25.10.2025, 21:37 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.10.2025, 21:38 przez Benjy Fenwick.)
Z początku tylko przyglądałem się jej w milczeniu, kiedy sięgnęła do torebki. Wiedziałem, że w środku znajdzie się coś, co zajmie jej dłonie, da im pretekst, żeby nie musiały drżeć. Papieros, oczywiście - zawsze był doskonałym sposobem na uporządkowanie myśli, ukrycie emocji w chmurze dymu. Uśmiechnąłem się nieznacznie na widok uporządkowanej, eleganckiej papierośnicy z niemal pedantycznie ułożonymi szlifami.
- Nie powinnaś się złościć na siebie za kilka słów. - Powiedziałem spokojnie, może nawet zbyt spokojnie, taki ton był jak zbroja, którą zakładałem z automatu. - Zwłaszcza, jeśli i tak jusz się stało.
Przyglądałem się, jak przytrzymywała papierosa między palcami. Różowy krawat, który mi wybrała, wyglądał w tej chwili absurdalnie w kontraście do mojego nastroju. Sięgnąłem po zapalniczkę i odpaliłem jej papierosa, zanim zdążyła to zrobić sama. Ciepłe światło płomienia odbiło się w jej oczach i przez chwilę miałem wrażenie, że znowu jestem tam, w jednym z tych miejsc, gdzie noce bywały zupełnie inne, znacznie cieplejsze, ale w tym głębszym, bardziej metafizycznym sensie.
- Nie powinno się zdaszyś. - Powtórzyłem za nią, cicho, ale wyjątkowo dźwięcznie. - A jednak się zdaszyło. - Mój ton był lekki, niemal żartobliwy, ale między słowami kryło się coś innego - coś, czego sam nie potrafiłem nazwać. Sam nie wiedziałem, czy mówiłem o jej słowach, czy o nas, i nie do końca chciałem dopytywać, czy podobna myśl pojawiła się również w jej głowie. Przesunąłem palcem po blacie, kreśląc niewidzialny wzór. Nie lubiłem takich rozmów, które nie miały rozwiązania, prowokując tylko ciche, zastępcze „No, dobrze, to już wszystko jasne.” Bo było jasne - tak? To było tylko chwilowe porozumienie dwóch ludzi, którzy znaleźli się w tym samym czasie, w tym samym miejscu, i każde z nas pewnego dnia miało pójść w swoją stronę. Przecież ustaliliśmy wszystko na początku - miało być prosto, lekko, bez żadnych zbędnych deklaracji, a jednak kiedy wypowiedziała tamto „przyjaciel”, coś mi się ścisnęło w środku. Nie chciałem jednakże, żeby czuła się winna. Właściwie to sam nie wiedziałem, czemu to w ogóle miało dla mnie takie znaczenie.
- Wiesz. „Pszyjaciel” to nie najgolsze słowo. Zawsze mogło być goszej. Mogłaś powiedzieś, sze jesteś tu s kolegą blata. - Odezwałem się, byle coś powiedzieć, uniosłem wzrok, pozwalając sobie na kolejny cień uśmiechu.
- Nie powinnaś się złościć na siebie za kilka słów. - Powiedziałem spokojnie, może nawet zbyt spokojnie, taki ton był jak zbroja, którą zakładałem z automatu. - Zwłaszcza, jeśli i tak jusz się stało.
Przyglądałem się, jak przytrzymywała papierosa między palcami. Różowy krawat, który mi wybrała, wyglądał w tej chwili absurdalnie w kontraście do mojego nastroju. Sięgnąłem po zapalniczkę i odpaliłem jej papierosa, zanim zdążyła to zrobić sama. Ciepłe światło płomienia odbiło się w jej oczach i przez chwilę miałem wrażenie, że znowu jestem tam, w jednym z tych miejsc, gdzie noce bywały zupełnie inne, znacznie cieplejsze, ale w tym głębszym, bardziej metafizycznym sensie.
- Nie powinno się zdaszyś. - Powtórzyłem za nią, cicho, ale wyjątkowo dźwięcznie. - A jednak się zdaszyło. - Mój ton był lekki, niemal żartobliwy, ale między słowami kryło się coś innego - coś, czego sam nie potrafiłem nazwać. Sam nie wiedziałem, czy mówiłem o jej słowach, czy o nas, i nie do końca chciałem dopytywać, czy podobna myśl pojawiła się również w jej głowie. Przesunąłem palcem po blacie, kreśląc niewidzialny wzór. Nie lubiłem takich rozmów, które nie miały rozwiązania, prowokując tylko ciche, zastępcze „No, dobrze, to już wszystko jasne.” Bo było jasne - tak? To było tylko chwilowe porozumienie dwóch ludzi, którzy znaleźli się w tym samym czasie, w tym samym miejscu, i każde z nas pewnego dnia miało pójść w swoją stronę. Przecież ustaliliśmy wszystko na początku - miało być prosto, lekko, bez żadnych zbędnych deklaracji, a jednak kiedy wypowiedziała tamto „przyjaciel”, coś mi się ścisnęło w środku. Nie chciałem jednakże, żeby czuła się winna. Właściwie to sam nie wiedziałem, czemu to w ogóle miało dla mnie takie znaczenie.
- Wiesz. „Pszyjaciel” to nie najgolsze słowo. Zawsze mogło być goszej. Mogłaś powiedzieś, sze jesteś tu s kolegą blata. - Odezwałem się, byle coś powiedzieć, uniosłem wzrok, pozwalając sobie na kolejny cień uśmiechu.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)