąc na chroniczną bezsenność, nie był aż tak zdesperowany, żeby kiedykolwiek rozpatrywać zabijanie czasu w jakiejś kaplicy. Ale nie musiał mówić tego na głos, czyż nie?
- Z przyjemnością przyjrzymy się temu bliżej, kiedy tylko uporamy się z resztą obowiązków - w wypowiedzi Greengrassa wybrzmiało coś na kształt obietnicy, choć w istocie nie zamierzał żadnej składać. - Dziękujemy, naprawdę. To dla nas zaszczyt - dodał tonem człowieka, który potrafił powiedzieć wszystko, jednocześnie nie mówiąc nic.
Nie powiedział tak. Nie powiedział nie. Z wprawą godną kogoś, kto niejednokrotnie balansował na granicy dyplomacji i, ekhem, perfidnego kłamstwa, złożył obietnicę, która nie zobowiązywała nikogo do niczego a mimo to brzmiała jak zapewnienie. Po prostu starał się zbyć Macmillana w taki sposób, aby w ich rozmowie nie było miejsca na dalsze dywagacje o duchowych zobowiązaniach.
W międzyczasie podpisał dokumenty. Jego pismo było odrobinę niestaranne, ewidentnie nad wyraz lekarskie, ale przynajmniej szybkie. Nie chciał zatrzymywać się na formalnościach dłużej niż to było całkowicie konieczne. Geraldine wyraźnie przyjęła dokładnie tę samą strategię. Tak, byli w tym wyjątkowo zgodni.
A potem do namiotu wparował Gerard, przejmując na siebie znaczną część uwagi kapłana. Roise lubił teścia, nawet przed laty, gdy tylko dla niego pracował, jednak jeszcze nigdy nie był mu aż tak wdzięczny. Nawet, jeśli nie powiedział tego na głos, zamiast tego przenosząc wzrok na małżonkę. Spojrzenie, które jej posłał było krótkie, ale pełne znaczenia. Czegoś między mamy to za sobą a chodźmy stąd, zanim wymyśli coś jeszcze.
A więc wyszli. Wymknęli się niczym małe stadko uczniaków, zapewne tylko w ich własnych oczach robiąc to w dosyć dyskretny sposób. Najważniejsze jednak, że udało im się wyjść cało z potrzasku, czyż nie?
Słysząc słowa świadkowej, Ambroise prychnął śmiechem szybciej niż zdołał stłumić w sobie tę dosyć impulsywną reakcję. Odwrócił głowę, niby to kaszląc w pięść, byleby tylko ukryć rozbawienie, ale ramiona drgnęły mu lekko, zdradzając faktyczny stan rzeczy. Millie go zaskoczyła, musiał jej to przyznać. Może już znali się przez pewien czas, ale ewidentnie nadal nie do końca wiedział, czego powinien się po niej spodziewać.
- Na szczęście - odrzekł półgłosem, spoglądając w tył na namiot i nie przerywając marszu w stronę serca przyjęcia - nie musimy nikomu niczego udowadniać aż tak dosłownie - kątem oka spojrzał na Geraldine a w kącikach jego ust zatańczył ten drobny, odrobinę ironiczny uśmiech, który pojawiał się zawsze, gdy Roise próbował zbyć coś żartem, choć w głębi duszy naprawdę chciał ponownie parsknąć i przewrócić oczami.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down